Niecały tydzień temu powtórzyłem po ośmiu latach tradycyjne "Ghost in the Shell" z 1995 roku w reżyserii Mamoru Oshiiego.
Po dwóch dniach dokonałem powtórki powtórki.
Z biegiem czasu ten klasyczek tylko zyskuje w moich oczach. Czuć, że skonsolidował gatunek, stając się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla pokoleń. Stosunkowo oszczędny metraż nie pozwolił co prawda na satysfakcjonujące rozwinięcie wszystkich motywów, ani odciążenie dialogów trzeszczących od ekspozycji. Pozwolę sobie wziąć na tapetę analogię do cyborgów i stwierdzić, że pomimo tych bolączek, to, co w tym filmie wewnętrzne (filozofia) i zewnętrzne (estetyka) pozostaje w idealnej harmonii. A poniższa sekwencja naprawdę tętni zabójczym klimatem:
W ramach researchu do twórczości własnej dotyczącym ciekawie przedstawionych metropolii z futurystycznym sznytem, czy ktoś poleciłby mi proszę jeszcze jakieś tytuły? W segmencie anime nie orientuję się jakoś mistrzowsko.
Ghost In The Shell będzie miało wkrótce równe 30 lat na karku i mimo to wciąż pozostaje moim ulubionym anime.
Był tym, które wciągnęło mnie w głębiej w pełną kulturę japońskiej animacji (nie zaliczam do tego grona seriali z mojego wczesnego dzieciństwa, czyli tego co wyświetlano na Polonia 1 - typu Daimos, Tsubasa czy Gigi la Trottola) oraz zainteresowało zagadnieniem cyberpunku (wcześniej lubiłem też science fiction, ale w zachodnim wydaniu - te japońskie zdawało się być takie bardziej zakręcone i "uduchowione" ).
Odnośnie futurystycznych miast to mogę podać niezastąpioną Akirę (film z 1988r.), Cyber City Oedo 808 (OVA z 1990r.) czy w końcu Ghost In The Shell: Innocence (film z 2004r.).
Odnośnie GITS, to niedawno zakupiłem sobie figurkę, aby uczcić 30-lecie serii:
P.S. Oczywiście szkoda, że to nie jest TA figurka, ale po pierwsze (i przede wszystkim) nie stać mnie (nawet jak gdzieś znalazłbym ją w oryginalnej cenie około 7000- 7500 PLN), a po drugie jest zbyt duża, przez co nie miałbym jej gdzie postawić ...
Nie jestem ogólnie fanem mangi i anime, patrzcie co mi chatgpt poszukał w internecie gdy go poprosiłem po poszukanie czegoś co można podpiąć pod japońskie Yokai i walkę z potworami.
Nie ma tu potworów prawda, ale biorąc pod uwagę prostotę japońskiego anime teatru, i tu demony oni czy kappy mogłyby mieć swój udział!
Ale wracając do sedna - mam nieliche wrażenie że w dobie ai, kiedy video llm'y generujące efekty specjalne na kiwnięcie palcem do ujęć 5-10 sekundowych (bo więcej nie potrzeba w 90 procentach przypadków ), tak jakoś te całe efekty specjalne przestały mnie bawić. Ale teatr mieszający się z anime i kabaretem, to już coś! Zwłaszcza że robione na żywo i masa rzeczy może pójść nie tak, lub się spalić, a paradoksalnie takie sytuacje tylko dodają teatrowi uroku. I tak myślałem, zorganizować taki spektakl ninja z demonami yokai, a potem w Polsce zorganizować podobny spektakl tylko bardziej zeuropeizowany i z wiedźminami w roli głównej. Odpuśćmy na chwilę uprzedzenia weebów, w końcu jesteśmy w temacie o anime i mandze, i popuśćmy wodze fantazji.
Ja bym z czystą przyjemnością oglądał więcej spektakli teatralny wiedźmina, które pokazują akrobatykę salt, fiflaków i machań mieczem w rytm muzyki, dźwięków brzękających kling i chłapnięć paszczękami. Odpiszcie co o tym myślicie, ja tylko rzucam luźny pomysł bo niestety, chciałbym, ale nie dam rady pojechać do Gdyni na musical z wiedźminem, o ile jeszcze go wystawiają :< .
Tydzień temu nadrobiłem więc za sugestią @I_w_a_N "Ghost in the Shell 2: Innocence" z 2004 roku, nad którym reżyserską pieczę sprawował ponownie Mamoru Oshii. Po kilku dniach dokonałem powtórki tej zaległości. Brzmi znajomo?
Treść filmu przywodzi coś znajomego aż nadto. Być może kiedyś spojrzę na to z innej perspektywy i docenię całość bardziej. W metaforyce to właściwie wariacja motywu przewodniego oryginału, w czym oczywiście nie musi być nic złego. Oshii zachowuje dbałość o szczegóły i przebłyski inteligentnej narracji, jednak tym razem w przeważającej mierze oddaje wewnętrzną prawdę swoich niezwykłych postaci poprzez nachalny dyskurs filozoficzny. Co przejawia się np. w żonglowaniu cytatami klasyków.
I choć twórca nieodmiennie zajmuje miejsce w panteonie artystów wizualnych, to stawia na stylowy design, który zestraja tradycyjną animację z CGI, co nie zawsze się broni: w jakimś sensie kontynuacja zestarzała się bardziej, niż jedynka, która poprzedziła ją o niemal dekadę! W efekcie taka pretensjonalność okraszona wizualnym splendorem w końcu musi stać się nużąca. Stąd wrażenia tym razem raczej letnie. Swoją drogą, jakkolwiek cenię Batou jako postać, to nie wiem, na ile sprawdza się jako protagonista, choć w tej sprawie na razie nie zajmuję stanowiska. Pewnie w tym roku przyjdzie jeszcze pora na powtórkę "Akiry", tymczasem kontynuuję pasmo nadrabiania filmowych nowości.
Się ostatnio nagromadziło newsów.
Po pierwsze: Ogłoszono w końcu datę premiery drugiego sezonu netflixowego One Piece, będzie to 10 marca 2026.
Ech, czyli sobie poczekamy z pół roku.
Po drugie, świat się wywrócił do góry nogami, One Piece stanie się teraz anime sezonowym. Obecny arc Egghead skończy się jakoś w grudniu, potem nastąpi przerwa w emisji aż do kwietnia, po czym w anime zacznie arc Elbaf, i w 2026 wypuszczone zostanie tylko 26 odcinków.
Jedni narzekają że groza, już nie będzie tyle odcinków, inni pytają się czemu Toei dopiero teraz się na to zdecydowało, ja jestem rozdarty. Z jednej strony, wiadomo, Oda z roku na rok tworzy coraz mniej chapterów, anime nie może prześcignąć mangi, ale kurczę, OP zawsze słynęło z tego że to była chyba jedyna seria, gdzie fillery nie tylko pasowały, ale jeszcze prezentowały całkiem niezły poziom. Nie wspominając już, że Oda często rezygnuje lub pomija pewne wydarzenia fabularne, aby iść szybciej z fabułą do przodu, i anime było jedyną możliwością by pozostawione przez autora luki uzupełnić. Nie mam nic przeciwko przerwom, ale czy samych odcinków nie mogło być trochę więcej? Właśnie by dodać Słomkowym trochę więcej przygód nie wchodzących w kategorię "World-changing" i uzupełnić luki na jakie Oda nie ma czasu?
A ostatnio, wybuchał spora afera z trzecim sezonem One Punch mana, Wszyscy narzekają na słabą animację tego sezonu, a często wytykanym punktem jest scena zjazdu po trawie Gyaru, która wygląda, jakby ktoś poruszał nieruchomym obrazkiem png w gimpie.
Jak dla mnie reakcja internetu mocno przesadzona, ale budzi mi to pytanie: Czemu do cholery nie można było dać animatorom więcej czasu do roboty?!
2 i 3 sezon jest robiony przez inne studio niż pierwszy, które nie słynnie z tak dobrej animacji jak poprzednie, ale wciąż, przerwa między sezonami trwała 5 lat, co się tam działo, przez 4 lata władze studia dyskutowali o dupie maryny po czym na ostatni rok kazali na szybko animatorom zrobić ten sezon, zamiast zacząć pracę od początku i dać im tyle czasu ile potrzebowali lub więcej? Bo trochę tak to wygląda.
Oczywiście wynika to z tego jak wygląda model japońskiego sposobu pracy, zwłaszcza w studiach animacyjnych. I co najgorsze, obrywa się po wszystkim najbardziej animatorom (Reżyser 3 sezonu OPM zdaje się od nawału hejtu już odstawił internety) a geniuszom biznesu odpowiedzialnym za ten stan rzeczy nic nie spotka.
Z sezonowym OP na pewno dobra wiadomość, będą mogli zachować obecny pacing 1 chapter na 1 odcinek, może okazyjnie 2:1. I animatorzy sobie nieco odsapną zachowując jednocześnie wysoką jakość produkcji. Niech jeszcze sobie zaktualizują bibliotekę efektów dźwiękowych i będzie fajnie.
One Punch Man to jest na tym etapie przeklęta marka. Niby popularne IP, ale kolejne sezony anime robią kompletnie na odpieprz, jakby był w tym jakiś ukryty cel. Manga, która do pewnego momentu świetnie adaptowała webcomic, również zamieniła się w kompletny bajzel i nikt nie wie czemu, przecież materiał źródłowy jest podany na tacy a jego autor współpracuje z Muratą. Może to wszystko jakiś większy spisek
One Punch Man to jest na tym etapie przeklęta marka. Niby popularne IP, ale kolejne sezony anime robią kompletnie na odpieprz, jakby był w tym jakiś ukryty cel.
A tak serio, winić trzeba ludzi, którzy nie dali odpowiedniego czasu i budżetu do adaptacji OPM. Na pewno winni nie są ludzie z J.C.Staff, na których oczywiście wylała się fala hejtu w internecie z reżyserem anime na czele (który to reżyser zmuszony był usunąć swoje socjalne).
Zrobiłem coś nieoczekiwanego i zacząłem oglądać "Atak Tytanów".
Tak, zacząłem ogladać serie sprzed 12 lat, na którą pamiętam że w 2013 panował spory hype, ale mnie właśnie ten hype od niej odrzucił i przez cały ten okres miałem tą markę w rzyci.
Więc, co się zmieniło? Cóż, okazało się że mój kuzyn jest równie wielkim fanem Tytanów, jak ja fanem One Piece'a, i pomyślałem że to trochę głupio, że go w OP w ciągnąłem, a o jego ulubionej serii prawie nic nie wiem.
No, i na ten moment jestem na starcie 2 sezonu, i co tu powiedzieć...
Może na początek, że nie lubię kreski tego anime i mangi, jakoś dla mnie ludzie w niej wyglądają dość brzydko.
Po drugie, co nie co o fabule już wiedziałem, bo ciężko żebym nie wiedział w erze memów i internetu, znałem trochę początek, jednakże...
Zaskoczyło mnie jak od samego początku tutaj trup ściele się gęsto. A dokładniej: To, jak ci ludzie są do dupy w walce z Tytanami. Jakby, toczą wojnę z nimi sto lat, mają specjalnie dostosowany do walki z nimi sprzęt, ćwiczą ileś lat używanie go specjalnie by zabijać te stwory, a i tak jak przychodzi co do czego, to padają jak muchy, często w najgłupsze możliwe sposoby. No do cholery, Peter Parker, zwykły nastolatek, by się chyba załamał widząc jak używają tych swoich sprzętów.
Po trzecie, przed obejrzeniem tytułu usłyszałem o nim opinię, że to seria w której baby zachowują się jak chłopy, a chłopy jak baby, i cóż, jest to mocno pasujące, szczególnie w przypadków postaci Erena, Armina, Mikasy i Annie. W ogóle Mikasa wkurzała mnie na początku, wydawała się wręcz wzorem dla powstałej później Rey Skywalker, wszyscy dookoła niej to łamagi, tylko tej małej miss perfekcyjności wszystko wychodzi za pierwszym razem. Na szczęście w miarę trwania fabuły takie wrażenie zanika.
Po czwarte, początek mnie trochę zdezorientował. Pojawia się ten wielki mięśniowy tytan, robi wyłom w murze przez który przedziera się armia tytanów, nic ich nie może powstrzymać bo ci żołnierze specjalnie trenowani do walki z nimi są absolutnie do niczego, myśli sobie człowiek że to już po tym mieście, po czym... ten wielki tytan znika, nie kontynuuje rozwalania kolejnych murów, tylko jakby jeden pierścień tego ostatniego miasta ludzkości idzie do odstrzału. I rodzi to oczywiste pytanie: Dlaczego? Dlaczego po prostu nie rozwali pozostałych murów i pozbędą się ludzkości na dobre? Pewnie dalej fabuła to wyjaśni, ale budzi to zdziwienie.
No i nie mogę nie wspomnieć o wątku żeńskiego tytana, gdzie od razu się domyśliłem że to Annie, po samym jej nosie, a im dalej w las, tym bardziej było to oczywiste, no ale przynajmniej nie trzymali tego długo w sekrecie.
Choć trochę dziwnie oglądać tę serię gdy się skończyła, a cały hype zdaje się już opadł i przestaje ona obchodzić ludzi, ale hej, przynajmniej teraz gdy jest skończona, w przeciwieństwie do jej fanów nie muszę czekać lat na kolejne sezony tylko pochłonąć całą serię odcinek po odcinku. Nie będę musiał specjalnie długo czekać z ujawnieniem tajemnic, tym bardziej że na ten moment początek drugiego sezonu:
Zrobiłem coś nieoczekiwanego i zacząłem oglądać "Atak Tytanów".
Tak, zacząłem ogladać serie sprzed 12 lat, na którą pamiętam że w 2013 panował spory hype, ale mnie właśnie ten hype od niej odrzucił i przez cały ten okres miałem tą markę w rzyci.
Więc, co się zmieniło? Cóż, okazało się że mój kuzyn jest równie wielkim fanem Tytanów, jak ja fanem One Piece'a, i pomyślałem że to trochę głupio, że go w OP w ciągnąłem, a o jego ulubionej serii prawie nic nie wiem.
No, i na ten moment jestem na starcie 2 sezonu, i co tu powiedzieć...
Może na początek, że nie lubię kreski tego anime i mangi, jakoś dla mnie ludzie w niej wyglądają dość brzydko.
Po drugie, co nie co o fabule już wiedziałem, bo ciężko żebym nie wiedział w erze memów i internetu, znałem trochę początek, jednakże...
Zaskoczyło mnie jak od samego początku tutaj trup ściele się gęsto. A dokładniej: To, jak ci ludzie są do dupy w walce z Tytanami. Jakby, toczą wojnę z nimi sto lat, mają specjalnie dostosowany do walki z nimi sprzęt, ćwiczą ileś lat używanie go specjalnie by zabijać te stwory, a i tak jak przychodzi co do czego, to padają jak muchy, często w najgłupsze możliwe sposoby. No do cholery, Peter Parker, zwykły nastolatek, by się chyba załamał widząc jak używają tych swoich sprzętów.
Po trzecie, przed obejrzeniem tytułu usłyszałem o nim opinię, że to seria w której baby zachowują się jak chłopy, a chłopy jak baby, i cóż, jest to mocno pasujące, szczególnie w przypadków postaci Erena, Armina, Mikasy i Annie. W ogóle Mikasa wkurzała mnie na początku, wydawała się wręcz wzorem dla powstałej później Rey Skywalker, wszyscy dookoła niej to łamagi, tylko tej małej miss perfekcyjności wszystko wychodzi za pierwszym razem. Na szczęście w miarę trwania fabuły takie wrażenie zanika.
Po czwarte, początek mnie trochę zdezorientował. Pojawia się ten wielki mięśniowy tytan, robi wyłom w murze przez który przedziera się armia tytanów, nic ich nie może powstrzymać bo ci żołnierze specjalnie trenowani do walki z nimi są absolutnie do niczego, myśli sobie człowiek że to już po tym mieście, po czym... ten wielki tytan znika, nie kontynuuje rozwalania kolejnych murów, tylko jakby jeden pierścień tego ostatniego miasta ludzkości idzie do odstrzału. I rodzi to oczywiste pytanie: Dlaczego? Dlaczego po prostu nie rozwali pozostałych murów i pozbędą się ludzkości na dobre? Pewnie dalej fabuła to wyjaśni, ale budzi to zdziwienie.
No i nie mogę nie wspomnieć o wątku żeńskiego tytana, gdzie od razu się domyśliłem że to Annie, po samym jej nosie, a im dalej w las, tym bardziej było to oczywiste, no ale przynajmniej nie trzymali tego długo w sekrecie.
Choć trochę dziwnie oglądać tę serię gdy się skończyła, a cały hype zdaje się już opadł i przestaje ona obchodzić ludzi, ale hej, przynajmniej teraz gdy jest skończona, w przeciwieństwie do jej fanów nie muszę czekać lat na kolejne sezony tylko pochłonąć całą serię odcinek po odcinku. Nie będę musiał specjalnie długo czekać z ujawnieniem tajemnic, tym bardziej że na ten moment początek drugiego sezonu:
Najlepiej zakończ oglądanie jak zajrzą do piwnicy, bo potem to sam ściek i kilometr mułu.
Ja do dzisiaj nie wybaczyłem Isayamie tego zasranego zakończenia.
Najlepiej zakończ oglądanie jak zajrzą do piwnicy, bo potem to sam ściek i kilometr mułu.
Ja do dzisiaj nie wybaczyłem Isayamie tego zasranego zakończenia.
Oj, czyli lekko nie będzie
Ja już dotarłem do tego momentu, no i cóż, będę oglądał dalej, bo masa rzeczy pozostaje niewyjaśniona. I zdecydowanie nie czuć tu że to finał historii, bardziej połowa jeśli już.
Jak na razie wyczuwam tu plotwist porównywalny do tego, który był w Metro 2035.
A z innych rzeczy, byłem w kinie na Chainsaw man: Reze arc, i co tu dużo mówić, typowy arc Chainsaw mana, Denji ma jak zwykle pecha, Power zakrywa dupą prawie cały kinowy ekran (Wzoruje się widać na Bulmie z Super Hero) liczyłem że wątek demona broni palnej ruszy tu z kopyta, ale z tym chyba trzeba będzie jeszcze poczekać, w zasadzie cała pierwsza połowa filmu, to budowanie fabuły a druga demolka bez trzymanki. Fajnie że żyjemy w czasach że takie filmy możemy normalnie zobaczyć w kinach niedługo po oficjalnej premierze, zamiast czekać na pojawienie się w internecie rok później.