Co powiecie na sąsiada z pokoju obok, z którym dzielimy lodówkę i trzeba było do niego bezczelnie, z pyskiem, aż się obraził, wyskoczyć, że co moje to nie ruszać? Który stwierdzał sobie przedtem, że skoro masło jest, to się używa?
Nie to, że firmowe, że "jestem w firmie, to mogę se brać". Tylko czyjeś, na pewno prywatne. Ba, z podziałem na półki, która czyja. I nadal.
Potem był spokój, ofochał się nie na żarty i przestał podbierać.
Ale nadal, jak mu się skończyły kotlety, to wsunął nos do zamrażalnika i powyjmował sobie z moich. Skutecznie oddzielonych, żebym ja się nie pomylił i innym nie brał, zawiązaną na supełek reklamówką.
Taka mentalność. Lenie, którym się nie chce (bo nie wierzę, że nie stać na masło), ubrać buty i iść do sklepu, kupić co potrzeba, potem albo chodzą za łaską, po wszystkich znajomych, żeby "pożyczyć" ketchup, cukier, czy co tam, albo stwierdzają, że i na to za dużo roboty i po prostu sobie biorą.
Też nie rozumiem. Jakbym mógł, to bym zaminował jedzenie. Urwałoby rączkę, to by się zastanowił. Urwałoby drugą, to by przestał wyciągać ręce po nie swoje na dobre.