Niestety, ale po ponad stu godzinach spędzonych w trzecim Wiedźminie wrażenie, które się we mnie zrodziło było porównywalne z uczestnictwem w programie typu "Mamy cię!". W pierwszej chwili pomyślałem, że po prostu nie odpaliła się animacja, o ja naiwny.
Ja - poza pierwszą, dotyczącą uzyskania konia misją; i kilkoma przypadkami "zapomniałem coś gdzieś zrobić, a nie chce mi się biegać pół mapy" - wierzchowców nie używałem. Raz, że animacje są koszmarne; dwa, tracimy wtedy tzw. party banter.
Wielka, ogromna szkoda, że scenarzyści z BW zdecydowali się i tutaj zahaczyć o typowy dla gier studia wątek, czyli zbliżająca się zagłada świata i bohater - nasza postać - który samojeden może ( i musi) go ocalić.
Mnie dodatkowo rozczarowała rzadkość nawiązań do DA:O i DA2, szczególnie wyborów gracza. W trylogii ME wyszło im to dużo lepiej. Aczkolwiek warto zauważyć, że w porównaniu z totalnym skrewieniem RED-ów na tym polu (zarówno przy W1>W2, jak W2>W3), seria DA nagle wypada pod tym względem nie tak tragicznie...
z kolei tak potwornie irytujące postaci jak Vivienne czy Kassandra to dla serii nowość.
Akurat mnie się postać Kassandry spodobała - ma sporo zabawnych dialogów (szczególnie z Varrikiem), i całkiem ciekawą historię. Natomiast co do Vivienne się zgadzam - nudna, irytująca (szczególnie swoim protekcjonalizmem), i bez krztyny humoru. Nawet Blackwall wypada lepiej.
Ogólnie jednak towarzysze są wyraźnie ciekawsi niż w DA2, a może nawet niż w DA:O (inna sprawa, że tam było ich zwyczajnie zbyt wielu).
albo do biegania po lokacji w celu zebrania odpowiedniej ilości takiej a takiej skały, albo rośliny.
Oj tak, backtracking po twierdzy jest koszmarny. Feler w W3 z brakiem punktu FT we Wrońcach to przy tym drobiazg.
Inkwizycja zgodnie z modą "nowej generacji" musiała te mapy otworzyć i próbuje łączyć ogień z wodą. Efektem są huby sztucznie zamknięte, po których poruszanie się jest nieintuicyjne - jedna i druga rzecz zabiera z eksploracji przyjemność, a przede wszystkim rozdziela biegunowo wrażenia, jakie można z niej czerpać. Statycznie świat gry potrafi cieszyć oko, jest bogaty w szczegóły, estetycznie zaprojektowany, po prostu ładny. Dynamicznie zaś okazuje się potwornie sztuczny, co psuje cały efekt.
Ogólnie moje wrażenie jest takie, że lokacje są bardzo nierówne. Niektóre ciekawe, ładne i przyjemne w eksploracji (moje ulubione to Crestwood i Storm Coast, ale też dobrze wypadają Emerald Graves czy Hinterlands), inne puste i nieciekawe (pustynne, szczególnie Hissing Wastes - IMHO można sobie całkowicie ten obszar olać - no i oczywiście kompletna porażka z Val Royeaux; zresztą Bioware nigdy nie udało się stworzyć interesującej lokacji miejskiej)
Ja za pierwszym razem doszedłem "aż" do Wybrzeża Sztormów. Po czym grę odinstalowałem i sprzedałem, więc drugiego podejścia nie było i nie będzie. Największym błędem było całkowite wyczyszczenie Zaziemia, które zajęło mi tyle czasu, że gra mnie wynudziła jak nic innego. Tak już mam, że zanim wyruszę do innej lokacji to muszę skończyć wszystko, w dzienniku nie może byc żadnych zadań pobocznych, które da sie wykonać na obecnym etapie itp.
No niestety, ludzie z takim podejściem będą mieli z DA:I problem. W tej grze po prostu trzeba odpuścić sobie część contentu (konkretnie, eksploracji), bo inaczej zabawa zamieni się w żnużenie i frustrację. Ja nie żałuję zakupu i samej gry w DA:I, ale że zajęło mi to ponad 100 godzin - owszem. I wiem, że nigdy już do tej gry nie przejdę ponownie - a prawdopodobnie nawet nie wrócę do niej dla DLC, ale to już bardziej ze względu na mało atrakcyjną politykę sprzedaży (ciężko od EA coś kupić na rzeczywiście dobrej przecenie - a na Steamie jak wiadomo, ich nie ma, bo popychają uparcie swojego Origina).