Pacific Rim, czy warto iśc do kina? Warto. Rzekłbym nawet, że to jeden z tych filmów, który trzeba obejrzeć w kinie.
Żeby się dobrze bawić, trzeba jednak mieć przed seansem odpowiednie podejście, w stylu: idę do kina się rozerwać, umilić sobie czas akcją najwyższej próby, rodem z Hollywoodu. Broń boże nie nastawiać się na jakieś duchowe uniesienia, czy podejście do tematu wielkich potworów/robotów rodem z pierwszej Godzilli, czy anime NGE.
Scenariusz ilością dziur, nielogiczności i głupot zawstydzi nawet trzeciego Batmnana. Aktorzy grają poprawnie, ale ich postacie są jednowymiarowe, zazwyczaj upchnięte w ramy do bólu ogranych klisz, co najlepiej widać na przykładzie dwóch niezwykle irytujących i głupich doktorków (panowie biją na głowę nawet nieszczęsnego biologa z Prometeusza) z działu badawczego.
Jednak w przeciwieństwie do w/w Batmana, czy Prometeusza na te rzeczy, w ogóle nie zwraca się uwagi, bo film, ani przez chwile nie próbuje udawać, że jest czymś więcej poza dwugodzinną dawką nieskrepowanej rozrywki, nakręconej tak, jakby nie istniało coś takiego jak budżet.
Albowiem film, to wizualna orgia dla oczu, wgniatające w fotel CGI, pierwsze od lat dobre, potęgujące wrażenia i doskonale współpracujące ze scenami akcji 3D. Choreografia starć zawstydza dowolne Trnsformersy i generalnie nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek inny film w tym roku mógł dostać Oskara za efekty specjalne. Po prostu siedziałem w kinie, co rusz ciesząc się jak dzieciak, z coraz efektowniejszych starć. Jak dzieciak, co warte podkreślenia, bo ja ten film odbieram, jako nakręcony z pasja list miłosny od Guillermo del Toro skierowany do tych wszystkich nieco kiczowatych filmów, z lat siedemdziesiątych, z USA/Japonii, gdzie Wielkie Roboty/Wielkie Potwory robiły sobie nawzajem kuku.
Bawiłem się świetnie. :]
Polecam.
Żeby się dobrze bawić, trzeba jednak mieć przed seansem odpowiednie podejście, w stylu: idę do kina się rozerwać, umilić sobie czas akcją najwyższej próby, rodem z Hollywoodu. Broń boże nie nastawiać się na jakieś duchowe uniesienia, czy podejście do tematu wielkich potworów/robotów rodem z pierwszej Godzilli, czy anime NGE.
Scenariusz ilością dziur, nielogiczności i głupot zawstydzi nawet trzeciego Batmnana. Aktorzy grają poprawnie, ale ich postacie są jednowymiarowe, zazwyczaj upchnięte w ramy do bólu ogranych klisz, co najlepiej widać na przykładzie dwóch niezwykle irytujących i głupich doktorków (panowie biją na głowę nawet nieszczęsnego biologa z Prometeusza) z działu badawczego.
Jednak w przeciwieństwie do w/w Batmana, czy Prometeusza na te rzeczy, w ogóle nie zwraca się uwagi, bo film, ani przez chwile nie próbuje udawać, że jest czymś więcej poza dwugodzinną dawką nieskrepowanej rozrywki, nakręconej tak, jakby nie istniało coś takiego jak budżet.
Albowiem film, to wizualna orgia dla oczu, wgniatające w fotel CGI, pierwsze od lat dobre, potęgujące wrażenia i doskonale współpracujące ze scenami akcji 3D. Choreografia starć zawstydza dowolne Trnsformersy i generalnie nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek inny film w tym roku mógł dostać Oskara za efekty specjalne. Po prostu siedziałem w kinie, co rusz ciesząc się jak dzieciak, z coraz efektowniejszych starć. Jak dzieciak, co warte podkreślenia, bo ja ten film odbieram, jako nakręcony z pasja list miłosny od Guillermo del Toro skierowany do tych wszystkich nieco kiczowatych filmów, z lat siedemdziesiątych, z USA/Japonii, gdzie Wielkie Roboty/Wielkie Potwory robiły sobie nawzajem kuku.
Bawiłem się świetnie. :]
Polecam.


