Dopiero dzisiaj obejrzałem GotG i muszę przyznać, że naprawdę mi się podobał. Jedyny zgrzyt to moim zdaniem to iż końcówka za bardzo przypominała ostatnie odcinki każdego sezonu MLP: FiM, ale to pewnie przez to, że naoglądałem się za dużo kucy
Wróciłem z Interstellar. Świetny. Trzeba oglądać w kinie, bo formuła, zdjęcia i rozmach się o to proszą. Film jest świetnie zagrany, ma przepiękne zdjęcia, podniosłą muzykę i nieśpieszne tempo. Cieszy również oszczędne użycie efektów specjalnych, bo w tego rodzaju SF bardzo łatwo ulec pokusie nadmiernego CGI.
Ewidentnie widać mocne inspiracje Odyseją kosmiczną w warstwie wizualnej i muzycznej (doskonały Zimmer). Najbardziej kuleje kwestia czysto scenariuszowa, szczególnie w końcówce gdzie panuje przyczynowo-skutkowy... galimatias. Niektóre teksty też pachną wiórami, ale bronią się dzięki w/w rewelacyjnej grze aktorskiej.
Wciąż nie potrafię wyjść z podziwu, jak Matthew McConaughey jakby za naciśnięciem magicznego przełącznika z aktorskiej miernoty zmienił się w jednego z najbardziej utalentowanych i charyzmatycznych aktorów tego pokolenia. Gościu w aktualnej formie jest chyba w stanie uciągnąć każdą rolę.
Chłopie, gdzieś ty się przez te wszystkie lata ukrywał?
Wciąż nie potrafię wyjść z podziwu, jak Matthew McConaughey jakby za naciśnięciem magicznego przełącznika z aktorskiej miernoty zmienił się w jednego z najbardziej utalentowanych i charyzmatycznych aktorów tego pokolenia. Gościu w aktualnej formie jest chyba w stanie uciągnąć każdą rolę.
Chłopie, gdzieś ty się przez te wszystkie lata ukrywał?
Wszystkie filmy prawie z początków jego kariery jeszcze przed 2000 rokiem, z wyjątkiem tego ostatniego.
On nigdy nie był miernotą, po prostu z jakichś względów dobierał kiepskie scenariusze i dał się zaszufladkować. Stąd szok, że nagle gra w dobrych filmach i robi to niemalże wybitnie.
Dostawał za niewymagającą prace niemałe pieniądze, więc jestem w stanie sobie wyobrazić, dlaczego dopuścił do przypięcia sobie metki.
W końcu zaczął świadomie dobierać role czego efektem był chociaż by słaby, ale dobrze zagrany Killer Joe, całkiem niezły Bernie, dobry Prawnik z Lincolna i genialny Mud.
"Birdman" obejrzany na Camerimage, cudowny sposób na zakończenie pierwszego dnia Festiwalu. Na świeżo po seansie napiszę tylko, że to bez wątpienia magnum opus Iñárritu, na które składają się znakomici Keaton i Norton (przewodzący bardzo dobrej obsadzie, w której każdy dostaje przynajmniej chwilę, by zabłysnąć), najlepsza operatorska robota, jaką widziałem w amerykańskim kinie od czasu... ostatniej operatorskiej roboty Lubezkiego i świetny błyskotliwy scenariusz, który przywodzi na myśl choćby Kaufmana. Mistrzostwo formy i treści.
Iñárritu zrealizował swoją wizję bez kompromisów i wygląda na to, że nie brakuje jej impetu, by zachwycić zarówno masowego odbiorcę, jak i bywalców kin studyjnych. Jak dla mnie instant classic wśród czarnych komedii.
8.5/10
EDIT: Przeszło tydzień po seansie stwierdzam, że film zasługuje na 9/10. Zobaczymy, co w niedalekiej przyszłości "powie" na to drugie podejście.
(...)
Wciąż nie potrafię wyjść z podziwu, jak Matthew McConaughey jakby za naciśnięciem magicznego przełącznika z aktorskiej miernoty zmienił się w jednego z najbardziej utalentowanych i charyzmatycznych aktorów tego pokolenia. Gościu w aktualnej formie jest chyba w stanie uciągnąć każdą rolę.
Chłopie, gdzieś ty się przez te wszystkie lata ukrywał?
Jakiś czas temu czytałam w Polityce albo Książkach (musiałabym zagrzebać, w tym stosie, co leży koło biurka, a strasznie mi się nie chce) cały artykuł poświęcony McConaughey'owi i jest trochę tak, jak pisze @szincza. On zawsze był dobry (pierwsze role oceniane wysoko), tylko - jak twierdził - nigdy jakoś poważnie aktorstwa nie traktował. I może stąd ta długa beztroska w dobieraniu ról.
Obejrzałem 20 minut "Pacific Rim", ale odpadłem. To jednak nie moje klimaty. Efekty owszem, niezłe, ale generalnie wygląda to na "Transformersy" w oceanie. Od "Transformersów" też odpadłem, żeby nie było wątpliwości .
Obejrzałem 20 minut "Pacific Rim", ale odpadłem. To jednak nie moje klimaty. Efekty owszem, niezłe, ale generalnie wygląda to na "Transformersy" w oceanie. Od "Transformersów" też odpadłem, żeby nie było wątpliwości .
Lubię Batmana, Supermena, X-menów i Avengersów, rozwałkę również . Ale jednak Transformersy, Pacific Rim i podobne mnie przerastają . No nie podchodzi mi to i już.
Ciekawy pomysł przeczytany na forum Filmwebu dotyczący fabuły Interstellar
Jak wszyscy wiedzą, w finale dochodzi do wystąpienia paradoksu dziadka (scenarzyści potraktowali czas jak każdy inny, klasyczny w naszym rozumieniu, wymiar), ale pojawia się pewne pytanie - co było "zdarzeniem zero", rozpoczynającym cykl?
Nieco filozoficzne pytanie - jajko czy kura?
Odpowiedź może dać pierwsza scena filmu, w której widzimy katastrofę statku Coopera. Później jest wspomniane, że zostało one wywołane anomalią grawitacyjną tej samej natury co spadające książki u niego w domu.
Wiemy, kto zrzuca książki. Kto zatem spowodował katastrofę?
Tu zaczyna się jazda bez trzymanki
Pierwotnie do wypadku nie doszło i lot próbny się powiódł. Ekspedycja wyruszyła, badając kosmos i dokonując odkryć umożliwiających powiązanie wszystkiego w całość: czasoprzestrzeni, grawitacji itp. Niestety, w międzyczasie ludzkość wymarła. Członkowie ekspedycji, mając możliwość manipulacji w czasie, zdecydowali się podjąć próbę zapobiegnięcia tej katastrofie i zaingerowali w próbny lot, dzięki czemu do wyprawy nie doszło, ale za to Cooper mógł zrobić to, co przedstawiają wydarzenia w filmie.
Niektórym zapewne skojarzy się to z Bioshockiem Infinite i
słynnym "uduszeniem" w kołysce. Stałe i zmienne, jeden wybór daje początek wielu światom.
Teoria pogmatwana, ale w sumie ciekawa. Po tym jak przyciśnięty Nolan przyznał (pod naciskiem fanów), co było prawdziwym totemem Cobba w Incepcji wszystko uważam za możliwe. W jego filmach jest tyle ukrytych smaczków, że wszystko jest możliwe
Nie wiem jak to skomentować... Gdyby zmienić imiona głównych bohaterów i tytuł to nikt by się nie zorientował, że twórcy bazowali na tym komiksie. Nie wiem co ludzie z Foxa palą, czym zagryzają i popijają, ale to musi być towar przedniej próby skoro liczą że to się uda. Chyba, że... to tylko taki trolling żeby odwrócić uwagę ludzi od tego o czym naprawdę będzie ten film, a później wyskoczą ze zwiastunem prawdziwej Fantastycznej Czwórki i zniszczą wszystko. Ale to by chyba było zbyt cwane :hmmm:
Nie wiem jak to skomentować... Gdyby zmienić imiona głównych bohaterów i tytuł to nikt by się nie zorientował, że twórcy bazowali na tym komiksie. Nie wiem co ludzie z Foxa palą, czym zagryzają i popijają, ale to musi być towar przedniej próby skoro liczą że to się uda. Chyba, że... to tylko taki trolling żeby odwrócić uwagę ludzi od tego o czym naprawdę będzie ten film, a później wyskoczą ze zwiastunem prawdziwej Fantastycznej Czwórki i zniszczą wszystko. Ale to by chyba było zbyt cwane :hmmm: