Już w najbliższy piątek polska premiera nowej odsłony Terminatora i z tej okazji postanowiłem sobie ostatnio zrobić odświeżanie całego cyklu. Na początek, z wielką przyjemnością po raz nie wiem już który obejrzałem Terminatora oraz Dzień Sądu i bawiłem się doskonale mimo iż znam je w zasadzie na pamięć. Jasne, fabuła nie jest jakaś wybitna, ale sprawnie opowiedziana, a wszystkie niedostatki nadrabia klimatem, ciekawymi pomysłami i realizacją, która po tylu latach mało co się zestarzała (w przypadku dwójki prawie wcale).
Wciąż jestem pod wrażeniem atmosfery jaka panuje w jedynce oraz jak ten film mocno trzyma w napięciu nawet znając już wszystkie zwroty akcji. W przypadku dwójki można się czepiać jechania na tym samym schemacie, że film to niemal remake, w którym Cameron zrealizował pomysły, na które przy jedynce brakło kasy lub technologii (m. in. terminator z płynnego metalu czy atak na Cyberdyne Systems). Nie przeszkadza to jednak w oglądaniu, bo trudno tu mówić o zwykłym nakręceniu tego samego filmu po raz drugi. Zmienił się klimat, położono nacisk na inne elementy, a do tego zaserwowano postaci Sary Connor świetny rozwój i dodano dobrze napisaną relację Johna z terminatorem. I jeszcze to przesłanie, że jeśli terminator - maszyna stworzona do zabijania - nauczył się cenić ludzkie życie to może my (ludzie) też się tego kiedyś nauczymy. Proste, a zarazem głębokie i zawsze chwyta mnie za gardło.
Zdecydowanie jedne z najlepszych filmów jakie w życiu widziałem i jeśli ktoś do tej pory jakimś cudem ich nie oglądał to niech da szansę. Nawet jeśli nie jest fanem SF.
Po tych dwóch perełkach przyszła pora skrzywdzić się trzema kontynuacjami, które do tej pory widziałem dwa razy (trójkę) i po jednym razie (czwórkę i piątkę). Wszystkie trzy były tak słabe jak je zapamiętałem, a może nawet słabsze. No to jedziemy.
Bunt Maszyn - tę część lubię chyba najmniej. Niby jest najbliższej dwójki, ale to po prostu kolejny raz to samo tylko pod każdym względem zrealizowane gorzej, a tam gdzie próbowano czegoś nowego to wychodziło słabo. Dodajmy do tego przerysowane kreacje Schwarzeneggera i Loken oraz tonę żenującego humoru przez co film bardziej wygląda jak parodia cyklu niż pełnoprawna kontynuacja. Wisienką na torcie jest fatalnie obsadzony John Connor.
Technicznie jest spoko choć niektóre sceny akcji wyglądają jakby były tam tylko po to żeby być. Wiecznie poirytowana Kristanna Loken jest przeurocza, ale kompletnie nie pasuje to do wizji bezdusznej maszyny stworzonej do zabijania. Historia niby taka jak zawsze, ale w ogóle nie wciąga. Chyba jedyną rzeczą, która mi się w tym filmie podobała jest sam finał. Ucieczka przed przeznaczeniem nie ma sensu, bo w każdej linii czasowej są pewne elementy, które muszą zaistnieć. Można więc dokonać korekty, opóźnić to i owo, ale ostatecznie Skynet w takiej czy innej formie zawsze powstanie, zawsze będzie John Connor, Dzień Sądu i wojna z maszynami. I kiedy dzieje się to na naszych oczach, kiedy spadają bomby, świat pogrąża się w chaosie i rozpoczynają walki, zamknięty w bunkrze Connor odbiera wiadomość od żołnierzy. Na pytanie o to co się dzieje i kto tu dowodzi, po chwili namysłu odpowiada, że on. Ten złamany człowiek, którego pokazywano nam przez cały film przyjmuje swoje przeznaczenie chociaż go nie chce. Naprawdę mi się to podobało.
Ocalenie - to będzie bardzo niepopularna opinia, ale tej części nie lubię najmniej. To nie jest dobry film, ma mnóstwo nieciekawych, zbędnych wątków, irytujące postacie, taką sobie realizację. Niższa kategoria wiekowa też jest odczuwalna (poprzednie odsłony miały R, Ocalenie ma PG-13). Co jednak sprawia, że ten film lubię czy raczej najmniej nie lubię?
Po pierwsze, mimo iż jest głupkowaty to jednak prezentuje się nieco poważniej co po ocierającej się o parodię trójce było zmianą na plus. Film może nie był zbyt ponury, ale wciąż wyszło lepiej niż w poprzedniku polanym komediowym sosem.
Po drugie, choć nie przepadam za kreacją Bale'a w tym filmie to jednak podoba mi się podejście do postaci Connora. Nie jest jeszcze na szczycie dowodzenia, a jego przełożeni nie dają wiary mesjanistycznym banialukom na jego temat i często torpedują jego pomysły. Kłóci się to trochę ze wspomnianym zakończeniem Buntu Maszyn, a Ocalenie jest niby kontynuacją mimo zmienionej obsady, ale mówi się trudno.
Po trzecie i najważniejsze to zerwanie ze schematem. Moim zdaniem nie da się już wycisnąć nic więcej z pomysłu, na którym opierały się poprzednie filmy i skupienie się na wojnie z maszynami jest jedyną sensowną opcją na kontynuowanie franczyzy. To w Ocaleniu zobaczyliśmy to czego ledwie strzępy prezentowano wcześniej. Infiltracja ruchu oporu przez terminatory, obozy zagłady, zautomatyzowane fabryki czy zwykłą codzienność w post apokaliptycznym świecie opanowanym przez mordercze maszyny. Zostało to napisane i zrealizowane bardzo słabo, ale doceniam próbę odświeżenia cyklu i zerwanie ze schematem.
Genisys - ni to remake, ni to reboot, ni to sequel, ni to cholera wi co. Pomysł na takie odświeżenie cyklu był ciekawy... na papierze. W praktyce jednak nic tutaj nie zagrało. Od przekombinowanej fabuły na każdym kroku krzyczącej 'jestem pierwszą częścią trylogii'!, poprzez kiepską realizację ze słabą reżyserią na czele (to ten pan od filmu Thor: Mroczny Świat, widać rękę mistrza) po najbardziej chybiony casting w historii kina. Chyba w żadnym innym filmie nie miałem tak żeby odrzucały mnie wszystkie kreacje aktorskie. Tutaj nawet J.K. Simmons wypada słabo.
Dodajmy do tego marketing, który zdradził wszystkie zwroty akcji i mamy przykład katastrofy. Stawiam ten film wyżej od Buntu Maszyn za próbę zrobienia z tą historią czegoś nowego. Wyszło tak źle że aż się płakać chciało, ale wciąż była to jakaś próba.
No i tym sposobem dotarliśmy do roku 2019 kiedy Terminator powraca po raz kolejny. Film miał już premierę w kilku krajach i niestety opinie oraz oceny nie pozostawiają złudzeń - jest bardzo źle. Czy jest mi przykro? Trochę tak. Czy spodziewałem się czegoś innego? Absolutnie nie.