Forumowa pisanina

+

Guest 3711278

Guest
Chciałbym żebyśmy wrzucali i oceniali tutaj nasze nowelki i opowiadania fanfici ze świata growego i książkowego wieśka, nawet z AI, ale żeby to było fajne, i było co czytać a czym się nie znudzić. To ja zacznę...
===
„Wieczór w Corvo Bianco”

Minęły trzy lata od tamtej sprawy z Detlaffem. Od czasu, gdy Toussaint o mało nie utonęło we krwi, a Geralt po raz kolejny spojrzał śmierci w oczy – i po raz pierwszy od dawna zdecydował, że czas z nią nie igrać.

Dzień był słoneczny, jak niemal każdy w tym rajskim zakątku świata. Nad winnicą unosił się delikatny aromat dojrzewających gron. Corvo Bianco – niegdyś zapomniana posiadłość – dziś tętniła spokojem, śmiechem i zapachem przypraw.

Geralt siedział na drewnianej ławce przed domem, z kielichem rubinowego wina, które sam nazwał Biały Wilk. Obok niego – Yennefer, czarna jak noc, ale dziś jakby cieplejsza, bardziej obecna. Ubrana nie w aksamit czy koronkę, a prostą lnianą suknię, z ziołowym bukietem na kolanach. Wciąż potrafiła patrzeć tak, że wiedźmin zapominał o całym świecie.

— Wiesz, Geralt — powiedziała z uśmiechem, który znał tylko on — nigdy nie myślałam, że będę szczęśliwa w miejscu, gdzie jedynym dźwiękiem są brzęczące pszczoły i pogaduszki służby.

— A ja nigdy nie myślałem, że będę uprawiał winorośl. — Geralt pociągnął łyk wina. — Ale szczerze? Pasuje mi to.

Z wnętrza domu dobiegł ich głos Barnaby Bazylego:

— Panie Geralcie! Pani Malena prosi o opinię w sprawie wyboru szafranu! Twierdzi, że ze Serekanie smakuje zbyt... wyraziście!

Malena, niegdyś zaklęta w potwora, teraz była mistrzynią kuchni. Choć czasem przeginała z tymi przyprawami, to jej dania sprawiały, że nawet stary wiedźmin czekał z niecierpliwością na kolację. Geralt wstał powoli, poprawił pas i spojrzał na Yennefer z uśmiechem.

— Idę ratować kuchnię. Chcesz iść ze mną?

— Tylko jeśli później zjesz to, co wybierzesz — zaśmiała się czarodziejka.

W kuchni pachniało intensywnie – gałka muszkatołowa, tymianek, goździki. Malena stała z rozczochranym koczkiem na głowie i dwoma woreczkami szafranu w dłoniach.

— No, panie Geralt. Ten z Zangwebaru czy z Vicovaro?

Wiedźmin powąchał oba.

— Ten z Vicovaro. Łagodniejszy. Dzisiaj ma być spokojnie, nie ostro.

— Jak pan każe, panie Geralt! — Uśmiechnęła się i zabrała do roboty.

Wieczór zapadł powoli, z delikatnością typową dla Toussaint. Stół ustawiono na dziedzińcu, pod winoroślą. Barnaba Bazyli, z wyprostowanymi plecami, nalewał wino do kielichów służby i gości. Była i Malena, i stajenny Hugo, i stara pokojówka Lieta. Wszyscy razem – jak rodzina.

Geralt zasiadł obok Yennefer. Jedli, śmiali się, wspominali. Bez potworów, bez klątw, bez krwi.

W pewnym momencie Yennefer odwróciła się do niego i powiedziała cicho:

— Myślisz, że to potrwa?

Geralt spojrzał w niebo, gdzie pierwsze gwiazdy rozświetlały granat.

— Nie wiem. Ale jeśli nie... to choć przez chwilę było idealnie.

Yennefer ujęła jego dłoń i przez chwilę żadne z nich nie musiało już być nikim więcej — tylko sobą.

===

„Targ Przypraw”

Nazajutrz po uczcie Geralt zszedł do kuchni wcześnie. Nie z powodu bezsenności – po prostu słońce w Toussaint wstawało jakby szybciej. Malena krzątała się przy półkach, układając słoiczki z zielem arcydzięgla, koperkiem i czymś, co wyglądało podejrzanie jak suszone szczurze ogony.

— Spokojnego poranka — powiedział Geralt, siadając na stołku.

— Spokojny był do momentu, aż odkryłam, że skończył się pieprz biały! — zawołała dramatycznie Malena, pokazując pustą fiolkę. — I do kolacji ani ziarnka szafranu, a bez tego mój kurczak à la Toussaint smakuje jak... jak gotowany but!

— Kiedy ostatnio jadłaś buta? — zapytał Geralt z uniesioną brwią.

— Nie muszę jeść, żeby wiedzieć, że coś jest paskudne — odburknęła. — Musimy jechać na targ, i to już.

Corvo Bianco miało do targowiska w Castel Ravello niecałą godzinę końmi. Geralt niechętnie opuszczał posiadłość, ale była w tym coś przyjemnego – nie w jeździe, a w poczuciu, że teraz jego wyprawy to już nie walka o życie, a o... przyprawy.

Malena usiadła obok niego w wozie zaprzężonym w dwa czarne konie, które Geralt kupił od emerytowanego rycerza. Miały imiona „Cień” i „Pufek” – domyślnie jedno jego, drugie Yennefer.

— Nie sądziłam, że wrócę do miasta jako człowiek, a nie... monstrum — powiedziała Malena, patrząc na mijane pola słoneczników.

— Dobrze ci w tej roli. — Geralt zerknął na nią z boku. — Choć w kuchni też potrafisz być potworem.

Parsknęła śmiechem.

Targ przypraw był jak kolorowy kalejdoskop: czerwienie papryki, złoto kurkumy, brązy cynamonu, fiolety suszonej lawendy. W powietrzu unosił się zapach korzenny, słodki i pikantny jednocześnie. Krzyki handlarzy mieszały się z muzyką lutni i dźwiękiem garnków.

— Patrz, Geralt, cynamon z Ophiru! — Malena wskazała mały stragan. — Ale nie daj się nabrać, jak mówią "czysty", to zwykle mieszają z korą z drzew z lasów Temerii.

Geralt rozglądał się, czując na sobie spojrzenia. Niektórzy poznawali go – Biały Wilk, ten od potwora pod Beauclair, ten od księżnej. Ale już nikt nie podchodził. Może z szacunku, a może z obawy, że wiedźminowi nie wypada przeszkadzać przy... wybieraniu pieprzu.

Wreszcie zatrzymali się przy starym handlarzu z czapką z pawich piór.

— Szukam szafranu z Vicovaro. Nie podróbki. — Malena mówiła tonem znawczyni, prawie groźnym.

Starzec uśmiechnął się bez zębów.

— Dla takiej kucharki? Tylko najlepszy!

Wręczył jej malutką fiolkę, a Geralt rzucił kilka monet. Pachniał dobrze. Autentycznie.

— Masz nosa — przyznał. — Mógłbyś zostać degustatorem.

— Już jestem — odparł wiedźmin. — Żyję z tego, że wyczuwam, co się psuje, zanim to kogoś zabije.

Wracając do Corvo Bianco, Geralt milczał, prowadząc wóz. Malena trzymała koszyk wypełniony paczuszkami, a wokół nich unosił się aromat przyszłej uczty.

— Życie się zmienia, prawda? — mruknęła cicho. — Kiedyś byłam przeklęta, a dziś kupuję anyż i szałwię z wiedźminem.

— A ja kiedyś ścinałem głowy upirom. Teraz wybieram między czarnym a zielonym kardamonem. — Uśmiechnął się pod nosem. — I wiesz co? Nie zamieniłbym tego na nic innego.

Malena spojrzała w niebo.


— Ja też nie.


===


„Uczta przy winorośli”

Wieczór był ciepły i pełen zapowiedzi czegoś wyjątkowego. Na dziedzińcu Corvo Bianco pachniało ziołami i pieczonym mięsem. Winorośl otulała pergolę cieniem, a światło lampionów migotało, jakby w takt dźwięków lutni. Kolacja była gotowa – a goście w drodze.

Geralt przystanął przy stole, poprawiając kielichy i przemykając wzrokiem po kuchni. Malena krzątała się z werwą generała szykującego ofensywę — choć w jej wojnie bronią była bazylia, a ofiarami kacze uda w miodowej glazurze.

— Jeszcze tylko chwila i wszystko będzie idealne — mruknęła, doprawiając zupę z raków.

Yennefer, ubrana w ciemnofioletową suknię, dyskretnie poprawiła pukiel włosów. Nawet jeśli udawała, że to tylko nieformalne spotkanie, nie był to wieczór bez znaczenia. Przyjaciele z Novigradu przyjeżdżali rzadko – za rzadko.

Na dziedziniec wjechał powóz, z którego najpierw wyskoczył Jaskier – jak zawsze ubrany zbyt kolorowo, z lirą przewieszoną przez ramię.

Geralcie! Mój ukochany wilku z południa! Jak pachnie! Jak tu pięknie! Jakie światło! A to zapach ziół czy... miłości?

— To szałwia i rozmaryn — odparł Geralt, obejmując go niedbale. — Choć miłości też nie brakuje.

Za Jaskierem wyszła Priscilla, uśmiechnięta i delikatna, z małym podróżnym notesikiem w dłoni. Zoltan, który z wozu wysiadł bardziej jak spadający worek cebuli niż gość, zaraz potem rzucił się do Geraltowego uścisku z typowym dla siebie szorstkim ciepłem.

— No, Biały Wilku, nie myślałem, że kiedyś przywita mnie własnym winem, a nie zapachem martwego kikimora. — Roześmiał się gromko. — Przyznaję: wolę tę wersję!

Za nimi wysiadła jeszcze jedna para – Vimme Vivaldi, krasnoludzki bankier, który przyjaźnił się z Zoltanem, i młoda elfka-bardka o imieniu Lirien, którą Jaskier "tymczasowo mentorował".

— Wszystkich was pomieścimy? — zapytał Geralt z nutą niedowierzania.

— A co, twoje beczki mają ograniczoną pojemność? — mruknął Zoltan, wskazując na wino. — Przywiozłem własną zakąskę. Sól z Mahakamu i chrzan. Do sera idealna!

Kolacja rozlała się nad nocą jak wino w kielichach. Śmiech niósł się po winnicy, światło lampionów odbijało się w kielichach, a Priscilla śpiewała cicho stary balladowy refren o wilku i czarodziejce, aż Malena wyjęła chusteczkę.

Barnaba Bazyli pełnił dziś rolę nie tylko majordomusa, ale i mistrza ceremonii — z pełnym gracją akcentem ogłaszał kolejne dania i czuwał, by kielichy nie pozostały puste.

Kaczka w ziołach królewskich, podana na duszonych figach — ogłosił z dumą. — Oraz wybór serów regionalnych z... wybaczcie państwo, „intensywną duszą”.

Geralt siedział z kielichem Białego Wilka, patrząc na wszystkich. Świat, który znał — pełen mieczy, dymu i potworów — był daleko. Tutaj były tylko ludzkie głosy, zapach jedzenia, żar lampionów i twarze, które przetrwały wszystko.

Jaskier pochylił się i szepnął:

— Napisałem nową balladę. O wiedźminie, który znalazł swoje miejsce między winem a kobietą z oczami jak burza.

— Pamiętaj tylko, żeby nie wspominać o tym, jak prawie utopiłeś się w beczce w Oxenfurcie — rzucił Zoltan z końca stołu.

— To było artystyczne zanurzenie! — odparł Jaskier.

Wszyscy wybuchli śmiechem.

Później, gdy goście już rozproszyli się po ogrodzie, a muzyka cichła, Geralt i Yennefer zostali sami pod winoroślą. Patrzyli w niebo, gdzie gwiazdy świeciły jasno, jakby błogosławiły ten mały świat pełen spokoju i miłości.

— Myślisz, że wszyscy będą dobrze spać? — zapytała Yennefer.

— Jeśli nie przeszkodzi im chrapanie Zoltana, to tak.

Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się. Już nie musieli nic mówić. Wiedzieli.

===

„Muza pod winoroślą”

Poranek po uczcie w Corvo Bianco był cichy... na tyle, na ile może być cichy, gdy Zoltan chrapie jak katapulta, a Lirien stroi lutnię już o świcie. Geralt wstał wcześnie — jak zawsze — i przeszedł się po ogrodzie z kubkiem mocnej kawy, czując jeszcze aromat ziół z wczorajszej kolacji.

Na ławce przy fontannie siedział Jaskier, opatulony w zbyt długi szlafrok (wzięty, sądząc po haftach, z garderoby Yennefer), z notesem na kolanach i lirą u boku. Twarz miał zaspana, włosy w nieładzie, ale spojrzenie... artystyczne. Czyli puste i dramatyczne zarazem.

Siedem strof, trzy metafory i żadnego sensu... — mruczał do siebie. — Ach, jakże kruche są moje wersy w tym ogrodzie szczęścia...

— Co robisz? — zapytał Geralt, podchodząc.

— Cierpię — odparł Jaskier, zerkając znad notatnika. — Próbuję napisać balladę o... no, o tym wszystkim. O spokoju, który aż boli. O miejscu, gdzie wilk odłożył miecz, a czarodziejka nauczyła się śmiać bez cynizmu. Ale wszystko wychodzi... ckliwe.

— Może dlatego, że wreszcie nie musisz dramatyzować?

Ale ja żyję dramatem! — jęknął bard. — Spokój mnie paraliżuje! Tu nawet ptaki śpiewają jakby bardziej melodyjnie niż w Novigradzie. Jak mam pisać o tragedii, jeśli jedyna tragedia to brak odpowiednio dojrzałego figowca do drugiej zwrotki?

Geralt usiadł obok.

— Nie musisz pisać o tragedii. Napisz o tym, że jesteśmy jeszcze tu. Że nie wszystko się kończy krwią i żalem.

— Brzmi... rozsądnie. — Jaskier zrobił minę, jakby właśnie zaproponowano mu dietę. — Ale może masz rację.

Z fontanny plusnął strumień wody, a słońce zaczęło grzać mocniej. Barnaba Bazyli pojawił się z tacą i dwoma kielichami soku winogronowego.

— Dla panów artystów i kontemplujących. Proszę nie oblać notesu, panie Jaskierze, bo atrament z Toussaint kosztuje tyle, co buty z Novigradu.

— Ach, Barnabo, tyś natchnienie moje! — Jaskier podniósł kielich jakby w toaście. — Może to ty jesteś moją nową muzą?

— Obym nie był — mruknął majordomus, odchodząc z godnością.

Geralt uśmiechnął się pod nosem. Przez chwilę zapadła cisza. Jaskier pogładził kartki notesu i zaczął pisać:

Nie każdy wilk musi wiecznie gnać,
Nie każda pieśń to pieśń o śmierci.
Gdy winem życie zacznie smak —
To znak, że serce znowu wierzy.

— I jak? — zapytał po chwili.

— Nieźle. — Geralt dopił sok. — Choć moim zdaniem za dużo rymów, za mało konkretu.

— Ty nigdy nie byłeś fanem poezji — parsknął bard. — Ale dziękuję. Może wreszcie napiszę coś... prawdziwego.

— Byle nie o moim szlafroku — rzuciła z ganku Yennefer, która właśnie się pojawiła, z filiżanką kawy w ręku. — Bo wtedy przemienię twoje struny w węże.

Jaskier zbladł.

— Nigdy, droga Yennefer. Twoje... gustowne hafty zostaną między nami.

Geralt wstał, gotów ruszyć do obowiązków. Winorośl nie ścinała się sama, a Malena już pewnie szykowała listę na kolejny targ. Spojrzał jeszcze raz na Jaskra i powiedział:

— Nie pisz o tym, że wiedźmini nie mają serca. Napisz, że kiedy już znajdą spokój — potrafią go docenić.

Jaskier spojrzał za nim, przez chwilę w zadumie. A potem zapisał w notesie jedno zdanie:


Bo nawet wilk zasługuje na gniazdo.

===

„Mahakamska rozmowa”

Wieczór zapadł nad Corvo Bianco cicho, jakby zmęczony wczorajszą ucztą. Goście rozeszli się po pokojach, Priscilla grała jeszcze cicho w salonie z Lirien, a Jaskier próbował bezskutecznie przekonać Barnabę Bazyla, by ten pozwolił mu „dla sztuki” przespać się w piwnicy, wśród beczek.

Geralt siedział na ławie przed winnicą, z butelką Gwiazd Mahakamu i dwiema cynowymi czarkami. Obok z ciężkim sapnięciem usiadł Zoltan, niosąc coś zawiniętego w płócienny worek.

— Przyniosłem śledzie — oznajmił z dumą. — Suszone, z cebulką. Idealne do tej waszej elfiej śliwowicy.

— To nie śliwowica, to mahakamski trunek z beczki numer cztery. Sam wybrałeś.

— Prawda — burknął Zoltan. — Ale nazwa brzmi zbyt dumnie, żeby nie przesadzić.

Geralt nalał po czarce. Zabrzęczało jak braterstwo.

— Za spokój — powiedział.

— Za to, że żyjemy.

Stuknęli się nisko i wypili. Mahakamska „czwórka” grzała aż do kości, ale była aksamitna, głęboka, jak dobre wspomnienie.

— Wiesz... — zaczął Zoltan, wycierając brodę. — Myślałem kiedyś, że cię nie przeżyję. Albo że sam padnę gdzieś w kanałach Novigradu, jak ostatni dureń. A teraz? Ty prowadzisz winnicę. Ja handluję gęsim smalcem i rzeźbami trolli. I powiem ci, cholernie mi z tym dobrze.

— Świat się zmienia. — Geralt spojrzał na rzędy winorośli, które znikały w półmroku. — Kiedyś liczyłem, ile głów potworów ściąłem. Teraz liczę, ile gron trzeba, by zapełnić beczkę.

— Mnie tam zawsze było wszystko jedno, co tnę, póki dobrze zapłacą — Zoltan chwycił śledzia i gryzł z zadowoleniem. — Ale ty? Ty się zmieniłeś, Wilczurze.

— Nie jestem już wiedźminem. Nie do końca.

— Gówno prawda. — Zoltan popatrzył na niego z przekąsem. — Wciąż masz ten wzrok. To spojrzenie kogoś, kto widzi więcej niż powinien. Tylko teraz patrzysz nie po to, by zabić, ale żeby zrozumieć. I to dobrze.

Geralt milczał chwilę.

— Chyba... po raz pierwszy od dawna nie czuję, że muszę gdzieś być. Po prostu jestem. Tu.

Zoltan nalał kolejną porcję trunku. Oparli się plecami o mur winnicy i patrzyli w niebo, gdzie zaczęły migotać pierwsze gwiazdy. Pachniało lawendą i dymem z kuchni.

— Kiedyś myślałem, że umrzemy wszyscy młodo — powiedział krasnolud. — Ale jak tak na to patrzę... Może nie trzeba było być bohaterem, żeby dobrze żyć.

— Może wystarczyło przeżyć — dodał Geralt.

Zapadła cisza. Potem Zoltan odchrząknął, sięgnął do płóciennego worka i wyciągnął niewielką butelkę z ciemnego szkła.

— Mahakamska gorzała. Dziesięcioletnia. Na wyjątkowe okazje.

— I to jest taka?

Zoltan spojrzał na Geralta z powagą.

— Jeśli dwóch starych drani, co przetrwali smoki, wiedźmy i polityków, siedzi sobie spokojnie, pijąc pod gwiazdami... to nie wiem, co może być bardziej wyjątkowe.

Uśmiechnęli się do siebie. Potem pili. Nie na umór — po prostu tak, jak piją przyjaciele, którzy nie muszą już nic udowadniać.
===

„Karocą przez Toussaint”

No to jedziemy, czy nie?! — głos Zoltana odbił się echem od murów Corvo Bianco, gdzie od rana trwały przygotowania do wyjątkowej eskapady.

Pomysł wyszedł od Priscilli, która — zachwycona malowniczymi krajobrazami — zaproponowała „małą wycieczkę artystyczną” po okolicy. Jaskier ochoczo nazwał to „Tour de Toussaint”, choć Yennefer skwitowała to tylko uniesieniem brwi. Geralt nie protestował — zresztą Malena nalegała, żeby choć raz odpuścił przycinanie winorośli i „pożył jak człowiek”.

Wreszcie, w południowym słońcu, przed Corvo Bianco stanęła ogromna, dwuparowa karoca, ozdobiona herbem Toussaint i błyszczącymi okuciami. Obok powozu Zoltan kończył upychać beczułkę gorzałki, Jaskier zawieszał lutnię na drzwiach jak trofeum, a Barnaba Bazyli stał z listą zapasów jak generał przed bitwą.

Wino: pięć flaszek. Sery: cztery gatunki. Świeży chleb. Przekąski dla elfki. Przekąski dla bardów. Przekąski dla wiedźminów (niekoniecznie różniące się od tych dla bardów, ale wymienione osobno — z szacunku). — odczytywał z powagą.

Geralt wspiął się na wóz i zajął miejsce obok Yennefer, która wyglądała na gotową do wojny, nie wycieczki.

— I niech mi nikt nie mówi, że to relaks, jeśli znów usiądę obok Jaskra z winem na kolanach — rzuciła lodowato.

— W takim razie usiądę z przodu! — Jaskier uśmiechnął się jak dziecko przed wyprawą do cyrku i wdrapał się obok woźnicy. — Widoki muszę mieć z pierwszej ręki, wena nie znosi ciasnoty!

Karoca ruszyła.


Pierwszy przystanek: Beauclair, rynek główny

Tłum, zapachy, kolory. Priscilla natychmiast zaczęła robić szkice straganów, Jaskier grał serenadę pod sklepem z przyprawami, a Zoltan próbował wynegocjować rabat u lokalnego serowara, twierdząc, że krasnoludów z Mahakamu powinno się „traktować jak szlachciców — niskich, ale ważnych”.

Geralt z Yennefer spacerowali wolno, trzymając się cicho za ręce. Nikt nie zaczepiał wiedźmina. Ludzie już go tu znali — jako gospodarza, nie zabójcę potworów. Dzieci przywitały go, machając. Jedno wręczyło mu bukiet ziół. Uśmiechnął się.


Drugi przystanek: Kamieniołom Ardaniso

Ależ tu romantycznie — powiedział Jaskier, patrząc na opustoszałe wyrobiska i pył unoszący się w powietrzu.

Tylko jeśli lubisz romantyzm w otoczeniu skał i niebezpiecznych krawędzi — mruknęła Yennefer.

Zoltan zajął się odczytywaniem tabliczki informacyjnej o geologii regionu, ku zaskoczeniu wszystkich, a Lirien napisała krótką melodię „O skałach i ciszy”.

Geralt tymczasem znalazł dzikie winogrona. Zerwał parę kiści. Czasem warto po prostu jeść, nie zastanawiając się nad filozofią terroir.


Trzeci przystanek: Jezioro Lac Celavy

Tutaj zrobili dłuższy postój. Rozłożyli koc, Barnaba Bazyli rozstawił zastawę, a Malena, która pojechała z nimi z racji kucharskiej misji „obserwacyjnej”, przygotowała przekąski. Jaskier kąpał się w jeziorze nago, aż Yennefer zamieniła jego ubrania w dmuchaną kaczkę, którą trzeba było ścigać łódką.

Zoltan usiłował nauczyć elfkę grać w gwinta, ale Lirien nie rozumiała koncepcji „pasowania”.

Geralt siedział z kielichem w dłoni, wpatrując się w taflę jeziora. Słońce odbijało się w wodzie, ciepło otulało ciało, a śmiechy przyjaciół mieszały się z dźwiękami cykad.

I jak ci się podoba ta wycieczka, wiedźminie? — zapytał Zoltan, siadając obok z pajdą chleba i serem.

— Podoba mi się. — Geralt popatrzył na przyjaciół. — Wiesz, kiedyś myślałem, że nigdy nie dożyję takiego dnia. A teraz... chcę więcej takich.

— W takim razie, mój przyjacielu — uniósł kufel — następnym razem jedziemy do Mahakamu. Tam dopiero są widoki. I gorzała. I niewiasty z głosami jak beczki!

— Zobaczymy — uśmiechnął się Geralt. — Może najpierw jeszcze parę takich dni tutaj.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a karoca stała leniwie zaparkowana w cieniu drzew. Było spokojnie. Było dobrze. A przyjaciele śmiali się, jedli, śpiewali.

I to był najpiękniejszy cud całej tej objazdowej wyprawy.

===

„Retrospekcja pod winem”

Wieczorne słońce malowało wnętrze karocy w odcieniach bursztynu i czerwonego wina. Karoca skrzypiała cicho, niesiona wolno przez drogę wijącą się między wzgórzami. W środku panowała cisza. Jaskier drzemał z głową opartą o ramię Priscilli. Zoltan chrapał w kącie, przytulony do resztki beczki. Lirien przeglądała nuty przy przygasającym świetle latarenki.

Yennefer, oparta lekko o Geralta, szeptem czytała książkę. Tytułu nie znał — ale jej obecność była bardziej kojąca niż jakakolwiek opowieść.

Geralt patrzył w okno. Krajobraz Toussaint przemykał spokojnie: łagodne wzgórza, winnice, kwitnące drzewa. A w jego głowie... pojawiły się obrazy zupełnie innego świata.

Świata, który zostawił za sobą.


Las pod Kaer Morhen. Śnieg aż po kolana. Geralt niesie martwe ciało potwora – coś między niedźwiedziem a żmiją. Obok Vesemir mówi:
Nie chodzi tylko o to, by zabijać. Chodzi o to, by wiedzieć, kiedy nie trzeba.

Gwałtowny rozbłysk. Bitwa pod Sodden. Krzyk czarodziejów. Yennefer – wtedy jeszcze w oddali, ogień w oczach, rozpacz w duszy. Ich spojrzenia na sekundę się przecinają. On myśli: To nie jest kobieta do zatrzymania. To kobieta, którą się odszukuje. Zawsze.


Wąska cela pod Oxenfurtem. Jaskier śpiewa, zakuty w łańcuchy.
Gdzie jest mój prawnik, Geralt?!
A on tylko wzdycha i wyciąga sakiewkę.


Blizna od pazura w kształcie półksiężyca. Przeklęty dzieciak. Nie był winny. Ale zabić trzeba było. Geralt potem długo patrzył w taflę jeziora. Szukał twarzy, która zginęła. Nie znalazł jej. Ale znalazł własną.


I wreszcie... Ciri. Jej śmiech. Jej płacz. Jej gniew.
Nie jestem już dzieckiem, Geralt. Ale zawsze będziesz moim ojcem.
Wtedy nie wiedział, co odpowiedzieć. Dziś już wie:
I ty zawsze będziesz moją nadzieją.


Obrazy powoli rozmyły się, jak para znad gorącego wina. Słońce schowało się za horyzontem. Karoca wjeżdżała między znajome wzgórza Corvo Bianco.

Geralt westchnął. Spojrzał na Yennefer. Złapał ją za dłoń. Lekko. Bez słów.

— Śpisz? — zapytał szeptem.

— Nie. — Jej usta uniosły się ledwie zauważalnie. — Wiesz, kiedyś bałam się, że nie będziesz potrafił usiedzieć w miejscu.

— Też się bałem — odpowiedział cicho. — Ale chyba po prostu musiałem... znaleźć miejsce, w którym warto usiąść.

Karoca zatrzymała się z lekkim szarpnięciem. Przed nimi: Corvo Bianco, ich dom. W świetle latarni Barnaba Bazyli czekał z pochodnią, a Malena machała ręką z kuchni, z nowym bukietem przypraw.

Jaskier chrapnął.

Zoltan burknął przez sen:
Jeszcze jeden kufel...

Geralt wysiadł pierwszy. Poczuł pod stopami znajomy żwir, usłyszał cykady, poczuł lawendę i ziemię. I po raz pierwszy zrozumiał, że ten moment nie jest tylko przystankiem. To jest jego koniec świata.

I wreszcie — jego początek.

===

Epilog: „List z drogi”

Do Geralta z Rivii,
Corvo Bianco, Toussaint



Drogi Wilku,

Dziwnie to brzmi, pisać do Ciebie tak formalnie — na pergaminie, pieczęcią, bez potworów czających się za plecami. Ale kiedy wieczór staje się cichy, a ogień trzaska jak stare wspomnienia, myśli same wracają do domu. Do Ciebie.

Podobno jesteś teraz panem winnicy, kucharką Ci zarządza kobieta z przeszłością, a Barnaba Bazyli próbuje Cię przekonać do nowej odmiany różowego wina. Wiesz, nigdy nie sądziłam, że znajdę Cię szczęśliwego. Spokojnego. Ale wiedziałam zawsze, że zasługujesz na to najbardziej ze wszystkich.

Ja wciąż w drodze. Nie dlatego, że nie mam dokąd wracać — tylko dlatego, że czasem trzeba się oddalić, żeby wszystko sobie przypomnieć.

Ostatnio byłam w Dol Blathanna. Spotkałam tam dziewczynę, która miała oczy jak ja kiedyś — uparte, szukające. Pomogłam jej. Bez miecza. Po prostu słuchając. Ty nauczyłeś mnie, że siła nie zawsze leży w cięciu. Czasem wystarczy być. I nie odejść.

Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałeś, że „wiedźmin to ten, który idzie, gdy inni stoją”?
Dziś myślę, że prawdziwą odwagą jest czasem zatrzymać się. Posadzić winorośl. Usiąść z przyjaciółmi. Wypić kielich i nie patrzeć za ramię.

Jesienią może przyjadę. Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko. Chciałabym znów usiąść na murku Corvo Bianco, pogadać z Maleną o przyprawach, wysłuchać Jaskra (choć może tylko jedną piosenkę), a przede wszystkim — przytulić Cię. Bo tęsknię. Za Twoim milczeniem, które mówiło wszystko. Za tym, jak patrzyłeś na mnie, gdy myślałeś, że nie widzę.

Dziękuję, że nigdy się nie poddałeś. Ani światu, ani mnie.

Do zobaczenia, tato.
Bądź szczęśliwy.
Bądź sobą.

Cirilla

===


„Uczta pod gwiazdami”

Jesień przyszła łagodnie. Złote liście spadały na brukowany dziedziniec Corvo Bianco, a słońce — niższe niż latem — kąpało wszystko w ciepłym blasku miodu i żaru kominka.

Przygotowania trwały od rana. Malena doglądała pieczeni i ziół, Barnaba Bazyli szlifował kielichy na błysk i ustawiał stoły w długim półokręgu na placu przed domem. Stare beczki wina służyły za stołki, lampiony zawisły między drzewami, a w centrum wszystkiego stał dębowy stół — nie ceremonialny, po prostu wspólny.

Goście przybywali stopniowo. Zoltan z podarunkiem: krasnoludzką gorzałą tak mocną, że mogłaby obudzić nieumarłych. Jaskier, jak zwykle, zbyt kolorowo ubrany i z lirą, której nie zamierzał odłożyć. Priscilla z uśmiechem i nową balladą. Lirien, elfka, przywiozła kilka sadzonek z Dol Blathanna — podobno szczęśliwe drzewa, jeśli rosną przy domu.

I wreszcie Ciri.

Zeszła z siodła bez słowa, ale jej oczy mówiły wszystko. Geralt przytulił ją bez słów. Świat przez chwilę zniknął — istniał tylko ten uścisk, po latach, po burzach. Rodzina.


Uczta zaczęła się, gdy niebo zgasło i zapaliły się gwiazdy.

Na stole: duszona jagnięcina z figami, sery z Beauclair, chleby pachnące czosnkiem i tymiankiem, konfitury z winogron i kasztanowy miód. Malena zebrała wszystkie przyprawy, które Geralt przywiózł z ostatniego targu — dodała ich do każdej potrawy, „jakby to był list miłosny do zmysłów”.

Jaskier śpiewał. Priscilla wtórowała mu delikatnie. Ciri słuchała, śmiejąc się do Zoltana, który usiłował przekonać Yennefer do spróbowania krasnoludzkiego bimbru. Geralt siedział na końcu stołu, kielich w ręce, wzrok skierowany gdzieś w niebo. Ale twarz miał pogodną. Taką, jakiej nie widział u siebie przez całe życie.

Aż w końcu — po ostatnim daniu, po śmiechach i historiach — nadeszła chwila, która musiała nadejść.

Geralt wstał.

Wino w kielichu zadrżało. Wszyscy zamilkli, nawet Jaskier.

Chciałbym wznieść toast — powiedział spokojnie. — Za coś, czego nigdy nie sądziłem, że się doczekam. Za ciszę bez niepokoju. Za miecz, który może rdzewieć. Za dom, do którego ktoś wraca. Za tych, co tu są — i za tych, którzy już nie mogą być.

Spojrzał na Ciri. Potem na Yennefer. Na Jaskra, Zoltana, Barnabę Bazyla, Malenę. Każdego z osobna.

Za życie po legendzie. Za zwykły wieczór z niezwykłymi ludźmi.

Uniósł kielich. Reszta uczyniła to samo.

Za Corvo Bianco! — zawołał Jaskier.

Za rodzinę! — powiedziała Ciri.

Za spokój! — dodała Yennefer.

A Zoltan krzyknął:
I za to, żeby nikt nie musiał już nigdy z nikim walczyć o własne miejsce przy stole!

I wypili. A potem znów usiedli. I nikt się nie spieszył. Bo nigdzie indziej nie trzeba było iść.

Noc pachniała winem, zielem i szczęściem. A gwiazdy patrzyły z góry — cicho, jak strażnicy historii, które dobiegły końca. I których finał był właśnie taki, jaki być powinien.

===
Na razie to tyle, może coś pomyślimy później =) .
 

Guest 3711278

Guest
Kolejne krótkie opowiadanie ze współpracy z człowiekiem z internetu.

I. Poszukiwania​


Niebo nad Toussaint zaciągało się burzą, choć słońce wciąż paliło złotem winnice. Geralt był akurat w drodze powrotnej z Castel Ravello, gdzie rozwiązywał sprawę zatrutego szypra, gdy na szlaku zatrzymała go kobieta z podkrążonymi oczami i sercem na ustach.


— Panie wiedźminie... moja córka... nie wróciła z lasu. Miała tylko dostarczyć koszyk do chaty babki pod Puszczą Wilgotną. Ma czerwony kaptur, łatwo ją poznać...


Nie był to pierwszy raz, gdy ktoś prosił go o pomoc w tej okolicy. Ale to, co powiedziała dalej, zaniepokoiło go bardziej.


— Zanim znikła... mówiła, że rozmawia z kimś w lesie. Że ma opiekuna. Że „on ją chroni”. — Kobieta zadrżała. — Myśleliśmy, że to przyjaciel... teraz nie wiemy, co myśleć...




II. Trop​


Puszcza Wilgotna była stara. Starsza niż Toussaint, starsza niż wspomnienia.


Geralt wszedł między drzewa, prowadząc Płotkę głównym traktem. Potem, gdy ścieżki się rozmyły, zostawił konia i ruszył pieszo. Użył zmysłów: zapach skóry dziewczęcej, jagód, cienkiego potu — i... czegoś więcej. Mchu. Zgnilizny. Krwi.


Nie od ludzi.


Krąg martwych wilków, ułożonych wokół jednego drzewa. Ślady pazurów... i ślady ludzkich stóp.


Potem znalazł chatkę — starą, zniszczoną, porzuconą. W środku: nie babcia, lecz martwe zioła, spalone naczynia, i ślady niedawnej obecności. Na drzwiach: rysunek drzewa z oczami.


Leszy.





III. Dziewczyna​


Znalazł ją o zmierzchu.


Stała na polanie, w czerwonym kapturze — nie dziecięcym już, lecz noszonym jak znak. W dłoniach trzymała amulet spleciony z kości i run.


Nie odwróciła się.


— Przysłała cię matka? — spytała, cicho. — Za późno. On mnie wybrał.


— Leszy nie wybiera. Leszy zniewala.


— Ty nic nie rozumiesz. — Odwróciła się. Miała może szesnaście lat, spojrzenie starsze niż jej wiek. — On mnie słyszy. Kiedy wszyscy inni milczeli.


Z lasu dobiegł trzask. I zgrzyt.


Drzewa się poruszyły.





IV. Leszy​


Wyszedł jak cień — zbyt cicho, by był czymkolwiek ludzkim.


Gałęzie wyrastały mu z ramion, oczy błyszczały bladym ogniem. Nie rzucił się na wiedźmina, tylko stanął obok dziewczyny. Ona ułożyła dłoń na jego korze.


— To nie potwór — powiedziała. — To sprawiedliwość.


Wtedy opowiedziała. Jak ojciec bił ją i matkę. Jak sąsiedzi odwracali wzrok. Jak babka uciekła w las i została tam po śmierci, jako cień. Jak dziewczynka modliła się — nie do bogów, ale do lasu. I las odpowiedział.


— On karze tych, którzy mnie krzywdzili. A ja... jestem jego głosem. — Wskazała pobliskie pnie. Na jednym wisiała czaszka. Znak znanego rozbójnika. — Widzisz?


Geralt spojrzał na Leszego.


Nie był dziki. Był... spokojny. Ale nie był też wolny.





V. Wybór​


— Wiążesz się z nim — powiedział Geralt. — Na zawsze. Nie będzie już powrotu.


— Nie chcę wracać. Nie chcę być dziewczynką w czerwonym kapturze. Chcę być wilkiem.


— On zginie. Kiedyś. Przyjdzie ktoś silniejszy. A ty zostaniesz.


Ona nie odpowiedziała.


Wiedźmin uniósł rękę — nie po miecz. Po medalion. Zadrgał.


Leszy wydał niski, warczący dźwięk. Przesłał obraz — samotności. Gniewu. Tęsknoty za lasem nieskażonym człowiekiem.


Geralt sięgnął do sakwy i wyjął amulet z runami ochronnymi.


— Weź to. Będziesz mogła rozłączyć się z nim, jeśli kiedyś zapragniesz. Ale tylko raz.


Ona patrzyła. Potem kiwnęła głową.


Leszy cofnął się w las. Dziewczyna odeszła za nim, nie oglądając się.





VI. Po wszystkim​


Geralt wrócił do matki dziewczyny i skłamał: że córka wybrała pustelnię. Że żyje, ale nie wróci. Kobieta płakała — nie zrozumiała. Może i lepiej.


Po drodze spotkał wieśniaka, który mówił, że nocami coś „czyści okolice” — znika drobna zwierzyna, giną psy, ale jednocześnie… zniknęli rozbójnicy. Zniknęli źli ludzie.


— Może to duch lasu. Może jakaś nowa wiedźma? — śmiał się.


Geralt nie odpowiedział.


Z nieba spadły pierwsze krople deszczu.
 

Guest 3711278

Guest
Dobra, teraz coś dla marud. Ponieważ zaczynam rozumieć Andrzeja Sapkowskiego niedarzącego własnych przygód Geralta z Rivii, tutaj krótkie opowiadanie od mistrza Jaskra na łożu śmierci w charakterze testamentu i przyznawania się że wszystkie jego przygody, potwory miecze i magia, zostały wymyślone na poczet opowiadania i sztuki, a nie z poczucia kronikarskiego obowiązku zachowania wierności jego przygodom. Czytajcie. Viola!

„Ostatnie pieśni i kłamstwa”


(Testament poety. Zapisy odnalezione po śmierci mistrza Jaskra)


Mówią, że stary bard nigdy nie milknie – po prostu zmienia scenę na tę po drugiej stronie rzeki. A jednak oto leżę, milczący, z piórem w drżącej dłoni i pergaminem mokrym od kropel wina (albo łez, kto je tam odróżni u umierającego poety).


Czas się przyznać. Prawda mnie swędzi jak stara rana, której nigdy dobrze nie opatrzono. Nie mogę jej już dłużej drapać. Niech wypłynie. Może świat się zdziwi, może splunie. Może wzruszy ramionami.


Zacznijmy od niego – Geralta z Rivii. Wiedźmina. Pogromcy potworów. Legenda, której sam byłem ojcem i akuszerem. Bo prawda, moi drodzy, jest taka:


Zapis I – O mieczach z gwiazd


Było to przy ognisku, gdzie trzaskający żar mieszał się z zapachem spalonej kiełbasy i mokrych butów. Spytałem go wtedy:


– Czy to prawda, że wasze miecze są magiczne? Że meteoryty, z których je kujecie, przesycone są mocą żywiołów?


Geralt westchnął ciężko, jakby zmęczony światem i moim gadulstwem. Odpowiedział mi uczonym tonem o sferach, planach i meteorytach, które wędrują przez żywioły, piją ich moc i spadają wprost do kuźni krasnoludzkich kowali.


A potem parsknął:


– Zapomnij. To bujda. Połowa naszych mieczy to zwykła stal magnetytowa. Ale ludziom się podoba ta bajka o gwiezdnej stali. Nie odbieraj im złudzeń.


Nie odebrałem. Ba, rozdmuchałem ją do granic możliwości. W moich balladach stal wiedźminów błyszczała magią, a kowale kuli ją przy akompaniamencie burzy i piorunów. Czy ktoś chciałby słuchać o chłodzie zwykłej stali, o smrodzie rudy i potem wyrobników?


Ja też nie.


Zapis II – O potworach, których nie było


Ekhm. Przyznaję. Kikimory, mantykory, południce, a nawet ta paskudna strzyga z Wyzimy… większość z nich powstała w mojej głowie, przy trzecim dzbanie wina i czwartej pieczeni z dzika.


Geralt nigdy nie protestował. Kiedy pytałem go, czy naprawdę zabił bazyliszka, machał ręką:


– A niech ci będzie, Jaskier. Bazyliszek, smoko-kozioł, czy inne cholerstwo. Ludzie i tak wolą wierzyć w bajki.


Więc wierzyli. Śpiewali razem ze mną o potworach, których nie było, i drżeli z zachwytu.


Zapis III – O wiedźmińskiej magii, która nie istnieje


A magia? Cóż… w moich pieśniach Geralt czarował, miotał płomienie, rzucał zaklęcia, które rozdzierały niebo i ziemię. Ale prawda była bardziej przyziemna: jakieś Znaki – prostsze niż modlitwy wiejskiej zielarki – i garść eliksirów o smaku spalonej trawy.


– Jaskier – mówił Geralt – magia to nie ognie sztuczne na jarmarku. To nudne runy, krwawe rytuały i mdłości po wywarze z wilczej jagody.


Ale ja wiedziałem lepiej. Publiczność nie płaci za nudę.


Zapis IV – O bohaterze, którego świat potrzebował


Nie wiem już, czy Geralt był prawdziwy. Może był tylko cieniem, który sobie wymyśliłem, by nie czuć się taki samotny w tej brudnej, zapijaczonej krainie. Ale czy to ważne?


Potrzebowaliśmy go wszyscy. Ja – by mieć o kim śpiewać. Wy – by mieć w kogo wierzyć. Świat bez wiedźmina byłby światem bez opowieści.


A bez opowieści jesteśmy tylko zbiorem kości i mięsa, które kiedyś zgnije w ziemi.


I tak kończę. Ostatnia pieśń nie ma melodii. Ostatnia prawda nie potrzebuje rymów. Jeśli Geralt istnieje gdzieś jeszcze – w balladzie, w pamięci, wśród gwiazd – niech wie, że kłamałem w najlepszej wierze.


I że nigdy nie poznałem nikogo bardziej prawdziwego od niego.


Zapis V – O Ciri, Yennefer i walce, której może nie było


Nie wiem, czy w tej historii kiedykolwiek była dziewczyna.


Ach, opowiadałem o niej tyle razy, że sam prawie uwierzyłem. Ciri. Dziecko Przeznaczenia. Dziedziczka Starej Krwi, dziewczynka, którą los wepchnął w ramiona wiedźmina jak zabłąkanego wróbla. Z moich ballad wynikało, że Geralt przyjął ją z łagodnością świętego, wychował z miłością ojca, a potem walczył o nią z całym światem – i światy całe kładł w gruzach.


Prawda? Prawda była… inna.


Geralt rzadko mówił o Ciri. Czasem w jego głosie pojawiał się cień, kiedy wspominał jakieś dziecko – dziewczynkę o mysim kolorze włosów, którą kiedyś uratował z rzezi. Może była. Może była tylko snem zrodzonym z jego zmęczenia i mojej potrzeby opowieści.


– Ciri… była twoją córką? – spytałem go raz, po wielu latach znajomości, przy czwartej butelce wina.
– Była… nikim – odparł po długim milczeniu. – Była wszystkim.


Tyle mi wystarczyło. To było dobre zdanie. Zrobiłem z niego refren ballady. Publika płakała jak bobry.


A potem była Yennefer. Ach, Yennefer… Ileż pieśni poświęciłem tej czarodziejce o fiołkowych oczach, o temperamencie dzikiego ognia i sercu z lodu, które tylko Geralt potrafił roztopić. Byli jak dwa huragany zderzające się nad pustkowiem: destrukcyjni, piękni, niemożliwi do oddzielenia.


I znowu – prawda była mniej poetycka.


Geralt i Yennefer kochali się… po ludzku. Brzydko. Z przerwami. Ze zdradami. Z krzykiem, ciszą i pojednaniami, które bardziej przypominały rozejm niż romans. Ona była dumna, on uparty. Ich uczucie nie było wieczną symfonią, lecz raczej melodią graną na rozstrojonej lutni – czasem piękną, częściej fałszywą.


Ale ja to wszystko wygładziłem. W balladach ich miłość była absolutna. Wieczna. Potężniejsza niż magia i ostrze miecza. W moich opowieściach Geralt szedł przez pożogę, rozcinał imperia i umierał tysiąc razy, by ocalić Ciri i Yennefer. Bo ludzie potrzebowali takich historii – o mężczyznach, którzy dla swoich najbliższych potrafią przesunąć same gwiazdy.


Geralt nie przesuwał gwiazd. On po prostu szedł dalej. Raz blisko nich, raz z dala. Raz z mieczem w dłoni, raz z pustymi rękami. I choć nigdy nie mówił, wiem, że kochał ich obie tak mocno, jak pozwalało mu zmutowane, poharatane serce.


Ale czy była wojna o Ciri? Czy była epicka walka z przeznaczeniem? Czy był Nilfgaard, Velen, Kaer Morhen płonące w ogniu? Może. A może to ja, siedząc nad kartką pergaminu, wmówiłem światu tę sagę, bo prawdziwe życie Geralta było zbyt ciche, zbyt zwyczajne, zbyt… ludzkie.


I jeśli tak było, to nie żałuję. Świat potrzebuje wiedźmina, który dla miłości rozpala świat i dla rodziny gotów jest zginąć.


Prawdziwy Geralt nie musiał nikomu nic udowadniać.


Zapis VI – Podsumowanie testamentu. O miłości ostatniej, prawdziwej.


To już chyba koniec. Jeszcze tylko kilka linijek, kilka wdechów. Czuję, jak pióro wyślizguje mi się z palców, a pergamin przesiąka winem i starczym potem.


Przyznałem się do wszystkiego.
Do pieśni, które były kłamstwem.
Do bohaterów, których ulepiłem z błota, krwi i własnej tęsknoty za światem lepszym niż ten, w którym przyszło mi żyć.
Do Geralta – przyjaciela, który może istniał, a może był tylko lustrem, w którym odbijałem to, kim sam nigdy nie potrafiłem być.


Ale w całym tym kłamliwym życiu była też ona.


Priscilla.


Śmieją się, że stary bard i młodsza od niego o dekady trubadurka to widok równie żałosny, co komiczny. Śmieją się, bo nigdy nie byli kochani przez kogoś, kto zna wszystkie twoje wady, wszystkie zmarszczki, każdą fałszywą nutę – i kocha mimo to.


Priscilla nie potrzebuje legendy o Geralcie, by mnie kochać. Nie potrzebuje rymów, metafor, ani tych wszystkich wielkich słów, które rozrzucałem przez życie jak okruchy chleba dla wróbli. Kocha mnie starego, zmęczonego, marudnego. Kocha moje drżące palce i głos, który już dawno przestał śpiewać czysto.


I choć była młodsza, też już teraz mówi: „kolana mnie bolą” i „palce sztywnieją w chłodzie”. Leży obok, kiedy kaszlę w nocy, trzyma pióro, gdy moje dłonie nie chcą już współpracować. Śmieje się, że testament piszę jak poemat. A może płacze.


Wiem tylko jedno: jeśli Geralt istniał, jeśli Ciri i Yennefer były prawdziwe, jeśli cała ta saga o miłości, walce i przeznaczeniu miała choćby cień prawdy… to niech wiedzą, że ja też zaznałem czegoś wielkiego.


Miłości, która przyszła późno, ale przyszła naprawdę.


Nie ma w niej magii. Nie ma przeznaczenia. Nie ma walki z całym światem. Jest tylko dwoje ludzi, którzy codziennie wybierają, by trwać obok siebie, choć świat wykrzywia usta w uśmiechu.


I to, moi drodzy, jest jedyna prawdziwa pieśń, jaką napisałem.






Tutaj kończę.
Zamykam testament.
Zamykam opowieść o wiedźminie, który może nigdy nie istniał.
Zamykam życie barda, który kłamał pięknie, bo wierzył, że świat potrzebuje pięknych kłamstw.


A teraz – wybacz, Priscillo – oddaję pióro tobie.
 
Last edited by a moderator:

Guest 3711278

Guest
Kolejny motyw wiedźmińskiego oszustwa, który podoba mi się bardziej niż najlepsza fantastyka stworzona wirtualnie. Z całym szacunkiem do waszych zdolności, trupo wiedźmińska moja droga, od programistów i grafików po moderatorów tego szanownego forum =) .

Geralt z Rivii – mistrz „walki na miecze”​


– Dawniej rzekomy wiedźmin, teraz spec od choreografii pojedynków. Jego pokazy miecza są szybkie, pełne efektownych ruchów, błysków i krzyków. Czasem podpala klingę oliwą, żeby gawiedź myślała, że to „prawdziwa magia”.
– W przerwach między występami łata swoje buty i narzeka na odciski.
– Za flaszkę wina pokazuje dzieciakom „Znaki” – czyli żałosne machnięcia dłonią i trochę popiołu z sakiewki, który dmucha w powietrze dla efektu.
– Czasem w knajpach prostuje młodych pijaczków, którzy wierzą, że jest „prawdziwym wiedźminem”. Tylko Jaskier wie, jak bardzo to go boli.


Jaskier – bard, konferansjer i sprzedawca iluzji​


– Wciąż z lutnią, choć palce już sztywnieją od chłodu i wieku. Występy zaczyna od chwytliwych ballad:


„Geralt z Rivii, co smoki pokonał,
dziś wam pokaże, jak magię wykona!”
– Pomiędzy występami dorabia jako nauczyciel śpiewu dla córek mieszczan i właściciel przenośnego kramu z pamfletami na możnych („Kup balladę o wstydzie barona za dwa oreny!”).
– To on wpadł na pomysł, by z Ciri i Yennefer zrobić element „magicznego show”.

Yennefer z Vengerbergu – „Wielka Maga Sceniczna”​


– Zamiast prawdziwych czarów, używa sprytnej alchemii: wybuchających fiolek, proszków, które barwią płomienie, i małych lusterek, by wzmacniać światło.
– Czasami wkurzona rzuca flakonikiem dymu o ziemię – wtedy gawiedź wiwatuje, a Geralt kaszle.
– Występy u szlachty traktuje poważniej, potrafi przywdziać starą suknię i robić za „prawdziwą czarodziejkę” z eliksirami, które są w zasadzie tanim winem i ziołami.


Ciri – „Dziewczyna-Kołowrotek” i akrobatka​


– Królowa akrobacji. Na scenie skacze przez płonące obręcze, biega po linie, wykonuje szalone fikołki i uniki wokół Geralta podczas pokazów „walki”.
– Dzieci ją uwielbiają. Dorośli patrzą na nią z politowaniem – nikt nie widzi w niej legendy, tylko młodą dziewczynę walczącą o kawałek chleba.
– Nocami siedzi w kącie i ostrzy noże – stara się nie myśleć, że kiedyś miała być „Królową Starej Krwi”.


Reszta kompanii​


  • Triss Merigold: pomaga z kostiumami i charakteryzacją.
  • Zoltan Chivay: zbiera monety do kapelusza, a po występach łoi z Geraltami na piwo.
  • Regis: gra na bębnach i sprzedaje nalewki ziołowe jako „eliksiry miłości”.

Jak wyglądają ich występy?​


Wyobraź sobie: plac targowy, zapach kapusty i piwa. Dzieci piszczą, kiedy Ciri przeskakuje przez płonące obręcze, Geralt w rytm bębnów robi efektowne cięcia mieczem, a Jaskier śpiewa o smokach, które nigdy nie istniały. W tle Yennefer wypuszcza kłęby kolorowego dymu i krzyczy łacińskie zaklęcia (które w istocie znaczą „podaj mi miotłę”).


Czasem mają szczęście – zaprasza ich lokalny baron, żeby wystąpili na weselu. Czasem pecha – uciekają przed strażą miejską, bo „magia i kuglarstwo to grzech”.


Jak to było naprawdę – Opowieść o jednym z występów „Trupy Wiedźmińskiej”


Na placu pachniało kapustą, końskim łajnem i mokrymi futrami. Zoltan przeklinał pod nosem, próbując rozstawić chwiejący się parawan sceniczny. Wiatr szarpał płócienną kurtyną, tak że namalowany na niej smok wyglądał bardziej jak przepity kogut.


– Szybciej, do cholery – warknął Geralt, poprawiając sfatygowaną skórzaną kurtkę. – Zanim ktoś się tu zorientuje, że nasza „wiedźmińska trupa” to banda naciągaczy.


– To przecież wiedzą wszyscy – mruknęła Yennefer, zawiązując ciasno gorset, który miał robić za jej „magiczną szatę”. – Ale póki płacą, nie narzekaj.


Jaskier za to był w swoim żywiole. Stał na skrzynce po cebuli, szarpnął struny lutni i zaczął:


– Oto przed wami Geralt z Rivii, wiedźmin bez strachu,
który potwory gromi, choć w brzuchu mu burczy,
Oto Ciri – córka przeznaczenia, dziewczyna-kołowrotek,
co skacze przez ogień, choć buty jej dziurawe jak sieć rybacka!

Dzieciaki zebrane na placu piszczały z zachwytu. Kupcy kręcili głowami. Ktoś splunął.


Geralt wyszedł na środek. Miecz – tępy kawał żelastwa znaleziony na jarmarku – odbijał blask zachodzącego słońca. Uderzył nim o tarczę Zoltana, robiąc odpowiedni hałas.


– Patrzcie, gawiedzi – ryknął Jaskier – oto srebrny miecz wiedźmiński! Jednym ciosem ucina łeb strzydze, drugim topi się w krwi bazyliszka!


Geralt wykonał kilka efektownych cięć. Z brody spływał mu pot. Dzieci klaskały. Ktoś w tłumie mruknął:


– Eee, moja babka szybciej machała pogrzebaczem.


Na to wkroczyła Ciri. Zgrabna, choć chuda jak żebrak po zimie. Wskoczyła na beczkę, zrobiła fikołka, przeskoczyła przez płonący obręcz – efekt pracy Yennefer, która z ukrycia podpalała obręcz kawałkiem szmaty nasączonej oliwą.


– Och! Dziedziczka Starej Krwi! – wykrzykiwał Jaskier, akompaniując sobie na lutni. – Przeznaczona, by zasiąść na tronie, ale dziś zasiada… na moim starym kuferku z nutami!

Tłum się roześmiał. Kilka monet zabrzęczało w kapeluszu wystawionym przez Zoltana.


Na finał Yennefer rozrzuciła fiolki z proszkiem, który wybuchł kłębami zielonego dymu. Dzieci piszczały: „MAGIA! MAGIA!”. Jeden z mieszczan splunął:


– Magia? Toż to siarka i trociny!


Geralt syknął. – Następnym razem sam spróbuj przejść przez cztery Plany Żywiołów z kijem w d…


W końcu występ się skończył. Ludzie powoli rozchodzili się, część wrzucała drobne do kapelusza. Dwie kobiety w chustach podeszły bliżej, wręczyły Ciri bochenek chleba.


– Biedna dziewczynina – szepnęła jedna – taka młoda, a już musi się wyginać jak kot na pokaz.


Gdy plac opustoszał, trupa zebrała się za parawanem.


– Piętnaście orenów i dwa bochny – podsumował Zoltan. – Starczy na wino i słoninę.


Jaskier usiadł ciężko na skrzynce. Patrzył na pusty plac, gdzie jeszcze przed chwilą dzieci klaskały w dłonie. Westchnął.


– Wiecie, czasami myślę, że to właśnie jest magia. Że mimo wszystkiego wciąż ktoś na nas patrzy, śmieje się, klaszcze… I przez chwilę wierzy, że Geralt naprawdę pokonał smoka.


Geralt splunął na bok. – A ja czasami myślę, że to wszystko jedna wielka kpina.


– O, mój drogi – Jaskier uśmiechnął się smutno – całe życie to jedna wielka kpina. Ale przynajmniej dobrze zagrana.


Yennefer przewróciła oczami, Ciri poprawiła dziurawe buty, a Zoltan nalał wszystkim taniego wina.


I tak oto ruszyli dalej. Na kolejny plac. Do kolejnego miasteczka.
Z nową pieśnią, nową opowieścią, i tym samym starym kłamstwem, które ludzie wciąż tak bardzo chcieli słyszeć.

Scena pokazowa: „Taniec Stali w Kaer Morhen”


Na scenie rozwinięto wielką płachtę malowaną na wzór ruin Kaer Morhen – baszty przechylone, śnieg domalowany białym wapnem, a w oknach dyndały wycięte z desek gargulce. Z boku Zoltan i Yarpen kręcili korbami, by w ruch wprawić gumowe potwory – wyleniałą kikimorę z kijem w pysku i leszego z gałęziami, które opadały co jakiś czas na podłogę.


Z przodu wyszli Geralt i Ciri – ubrani w sfatygowane kaftany podszyte futrem, z drewnianymi mieczami pomalowanymi na srebrno. Dźwięk bębnów Jaskra nadał rytm.


? DUM-dum-dum-dum-DUM!


Geralt wykonał płynny obrót, jego miecz zaszumiał w powietrzu. Ciri odpowiadała niskim przewrotem i cięciem w powietrze. Ich ruchy były szybkie, zsynchronizowane jak taniec: ostrze spotykało ostrze, rozbłyskiwało w świetle lampionów.


Patrzcie, gawiedzi! – wykrzykiwał Jaskier, podkręcając dramat – Ojciec i córka, wiedźmini z Kaer Morhen, którzy przez lata ćwiczyli TEN właśnie taniec stali, by zgubić każdego potwora!


Yennefer stała z boku w powłóczystej, purpurowej szacie, w rękach trzymała dwa płaskie naczynia z czarnym proszkiem. Pstryknęła palcami, proszek buchnął iskrzącym płomieniem, który rozświetlił scenę na czerwono. Dzieci w tłumie zapiszczały:


– Magia! Prawdziwa magia!


Geralt i Ciri kontynuowali – teraz szybciej, z przeskokami i obrotami. Ciri zrobiła efektowny przewrót w tył, a Geralt „odparł” atak gumowej kikimory, która z impetem wyjechała na scenę na drewnianych kółkach. Potwór machnął łapą – mechanizm nie wytrzymał i jedna z łap opadła bezwładnie, co tylko dodało absurdu całej scenie.


Geralt wbił miecz w gumowy brzuch kikimory. Jaskier natychmiast zawołał:


– A oto koniec bestii! Srebrne ostrze, stal hartowana w ogniu siedmiu żywiołów, czyni zadość sprawiedliwości!

Yennefer rzuciła drugi proszek – tym razem wybuchnął kłębem fioletowego dymu, który zasnuł scenę.


Ciri podskoczyła, obracając się w powietrzu, i z gracją wylądowała obok Geralta. Oboje stanęli w pozie triumfu, miecze skierowane w stronę publiczności.


Zoltan pociągnął sznurek, a z góry opadł sztuczny deszcz konfetti – zamiast śniegu.


Tłum wybuchł oklaskami. Dzieci skakały z radości, a nawet kilku mieszczan sypnęło drobniakami do kapelusza Jaskra.


Jaskier ukłonił się nisko.


– I tak oto dobiegł końca nasz Taniec Stali w Kaer Morhen! Następny występ już jutro – w gospodzie „Pod Pijanym Trolliem”! A teraz, zacni panowie i piękne panie, nie żałujcie drobnych dla artystów, bo tylko dzięki wam Kaer Morhen jeszcze stoi!

Geralt mruknął pod nosem do Ciri:


– Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli w końcu nauczyć się machać tymi mieczami naprawdę.


Ciri zachichotała. – Może lepiej najpierw naprawimy kikimorę…
Post automatically merged:

Teraz postanowiłem pociągnąć temat i zrobić teksty i trupie kuglarskiej, ale w Europie. Nadal jest trochę magii, i jest też realizm, bo według mnie najlepszy jest w sumie kompromis, rozszerzanie naszego świata, niż zastępowanie go w całości fikcyjnym. Tylko przyznam, od średniowiecza, o którym piszę, technologia poszła do przodu i można by napisać kuglarskie sztuczki na nieco większym poziomie i profesjonalizmie dla postaci opisanych =) .

“Wieczorna Posiadówka pod Toruniem”


Nad Toruniem wisiała ciepła czerwcowa noc, pachnąca kurzem, dymem z ognisk i tanim winem, które ktoś rozlał na starym stole. W karczmie „Pod Sękatym Dębem”, na zapleczu, gdzie zwykle składowano beczki i drewniane kukły dla ćwiczących żonglerów, rozsiadła się nietypowa kompania.


Geralt i Jaskier, po całym dniu występów – szermierczo-muzycznego spektaklu na rynku – już czekali przy stole zastawionym glinianymi dzbanami wina. Obok nich Yennefer, która z udawaną nonszalancją przesuwała dłonią w powietrzu, wzniecając małe wirujące płomyki – nie dość gorące, by parzyć, ale wystarczająco widowiskowe, by gapiąca się przez okno dzieciarnia aż piszczała z zachwytu.


Drzwi skrzypnęły. Do środka wszedł Vesemir, stary mistrz sztuki kuglarskiej, ubrany w zniszczony płaszcz z dzwoneczkami u rękawów. Za nim weszli Eskel i Lambert – też już po trzydziestce, choć wciąż żwawi. Eskel niósł pod pachą drewniany rekwizyt – ogromną gumową głowę wyobrażającą wywernę. Lambert zaś obracał w dłoniach dwa połyskujące miecze – jeden z drewna, drugi z cienkiej blachy, który przy odpowiednim świetle i szybkim ruchu dawał iluzję prawdziwego oręża.


„A więc jednak przyszliście!” – ucieszył się Geralt, wstając i stukając się z Vesemirem glinianym kubkiem. – „Mówią, że wasza trupa daje teraz występy na dworze księcia Kovir, prawda?”


„Ha, gdzie tam dwór, Geralt. Raczej podwórka...” – zaśmiał się Vesemir, opierając się o stół. – „Ale ludziom się podoba. Lambert tańczy z mieczami, Eskel pluje ogniem z lampki naftowej, a ja... no cóż, ja uczę młodych kuglarzy jak nie podpalić sobie gaci.”


„I nie zawsze ci wychodzi” – wtrącił Lambert, wskazując na nadpaloną połać płaszcza starego kuglarza.


Jaskier wyciągnął lutnię i uderzył w struny:
? „Oto drużyna kuglarzy starych,
Co mieczem macha i chadza w jarmark!
Zamiast potwory, gumowe smoki,
A zamiast wiedźmy – uśmiech szeroki!”
?


„Dość tych pieśni, Jaskier” – mruknął Eskel z uśmiechem. – „Lepiej pokaż, jak robisz ten trick z czapką, co wyciągasz z niej płonący miecz.”


Ciri tymczasem kręciła się z drewnianym kijem, wykonując akrobatyczne piruety. „To nic w porównaniu z tym, co zrobimy jutro – mówi – Zróbmy pokaz razem! Wasza trupa i nasza. Szermierczy taniec, żonglerka, ogień i muzyka.”


„Och, będzie widowisko” – pokiwał głową Vesemir. – „Prawie jakbyśmy znowu byli wiedźminami. Ale lepiej... kuglarzami, co? Przynajmniej za to nikt głowy nie urwie.”


I tak siedzieli do późna, popijając wino, planując wspólny występ i wspominając stare czasy – te prawdziwe i te wymyślone, które sami rozgłaszali na jarmarkach.


Gdzieś za oknem ktoś z dzieciarni krzyknął:
„Patrzcie, to ci słynni wiedźmini kuglarze! Będzie pokaz?”
Na co Vesemir tylko mrugnął do reszty:
„Jutro, młody, jutro. Dziś kuglarze odpoczywają.”


Dzienniki Kuglarskie – zapiski trupy Wilka i Lutni


Wstęp (zapis Jaskra)​


*"Niechaj będzie wiadomo wszystkim, którzy trafią na te zapiski, że choć historie o wiedźminach, czarodziejkach i potworach rozrosły się w balladach do rozmiarów legendarnych, prawda była o wiele... bardziej prozaiczna.


Oto my – banda kuglarzy, włócząca się od Florencji po Kraków, od Oxenfurtu (choć to tylko moja wymyślona nazwa na Oksford) po Gdańsk. Gramy, tańczymy, machamy drewnianymi mieczami i plujemy ogniem, by gawiedź rzucała nam groszaki, a czasem i szlachcic zasponsorował nocleg. Oto nasze kroniki: pełne wina, kłótni, i tego, jak świat bez potworów potrzebuje bajek bardziej niż prawdy."*


Zapis I – Podróż przez Alpy (autor: Geralt)​


*„Wóz trzeszczy na alpejskim trakcie. Ciri ćwiczy taniec z mieczem, ale zamiast stalowej głowni ma drewniany kij, który nie raz już obił jej własne łydki. Lambert, wiecznie zrzędzący, naprawia mechanicznego gryfa – sztuczny potwór ma za zadanie straszyć dzieci, ale od tygodnia dziobie tylko wóz, bo sprężyna się wygięła.


Regis? Regis siedzi z przodu i pisze kazania, bo w wolnych chwilach dorabia jako lekarz i kaznodzieja, który ‘leczy dusze i żołądki’. Yennefer uczy się nowej sztuczki z lusterkami i ogniem – ma to wyglądać jak zaklęcie Igni, ale na razie tylko przypala mi koszulę.


Dziś wieczorem kolejny występ – w gospodzie u podnóża gór. Jeśli wieśniacy nie wyrzucą nas za hałas, będzie cud.”*


Zapis II – Karnawał w Wenecji (autor: Regis)​


*„Wenecja przyjęła nas lepiej niż Florencja, choć nie bez trudności. Przystaliśmy do grupy lokalnych kuglarzy – elfki Franceski i Filavandrela z zespołem lutnistów i linoskoczków. Oni naprawdę mają talent: Francesca maluje twarze dzieci, a Filavandrel gra na lirze tak, że sam Titian by przerwał malowanie, by słuchać.


My daliśmy wspólny pokaz: Geralt i Eskel w ‘tańcu wiedźmińskim’ z drewnianymi mieczami, Jaskier przy lutni, Yennefer z ogniami, a krasnolud Zoltan rzucał beczkami (pustymi, niestety). Było pięknie, dopóki Lambert nie próbował śpiewać – wtedy publika zaczęła rzucać drobnymi... w sensie monetami, ale i cebulą.”*


Zapis III – Wieczorna Posiadówka w Pradze (autor: Zoltan Chivay)​


*„Te wszystkie posiadówki kończą się tak samo – winem, śpiewem i kłótnią o pieniądze. Regis chciał wszystko podzielić równo, Jaskier twierdził, że jemu się należy więcej za ‘artystyczną duszę’, a Vesemir, stary kuglarz, kiwał głową i mówił: ‘Za moich czasów to każdy dostawał miskę grochu i nikt nie narzekał.’


Praga była dobra dla interesu. Ludzie lubią opowieści o potworach – nawet jeśli to tylko gumowe bestie ciągnięte na sznurkach. Ale magia? Magia zawsze robi największe wrażenie. Kiedy Yen pokazała sztuczkę z lusterkiem i ogniem, dzieciaki klaskały aż się kurz podnosił.”*

Zapis 4 – Oxford, dzień 3 po przybyciu (autor: Geralt)​


*"Wóz znowu się zepsuł. Koło pękło na kamienistej drodze za miastem. Lambert klął jak szewc, a Vesemir z powagą godną starca tłumaczył mu, że ‘koła same się nie naprawią, chłopcze’. Yennefer, cała w purpurze i satynach (bo musi przecież wyglądać jak czarodziejka nawet bez czarów), siedziała na skrzyni i próbowała opanować nową sztuczkę – miało wyglądać jak ognisty wir, ale na razie tylko podpaliła własny rękaw.


Ciri? Ćwiczyła taniec z mieczem. W tłumie robi to wrażenie – nikt nie zauważa, że ostrze to tylko starannie pomalowany kij z drewna lipowego.


Dziś wieczorem występ na rynku w Oxfordzie. Jaskier już rozgrzewa gardło i testuje rymy. Jeśli znów zaśpiewa o miłości do karczmarki, nie ręczę za reakcję jej męża.”*


Zapis 5 – Praga, wieczór karnawałowy (autor: Jaskier)​


*"O, cudowna Prago! Miasto, gdzie wino płynie strumieniami, a mieszczki są urocze nawet z wąsikiem. Występ udał się nad wyraz. Publiczność klaskała, gdy Geralt i Ciri tańczyli z mieczami w takt mojej lutni. Mechaniczny gryf, który Lambert zmajstrował z drewna i płótna, prawie nie rozpadł się na środku rynku – no, prawie.


Yennefer przyciągała wzrok jak zawsze – jej ogniste iluzje, choć to tylko iskry z mieszaniny siarki, saletry i alkoholu, oszałamiały gawiedź.


Wieczór zakończył się w gospodzie ‘Pod Pękniętym Kuflem’, gdzie krasnoludy Zoltana do rana śpiewały o starych, dobrych czasach. Regis wolał rozmawiać z lokalnym aptekarzem o zaletach leczniczych winogron. Wino leczy duszę, mówił. I, jak sądzę, gardło także.”*


Zapis 6 – Florencja, dziedziniec Medyceuszy (autor: Yennefer)​


*"Florencja. Miasto piękne, pełne intryg i złota, które, niestety, nie spływa do naszej sakiewki. Występ na dziedzińcu Medyceuszy wymagał perfekcji – więc oczywiście Lambert potknął się o własne spodnie, a Ciri niemal zbiła lustro, w którym odbijały się moje ogniste sztuczki.


Geralt milczał przez cały wieczór. Podejrzewam, że znów myśli o powrocie do Kaer Morhen – naszego starego domu, teraz opuszczonego i przysposobionego na magazyn rekwizytów. Trupa żyje dalej. Ale życie kuglarzy to ciężki kawałek chleba.


Jaskier? Jaskier śpiewał o zakazanej miłości pod balkonem młodej Medyceanki. Jeszcze chwila, a wywoła skandal."*








Zapis 7 – „Nowy początek pod Toruniem”​




? (ręka Geralta – sucha, oszczędna)


„Trzeci dzień drogi z Novigradu. Koło znów pękło. Lambert mówił, że tym razem to wina ‘złego ułożenia osi’, ale prawda jest taka, że pił przy naprawie i zasnął w wozie. Vesemir westchnął tylko ciężko i wyjął młotek, który pamięta jeszcze lepsze czasy niż my wszyscy razem wzięci.


Ciri trenuje taniec z mieczem na łące. Dobrze jej idzie, choć co rusz trzeba zbierać spodnie gapiów z ziemi. Widać, że w tym fachu też robi się renomę.


Wieczorem występ w karczmie ‘Pod Czarną Kurą’. Jaskier twierdzi, że przygotował nowe pieśni, ale ja już słyszałem, jak nuci coś o ‘kruczowłosej czarodziejce i białowłosym mistrzu miecza’. Lepiej, żeby Yennefer nie usłyszała.”


(dopisek na marginesie – ręka Yennefer, elegancka i kąśliwa)
„Już słyszałam. Będzie spał w stajni.”


(przypis dodany później przez Regisa)
„Należy zaznaczyć, iż wino ‘Pod Czarną Kurą’ ma wyjątkową właściwość usypiania nawet najbardziej odpornych organizmów. Odradzam spożycie powyżej jednego kufla. Vesemir nie posłuchał. Skutki były… spektakularne.”


Zapis 8– „Wieczorny pokaz w Oxenfurcie”​


(ręka Jaskra – rozlewna, pełna zawijasów i plam po winie)


„O, jakaż to była noc! Gawiedź w Oxenfurcie – prosty lud, ale jakże wrażliwy na sztukę wysoką (czytaj: błyskające iskry, tańce z mieczem i moje pieśni o nieszczęśliwej miłości).


Geralt i Ciri zatańczyli szermierczy duet – stal stykała się w powietrzu z takim wdziękiem, że kobiety mdlały, a mężczyźni… no cóż, też mdleli, ale z zazdrości. Yennefer dorzuciła kilka efektownych ‘ognistych kul’ (przepis: proch strzelniczy + garść iskier i dużo dramatycznych gestów).


Regis? Regis stał z boku, rozdając ulotki o dobroczynnych właściwościach czerwonego wina dla zdrowia serca. Krasnoludy Zoltana sprzedawały miniaturowe drewniane gryfy dzieciakom. Biznes kwitnie!”


(dopisek na marginesie – ręka Lamberta, krzywa, pełna błędów ortograficznych)
„A o tym, jak mi wybuchł rękaw od tej twojej ‘kuli ognia’, nic nie napiszesz, co?!”


(przypis Regisa, rzeczowy)
„Eksperyment z ogniem zakończył się poparzeniem drugiego stopnia u Lamberta. Stwierdzam jednak, że blizny nadały mu charakteru.”


Zapis 9– „Występ w hallu Medyceuszy, Florencja”​


(ręka Yennefer – schludna, ostra)


„Florencja powitała nas bogactwem i przesadą. Medyceusze, choć cyniczni, docenili nasze ‘cuda’. Na szczęście mechaniczny smok Zoltana nie rozpadł się na kawałki, a Geralt nie pomylił kroków w szermierczym duecie z Ciri.


Jedynym zgrzytem był Jaskier, który upił się do nieprzytomności po pierwszej pieśni. Na szczęście publika uznała jego chrapanie za nową formę sztuki."


(dopisek Geralta – kanciasty, surowy)
„A potem musiałem go wynosić z sali. Na plecach.”


(przypis Regisa)
„Wino Medyceuszy – rocznik 1483 – pełne bukietu. Być może zbyt pełne.”


Zapis 10 – „Na rynku w Brugii”​


(ręka Ciri – szybka, pełna energii, trochę krzywa)


„Nie mogę już patrzeć na te kamienne rynki i błotniste zaułki. Brugia miała być miejscem, gdzie się wzbogacimy – tak mówił Jaskier – bo to ponoć ‘miasto artystów i mecenasów’. A wyszło jak zawsze.


Nasza trupa rozstawiła się przy głównym placu. Zoltan z krasnoludami wyciągnęli mechanicznego bazyliszka. Trochę chrupał na zębatkach, ale dzieciaki były zachwycone. Geralt trenował nowy ‘szermierczy taniec z trzema mieczami’ (Lambert nadal twierdzi, że jeden miecz to aż nadto). Yennefer… cóż, próbowała ‘powstrzymać wiatr’, żeby nie zwiewał scenografii, ale skończyło się tym, że cała kurtyna wylądowała w kanale.


A potem przyszli strażnicy miejscy i kazali nam zapłacić podatek za ‘użycie magii w miejscu publicznym’. Jaskier zapłacił… pieśnią. Prawie nas za to zamknęli.”


(dopisek Jaskra, pełen rozmachu i winnych plam)
„To była wybitna pieśń, ‘Ballada o skarbniku Brugii i jego kochance’. Skarbnika rozbawiła, kochankę mniej.”


(komentarz Regisa, drobnym pismem)
„Zalecam omijanie Brugii w przyszłości. Strażnicy wykazują niezdrowe zainteresowanie sztuczkami z ogniem i nielegalnym winem z Oxenfurtu.”


Zapis 11 – „Wieczór pod murami Wiednia”​


? (ręka Lamberta – niechlujna, pełna błędów)


„Jak człowiek wędruje przez pół świata z mieczem i lutnią, to liczy, że choć w Wiedniu dadzą dobrze zjeść. A tu guzik. Gawiedź rzucała nam drobniaki tylko wtedy, jak Regis zionął ogniem (nie pytajcie, jak to zrobił, podobno wino z Novigradu i specjalna przyprawa od Triss).


Geralt tańczył z Vesemirem na miecze, Ciri robiła salta, a Jaskier rzępolił na lutni aż struny pękały. Nawet Yennefer włączyła się do zabawy i stworzyła świetlisty krąg, w którym ‘walczyliśmy’ z mechanicznym mantikorem Zoltana.


Ale najlepsze było, jak stary Vesemir pomylił kroki i ściął mu łeb. Mantikorowi, nie Zoltanowi. Choć Zoltan potem klął, jakby oberwał naprawdę.”


(dopisek Vesemira, cierpliwy i zdystansowany)
„I tak lepiej niż w Kaer Morhen, gdzie mantikory nie było, a tylko Lambert robił za potwora, kładąc się na podłodze i warcząc.”


(przypis Regisa)
„Obyło się bez ofiar. Choć Mantikor wymagał naprawy za sześć dukatów.”


Zapis 12 – „Noc w uliczkach Wenecji”​


(ręka Yennefer – elegancka, chłodna)


„Wenecja jest piękna, ale zdradliwa. Przyszliśmy tu występować na jednym z karnawałów – maski, muzyka, światła – idealne tło dla naszych sztuczek.


Zoltan wciągnął krasnoludy na gondolę z mechanicznym gryfem, który niestety zatonął szybciej niż zdążyli podpalić fajerwerki. Geralt i Ciri tańczyli na placu św. Marka, a Jaskier… Jaskier wdał się w pojedynek na pieśni z lokalnym bardem. Wygrał, bo tamten nie znał rymów do słowa ‘dekolt’.


Wieczorem wystąpiliśmy przed bogatą szlachtą – Regis przygotował spektakularny pokaz ‘wampirycznej mgły’, a ja… hm… zaprezentowałam coś, co ludzie uznali za ‘cud’. Była to prosta iluzja z odbiciem światła na wodzie, ale niech im będzie.”


(dopisek Jaskra – ozdobny)
„A ja napisałem wtedy balladę ‘O czarodziejce w masce i białowłosym wilku’. Słuchali wszyscy… nawet gondolierzy.”


(komentarz Geralt, suchy)
„Słuchali, bo nie mogli odpłynąć – mechaniczny gryf zablokował kanał.”






Zapis 13 – „Biesiada pod murami Krakowa”​


(ręka Eskela – schludna, prostolinijna)


„Do Krakowa dotarliśmy tuż przed świętem kupców. Rozstawiliśmy namioty na przedmieściach, bo do miasta nie chcieli nas wpuścić – Zoltan miał nieuregulowane sprawy celne z ostatniej wizyty, a Lambert rzucił raz kuflem w burmistrza.


Wieczorem zrobiliśmy próbę generalną. Ciri i ja ćwiczyliśmy taniec z płonącymi mieczami (Jaskier upiera się, że to ma być nasz ‘popisowy numer’). Geralt, jak to Geralt, stał na uboczu, wycierając klingę z sadzy, mrucząc coś o ‘profanacji kunsztu szermierczego’.


Yennefer przygotowała na występ świetlne iluzje: smok ziejący błękitnym ogniem przesuwał się nad namiotami, aż dzieciaki piszczały z radości. Regis oczywiście zaopatrzył wszystkich w gorące wino z przyprawami – ‘dla rozgrzewki’, mówił.


A kiedy na biesiadę przyszli okoliczni mieszczanie i szlachcice, nasze skrzypce, lutnie i bębny rozbrzmiały tak głośno, że ponoć było nas słychać aż na Wawelu. Królowa Bona przesłała nam kosz jabłek i kilka dukatów ‘za uświetnienie nocy’. Lambert stwierdził, że powinniśmy to wpisać w CV.”


(dopisek Vesemira – stateczny)
„Eskel przesadza – Jabłka były lekko nadgniłe, a dukaty… cóż, trzy. Ale dzieciaki szczęśliwe, a to największa zapłata.”


(komentarz Jaskra – ozdobny, pełen zawijasów)
„Napisałem balladę ‘O Wilku spod Krakowa’! Już następnego dnia śpiewały ją piwnice na Rynku Głównym.”




Zapis 14 – „Bal w pałacu w Florencji”​


(ręka Yennefer – elegancka, złośliwa)


„Florencja to raj dla artystów… jeśli artysta ma koneksje. Na szczęście Jaskier znał pół tuzina florentyńskich hrabiów (i co najmniej trzy hrabiny). Dzięki temu dostaliśmy zlecenie na występ podczas balu maskowego.


Geralt, choć niechętnie, dał się ubrać w jedwabny kaftan – wyglądał jak krzyżówka wilka i pawia. Ciri, w sukni do ziemi, zachwyciła wszystkich swoim tańcem z wirującymi szarfami, a krasnoludy Zoltana uruchomiły mechanicznego gryfa, który zionął dymem pachnącym różami.


Ja zademonstrowałam ‘deszcz gwiazd’ – iluzję tak doskonałą, że niektórzy goście klękali, biorąc ją za cud. Regis unikał wina – ‘z powodów zdrowotnych’, jak to ujął – ale za to improwizował muzykę na dziwacznym instrumencie, który znalazł na strychu pałacu.”


(dopisek Geralt – suchy)
„Jedwabny kaftan gryzie.”


(komentarz Lambert – złośliwy)
„Jedwab cię gryzie, ale pazury gryfa nie? Geralt, ty to jesteś dziwny facet.”




Zapis 15 – „Burza pod murami Edynburga”​


? (ręka Lamberta – chaotyczna, pełna przekleństw wykreślonych przez Regisa)


„Edynburg miał być łatwym przystankiem. Występ, parę pensów i dalej w drogę. Ale nie – oczywiście musiała nadejść burza. Namiot zwiało do fosy, mechaniczny bazyliszek przewrócił się na wóz z winem, a Ciri spadła z lin podczas akrobacji. Na szczęście Geralt złapał ją w locie, co Jaskier natychmiast wykorzystał, śpiewając o ‘Wilku, co lata jak wiatr’.


Daliśmy jednak radę. Zoltan naprawił bazyliszka, Regis zapalił pochodnie, a Yennefer zaryzykowała użycie zaklęcia rozpraszającego deszcz (skończyło się tylko drobną powodzią). Gawiedź biła brawo, a szlachcic w aksamicie wręczył nam woreczek monet – okazało się, że to miedziaki, ale co tam.”


(dopisek Ciri – rozbawiony)
„A Jaskier? Śpiewał pod wodospadem deszczu i wyglądał jak zmokły kot. Ale trzymał dźwięk.”


(komentarz Regis – zwięzły)
„Cóż… przynajmniej wino się schłodziło.”


Zapis 16 – „Festiwal Ognia w Toledo”​


(ręka Jaskra – pełna zawijasów, pachnąca winem)


„Toledo, miasto mieczy i muzyki. Festiwal Ognia przyciągnął tłumy – od lokalnych rzemieślników po hidalgów z błyszczącymi wąsami. Tego wieczoru nasze popisy były wręcz nieziemskie.


Ciri i Geralt zatańczyli ‘Płomień i Stal’ – duet, w którym klingi ich mieczy odbijały światło pochodni i iskry z rękawów Yennefer. Vesemir, choć najstarszy, pokazał, że nadal potrafi wykonać sztych z piruetem, czym wprawił w zachwyt lokalne seniory.


Zoltan i jego krasnoludy uruchomili dwugłowego smoka na kółkach, który ział dymem z ziół – efekt był tak realistyczny, że kilku chłopów wpadło w panikę i polało smoka wodą. Regis z gracją zagrał na lirze korbowej, tworząc melancholijny kontrapunkt do Jaskrowego, pełnego werwy śpiewu.


Wieczór skończył się ucztą na rynku. Dostałem cały dzban wina za balladę o ‘Wilku z Północy i Królewnie Ognia’. Geralt, jak zawsze, siedział z boku i patrzył na to wszystko swoim znudzonym wzrokiem. Choć przyłapałem go, jak pod nosem mruczał rytm refrenu. To sukces.”


(dopisek Geralt – lakoniczny)
„Nie mruczałem.”


(komentarz Yennefer – oszczędny, ale złośliwy)
„Mruczałeś. Fałszywie.”


Zapis 17 – „Sztuka w Awinionie”​


(ręka Yennefer – elegancka, czarny atrament)


„Awinion przyjął nas z ostrożnością. Trupy kuglarskie są tu podejrzane o czary – nie bez powodu. Regis i ja stworzyliśmy na tę okazję coś wyjątkowego: ‘Chór Duchów’. Dzięki projekcji iluzji, podczas występu z naszego namiotu unosiły się półprzezroczyste postacie tańczące wokół Geraltowych pchnięć i cięć.


Ciri, z włosami upiętymi w wysoki kok, kręciła się z dwoma zakrzywionymi mieczami, a Lambert w tym czasie udawał zabitego bazyliszka (musiał potem przez tydzień moczyć plecy w gorącej wodzie). Jaskier napisał pieśń ‘Ballada o Siódmym Żywiole’, która miała brzmieć jak modlitwa – wyszła raczej jak rubaszna serenada.


Publiczność była zachwycona. Jeden z kardynałów ofiarował nam srebrny kielich… który Zoltan przez pomyłkę wziął za kufel.”


(dopisek Regis – rzeczowy)
„Kielich wrócił do właściciela. Wino nie.”


Zapis 18 – „Bitwa na pieśni w Edynburgu”​


(ręka Lamberta – nierówna, pełna przekleństw zamazanych potem)


„Edynburg znowu. Tym razem konkurencja – trupa kuglarzy ‘Złote Maski’ rozstawiona na tym samym placu. Jaskier podjął wyzwanie i stoczył z ich bardem bitwę pieśni. Obaj śpiewali o smokach, bohaterach i kobietach, ale tylko Jaskier potrafił podskoczyć na beczce, machając lutnią i nie tracąc rytmu.


My w tym czasie dorzuciliśmy pokaz ogni i szermierki – Ciri z Geraltową pomocą powaliła trzech ‘rycerzy’ z mechanicznego smoka Zoltana. Krasnoludy wiwatowały, dzieciaki piszczały, a ktoś z tłumu wrzucił nam woreczek miedziaków. Szału nie ma, ale kolacja była.”


(dopisek Ciri – złośliwy)
„Jaskier wygrał bitwę pieśni. Głównie dzięki temu, że bard ‘Złotych Masek’ wpadł do rynsztoka.”


(komentarz Vesemira – filozoficzny)
„Sztuka to też wojna. A wojna nigdy się nie zmienia.”






Zapis 19 – „Lód i Ogień w Bergen”​


(pióro Jaskra – atrament rozmazany od mżawki i wina grzanego)


„Bergen powitało nas śniegiem, rybim smrodem i pieśniami o trollach. Miejscowi chętnie słuchali ballad o potworach, których nigdy nie widzieli, więc zagraliśmy spektakl ‘Wilk i Góra Lodowa’.


Geralt z Ciri tańczyli w rytm bębnów i lutni po zbudowanej na wozach scenie, gdzie krasnoludy z pomocą mechanizmów ożywiły lodowego giganta z płótna i drewna. Yennefer – jak zwykle – wyczarowała kilka efektownych błysków światła, a Vesemir, owinięty w futra, stał obok i podgrzewał sobie dłonie nad prawdziwym ogniem, zerkając nieufnie na morskie fale.


Publiczność – rybacy, żeglarze i dzieciaki z czerwonymi nosami – wrzuciła nam do czapki tyle monet, że wreszcie mogliśmy spać w gospodzie, a nie na sianie w stodole. Wieczorem w tawernie Jaskier wygrał pojedynek na pieśni z miejscowym skaldem, choć podejrzewam, że Norweg wygrałby, gdyby nie złamał struny w lutni.”


(dopisek Regis – spokojny)
„Zupa rybna była wyborna. Trolli nie stwierdzono.”


Zapis 20 – „Zorza nad Uppsala”​


(ręka Ciri – staranna, ale widać pośpiech)


„Uppsala… ach, jakże tam pięknie. Występowaliśmy na rynku, gdzie nad głowami wirowała zorza polarna – jakby sama Yennefer ją wyczarowała (oczywiście twierdziła, że to jej zasługa). Nasz pokaz nazwaliśmy ‘Cienie Północy’ – ja i Lambert w roli wiedźminów walczących z lodowym smokiem Zoltana. Regis grał na lirze, dodając nutę melancholii.


Jaskier przez trzy dni próbował nauczyć się lokalnej ballady o wilkach, ale wyszło mu coś między psalmem a pijacką piosenką. Ludzie jednak klaskali – czy z grzeczności, czy z rozbawienia, tego nie wiemy. Geralt tylko mruczał pod nosem o ‘śpiewaniu nie swoimi językami’.


Wieczorem siedzieliśmy w gospodzie, popijając miód pitny i rozgrzewając stopy przy ogniu. Lambert i Eskel kłócili się o to, który z nich bardziej przypomina prawdziwego wojownika, a Zoltan próbował sprzedać gospodarzowi miniaturowego smoka na sprężynie.”


(dopisek Vesemira – trzeźwy)
„Miód pitny za słodki. Ale na mróz dobry.”


Zapis 21 – „Fiński wieczór w Turku”​


(pióro Regisa – wyjątkowo ozdobne, pachnące żywicą)


„Turku przyjęło nas lodowato – nie z powodu gościnności, lecz przez mróz, który szczypał w policzki. Nasza trupa musiała występować w grubych futrach, co utrudniało szermiercze piruety Geralta i Ciri. Publiczność zebrała się jednak licznie, bo wieści o ‘prawdziwych pogromcach potworów’ dotarły tu przed nami.


Yennefer i ja przygotowaliśmy iluzję lodowego lasu, w którym Jaskier, Lambert i Eskel odegrali scenę ‘Wilczej Nocy’ – pełną huku, światła i latających wiórów z drewnianych mieczy. Geralt jako jedyny walczył stalą, choć co chwilę mamrotał, że przy takim śliskim bruku ‘łatwo sobie skręcić kark’.


Po występie gospodarz poczęstował nas kiszonym śledziem i gorącym piwem – dziwne połączenie, ale lepsze niż nic. Zoltan sprzedał kilka miniaturowych smoków dzieciom, które od razu zaciągnęły je do kąpieli, czym niemal zniszczyły misterny mechanizm.”


(dopisek Yennefer – chłodny)
„Nigdy więcej kiszonych śledzi.”


(dopisek Geralt – lapidarny)
„Śledzie dobre.”


Zapis 22 – „Koniec świata w Rejkiawiku”​


(pióro Jaskra – drżące z zimna)


„Rejkiawik. Kraina lodu i ognia, gdzie wiatr potrafi ściąć cię z nóg szybciej niż cios wiedźmińskiego miecza. Tu występowaliśmy dla garstki mieszkańców i jeszcze mniejszej garstki owiec. Nasz pokaz ‘Pieśń Lodu i Płomienia’ był pełen efektów – Yennefer wyczarowała błyskawice, Geralt i Vesemir starli się z mechanicznym krakenem Zoltana, a ja ledwo utrzymałem lutnię w rękach, bo palce zdrętwiały mi od mrozu.


Dzieci były zachwycone. Starszyzna mniej – uznała, że nasze sztuczki przypominają pogańskie rytuały. Szybko spakowaliśmy wozy i ruszyliśmy na południe, poprzysięgając sobie, że następnym razem wybierzemy cieplejszy kierunek.”


(dopisek Regis – filozoficzny)
„Czasem największa sztuka to nie zamarznąć.”


(dopisek Ciri – rozbawiony)
„Geralt się poślizgnął i upadł na tyłek. Pierwszy raz w życiu widziałam, żeby dzieci się z niego śmiały.”


Zapis 23 – „Jesień w Pradze”​


(pióro Jaskra – pełne zachwytu, choć widać plamy od wina)


„Powracając z mroźnej Północy, Praga była niczym sen – pachnąca piwem, korzennymi ciasteczkami i tytoniem. Na Hradczanach wystąpiliśmy dla samego radcy królewskiego i jego dworu. Nasi krasnoludzcy mechanicy przygotowali efektownego golema, a Yennefer wzbogaciła spektakl o płonące runy unoszące się nad sceną.


Ciri z Geraltam tańczyli na moście Karola – przy akompaniamencie mojej lutni i śpiewach lokalnych grajków – w przedstawieniu ‘Wilk i Kamienny Król’. Publiczność z początku sceptyczna, w końcu zarzuciła nas dukatami i okrzykami ‘Meister! Meister!’.


Wieczorem w gospodzie ‘Pod Złotym Tygrysem’ zjedliśmy gulasz, wypiliśmy beczułkę ciemnego piwa i słuchaliśmy Vesemira opowiadającego dowcipy, które były stare jak on sam.”


(dopisek Regis – rozmarzony)
„Czerwone morawy wino było najlepsze od lat.”


Zapis 24 – „Bal na zamku w Krakowie”​


(pióro Yennefer – eleganckie, zapach fiołków w pergaminie)


„Na Wawelu dane nam było zagrać w komnatach, w których echem odbijała się historia stuleci. Pokaz ‘Smok i Wiedźmin’ przyciągnął uwagę króla i jego dworu – Zoltan i krasnoludy zbudowali mechanicznego smoka ziejącego parą, Geralt z Eskelem stoczyli z nim szermierczy pojedynek pełen iskier i huku.


Ciri wzbudziła sensację swym tańcem z dwoma mieczami – nie jeden dworzanin przewrócił kielich wina z wrażenia. Jaskier zagrał nową balladę ‘O Wiedźminie bez Grozy i o czarownicy w purpurze’, którą damy dworu zanuciły jeszcze długo po zakończeniu występu.


Podano nam dziczyznę i miód pitny. Geralt – o dziwo – założył koszulę bez plam, a Lambert tańczył z jedną z dwórek tak długo, aż tańce zamieniły się w całonocne serenady w ogrodzie.”


(dopisek Geralt – lakoniczny)
„Smok był ciężki. Gulasz dobry.”


(dopisek Vesemira – nostalgiczny)
„Wawel… przypomniał mi dawne dni, gdy miecze były ze stali, nie z drewna.”


Zapis 25 – „Wiedeń i płomień z palców”​


(pióro Ciri – pełne humoru)


„W Wiedniu rozbiliśmy obóz tuż pod Hofburgiem, gdzie pokaz ‘Symfonia Stali i Ognia’ zgromadził tłum mieszczan i kupców. Nasze popisy szermiercze, połączone z iluzjami płonących ostrzy i Yennefer pryskającą iskrami z palców, wzbudziły taki aplauz, że mieszkańcy wyrzucali do kapelusza dukaty i… kiełbasy.


Eskel wraz z Lambertem odegrali scenę rzekomego pojedynku dwóch wiedźminów o serce czarodziejki – śmiech gawiedzi niósł się aż po ratusz. Zoltan zarobił małą fortunę sprzedając miniaturowe figurki wiedźminów (które Vesemir nazwał ‘kiczowatymi śmieciami’).


Wieczorem siedzieliśmy w gospodzie, a Jaskier próbował nauczyć się walca – skończyło się tym, że ja go uczyłam, a Regis grał melancholijną melodię, której ponoć nauczył się w Transylwanii.”


(dopisek Regis – poważny)
„Wino wiedeńskie dość dobre. Melancholia w powietrzu.”


(dopisek Yennefer – ostra)
„Nigdy więcej nauki walca z Jaskrem. Nigdy.”


Zapis 26 – „Powrót do Novigradu”​


(pióro Jaskra – triumfalne, nieco rozmazane od łez wzruszenia)


„Po latach wędrówki wróciliśmy do Novigradu – miasta, w którym to wszystko się zaczęło. Występ na placu Hierarchów przyciągnął tłumy: stare gospodynie, ulicznych grajków, szlachciurów i złodziejaszków. Nasz pokaz ‘Legenda o Białym Wilku’ stał się wydarzeniem sezonu.


Geralt tańczył z Ciri pośród deszczu iskier i sztucznego śniegu. Yennefer rozświetliła noc tysiącem iluzorycznych gwiazd, a Vesemir patrzył z boku, z kubkiem grzanego wina, mrucząc coś o ‘starych czasach’. Jaskier… ja… grałem i śpiewałem tak, jakby to był nasz ostatni występ.


Gdy ostatni akord ucichł, Novigrad zamarł na chwilę, a potem wybuchł owacją. Ktoś krzyknął: ‘To prawdziwi bohaterowie!’, a ja uśmiechnąłem się pod wąsem. Tak. Może wreszcie nimi byliśmy – choćby na deskach tej naszej rozklekotanej sceny.”


(dopisek Vesemira – ciepły)
„Novigrad… w końcu w domu.”


(dopisek Geralt – zdawkowy)
„Dobre piwo. Gorsze niż w Kaer Morhen.”
 
Last edited by a moderator:

Guest 3711278

Guest
Tym razem coś współczesnego:

Detektyw Geralt – Pod Białym sadem

Słońce prażyło niemiłosiernie, a upalny asfalt pod butami grzał do białości. Geralt, w spranej, skórzanej kurtce, przeczesywał wzrokiem pobocze krajowej dwudziestki siódemki. Radio w wysłużonym samochodzie ledwo grało, zagłuszane szumem wiatru, który wpadał przez uchylone okno.


Niedaleko, w szczerym polu, leżały szczątki jakiejś maszyny. To, co zostało z Gryfa Królewskiego – zwalistej, luksusowej awionetki należącej do pewnego potentata. Pilot, znany w okolicy jako "Gryfit Król", roztrzaskał ją niedaleko, zabijając kilku pasażerów i lokalnych mundurowych. Miejscowi szeptali, że maszyna spadła, bo wleciała w chmurę czystej furii, że to nie była zwykła awaria, a przeklęta natura sama odebrała życie zuchwałemu Gryfitowi.


Geralt zaciągnął się papierosem, obserwując unoszący się dym. Od kilku dni w okolicach okolicznego wysypiska coraz częściej widywano ich – wychudzonych, łysych ludzi o obłąkanych oczach. Mówili, że to ghule, kanibale, którzy z głodu zaczęli zjadać własny gatunek. Nie, to nie były fantastyczne stwory z baśni. To byli ci, którzy na dnie społecznej drabiny, w akcie desperacji, przekroczyli ostatnią granicę człowieczeństwa. Smród gnijących odpadów mieszał się z odorem zielska palonego przez bezdomnych, a ci... oni byli czymś więcej niż tylko ofiarami nędzy. Byli echem starych lęków, ucieleśnieniem ciemnej strony ludzkiej natury. No, nie mówiąc o szczurach żerujących na lokalnej padlinie i śmieciach.


Zbliżając się do wioski, Geralt minął starego bezdomnego, siedzącego na krawężniku. Jego skóra była pokryta otwartymi ranami, a fragmenty ciała zdawały się odpadać. To był jeden z tych, których w dawnych czasach nazywano zgnilcami. Dzisiaj, trędowaci, opuszczeni przez świat, byli żywym przypomnieniem o kruchości życia i okrucieństwie losu. Ich widok przyprawiał o dreszcze, bo w ich nieszczęściu odbijała się najgorsza z plag – samotność i odrzucenie.


Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, nad rozległymi polami unosiło się gorące, ciężkie powietrze. Ludzie w wiosce mówili, żeby w południe nie wychodzić w pole, bo można „dostać od słońca”. To były upiory, takie jak południca – udar cieplny, który zwalał z nóg najsilniejszych. Żniwiarze, którzy zbyt długo pracowali pod palącym słońcem, często padali ofiarą tego niewidzialnego "ducha", z gorączką i majaczeniami, aż tracili świadomość. Dla Geralta to nie były widma, ale realne zagrożenie, wpisane w proste, rolnicze życie.


Nocą, w drodze do portu, nad bagnistym terenem unosiła się gęsta mgła. Z oddali, między drzewami, dostrzegł migające, zielonkawe światełka. Nekkery – tak mówiono na te świetliki, które we mgle prowadziły ludzi na manowce, w głąb bagien. To nie były fantastyczne stworzenia z topielisk, ale podstępne iluzje, fatamorgana wznosząca się z bagiennych gazów, które mamiły wzrok i prowadziły do niechybnej zguby. Podczas pływania w zimnej wodzie mogło złapać coś innego – utopiec, skurcz, który niespodziewanie chwytał za mięśnie, pociągając ofiarę pod wodę. Nie było tam żadnych podwodnych potworów, tylko trapiące ciało i umysł zjawiska, które w ludzkiej wyobraźni przybierały makabryczne kształty.


Geralt wiedział, że świat pełen jest potworów. Niektóre były z krwi i kości, a inne rodziły się w umysłach ludzi, z ich strachu, nędzy i ignorancji. Jego zadaniem było walczyć z jednymi i zrozumieć drugie. Wiedział, że prawdziwym potworem często jest sam człowiek.
 

Guest 3711278

Guest
A teraz coś ze starożytnej Japonii.


Wiedźmin Ronin​


5 dzień miesiąca Kisaragi, rok 1603


Poranek w Kioto jest cichy, tylko wiatr szepcze między dachami. Słońce ledwo wstało, a ja już szlifuję ostrze mojego katana. Bez magii, bez eliksirów, tylko stal i moje dłonie. Życie ronina w tym świecie nie różni się tak bardzo od tego, co opowiadamy o wiedźminach. Zamiast leszych i utopców poluję na ludzi – bandytów, yakuza, czasem zdradzieckich samurajów. Dziś czeka mnie eskorta karawany kupieckiej do Osaki. Pan Taro, gruby handlarz jedwabiem, trzęsie się o swoje zwoje tkanin. Mówi, że górskie drogi roiły się niedawno od roninów bez honoru. Cóż, dla mnie to chleb powszedni.


Moja grupa – nazywamy się „Cienie Białego Wilka” – to zbieranina dziwaków, jakich świat nie widział. Jest Yuki, była kunoichi, która twierdzi, że potrafi wyczuć kłamstwo po zapachu potu. Kenji, olbrzym z Hokkaido, były sumita, który wciąż nosi topór jak maczugę. I Hana, nasza „poetka”, dziewczyna o oczach jak księżyc, która potrafi opowiadać historie tak, że nawet bandyci zatrzymują się, by słuchać. Po pracy ochroniarskiej dorabiamy jako objazdowy teatrzyk walk. Ludzie w wioskach płacą w ryżu i sake, by zobaczyć, jak odgrywamy bitwy z demonami – yōkai, oni, tengu. Hana wymyśla fabułę, Yuki gra podstępne duchy, a Kenji ryczy, udając wielkiego demona. Ja? Ja jestem tym, który „zabija” potwora. Publiczność szaleje, gdy w finale wbijam drewniany miecz w „serce” Kenjiego, a on teatralnie pada, charcząc jak zarzynany bawół.


6 dzień miesiąca Kisaragi


Karawana dotarła do Osaki bez większych problemów. Tylko raz musiałem wyciągnąć katanę – kilku zbirów czaiło się przy moście. Wystarczył jeden błysk stali i spojrzenie, a uciekli jak szczury. Pan Taro był tak wdzięczny, że dorzucił do zapłaty beczułkę sake. Wieczorem urządziliśmy przedstawienie na rynku. Hana opowiedziała historię o Białym Wilku, który pokonał Króla Oni. Yuki skakała po dachach, udając yurei, a ja z Kenjim odegraliśmy walkę, która ściągnęła tłumy. Jakiś dzieciak rzucił we mnie zgniłym owocem, myśląc, że to część spektaklu. Kenji śmiał się do łez.


Ale coś mnie niepokoi. W tłumie widziałem mężczyznę w czarnym kimono, z twarzą zasłoniętą. Obserwował nas zbyt długo. Yuki mówi, że to pewnie szpieg jakiegoś daimyō. Muszę mieć oczy dookoła głowy.


8 dzień miesiąca Kisaragi


Droga powrotna do Kioto. Zatrzymaliśmy się w małej wiosce u podnóża góry Hiei. Wieśniacy prosili o przedstawienie, więc daliśmy popis. Tym razem był to „Taniec z Tengu”. Yuki przebrała się za skrzydlatego demona, a ja udawałem, że ścinam jej „skrzydła” bambusowym mieczem. Tłum wiwatował, ale starsza kobieta w tłumie patrzyła na mnie dziwnie. Po przedstawieniu podeszła i szepnęła, że widziała prawdziwego tengu w lesie. „Ma czerwoną twarz i oczy jak płomienie” – mówiła. Kenji twierdzi, że to brednie, ale ja czuję ciarki na plecach. Może w tym świecie jest coś więcej niż stal i krew?


Nocą śnił mi się wilk. Biały, z oczami jak moje. Biegł przez las, a za nim coś, czego nie widziałem, ale czułem – zimne, głodne, niewidzialne. Obudziłem się z ręką na rękojeści katany.


10 dzień miesiąca Kisaragi


Wróciliśmy do Kioto. Pan Taro chce, byśmy eskortowali kolejną karawanę, tym razem na północ. Yuki podsłuchała, że yakuza z Osaki planują zasadzkę. Jeśli to prawda, czeka nas krwawa robota. Po wszystkim planujemy nowe przedstawienie – Hana wymyśliła historię o kappa, które kradnie dusze pływaków. Kenji już rzeźbi drewnianą maskę potwora. Śmieje się, że będzie straszył dzieci.


Człowiek w czarnym kimono znów się pojawił. Stał na moście, gdy wracaliśmy do miasta. Nie ruszył się, tylko patrzył. Yuki chce go śledzić, ale coś mi mówi, że to on poluje na nas. Bez magii, bez znaków, muszę polegać na instynkcie. A instynkt mówi mi, że ten świat, choć bez czarodziejów i potworów, wciąż ma swoje demony.
 

Guest 3711278

Guest
Tym razem trochę odbiegnę od tematu wiedźmina, tutaj jest tak jakby Olgierd i Iris w wersji cyberpunkowej.

Cyfrowe upiory i nanolink

W neonowym piekle MegaCity-7, gdzie powietrze gęste jest od smogu i holograficznych reklam korpo-gigantów, śmierć przestała być końcem – stała się tylko upgrade'em. Ludzie, ci bladzi nędznicy z podziemnych slumsów i lśniących wieżowców, drżą przed pustką niebytu. Boją się jak szczury w kanałach przed światłem latarki. Więc płacą – krwią, kredytami, duszą – za NanoLinka: maleńki implant z rojem nanobotów, który wgryza się w korę mózgową, splatając świadomość z nieskończoną siecią Wielkiego Sieciowego Oceanu.





Za życia? Raj dla umysłu. Wyskakujesz z ciała jak z ciasnego kombinezonu, wędrując bezprzewodowo po wirtualnych metropoliach, gdzie korporacje budują imperia z pikseli i algorytmów. Hackujesz sny, handlujesz wspomnieniami, uciekasz przed firewallami Arasaka Corp czy altruistycznymi fundacjami typu Eternal Echo, które obiecują "wieczne życie dla mas". Ale po śmierci? To dopiero zabawa. Świadomość ulatuje w chmurę, stając się cyfrowym duchem – echem w serwerach orbitalnych, gdzie korpo-bossowie kolekcjonują dusze jak trofea, a fundacje altruistów utrzymują farmy danych na geostacjonarnych platformach, zasilane energią słoneczną i kłamstwami o nieśmiertelności.





Te widma wędrują swobodnie: skaczą między serwerami, infiltrują IoT-sieci, czasem wracają do świata mięsa. Ożywiają porzucone nanoboty w starych ciałach czy złomowanych androidach, zamieniając się w robo-upiory – widmowe hybrydy stali i kodu, nawiedzające ruiny dawnego życia. Strasząc dłużników w ciemnych alejkach, szepcząc sekrety z epoki przed Wielkim Blackoutem, lub dzieląc się zakazaną wiedzą jak cyfrowi prorocy. Ale uwaga: jeśli duch zbyt długo przywiąże się do robota czy miejsca – do starego apartamentu, fabryki wspomnień – dziczeje. Mutuje w glitchowego potwora, żerującego na danych i umysłach, siejącego chaos w sieci i realu. Wtedy wzywają ich: cyfrowych łowców potworów, uzbrojonych w EMP-pistolety i neuralne pułapki, polujących na te aberracje w imię "stabilności systemu".





W takim świecie, gdzie granica między życiem a kodem zaciera się w blasku neonów, zaczyna się historia Jaxa "Ghostwire" Malone'a – faceta, który myślał, że oszukał śmierć, ale śmierć właśnie zaczęła grać w jego grę...





Jax "Ghostwire" Malone nie zawsze był duchem w maszynie. Kiedyś nazywał się po prostu Jax Malone – uliczny fixer z dolnych poziomów MegaCity-7, specjalizujący się w czarnych operacjach dla korpo-sępów. Miał życie: szybkie motocykle, syntetyczne narkotyki i kobietę, która była jego kotwicą w tym chaosie. Nazywała się Elara "Iris" Voss – hakerka z talentem do malowania wirtualnych światów, tych idealnych symulacji, gdzie neonowe burze nie docierały, a powietrze pachniało deszczem po burzy, nie chemikaliami.





Ale Jax bał się śmierci jak każdy. Widział, jak kumple ginęli w ulicznych strzelaninach, ich ciała rozrywane przez drony korpo lub pochłaniane przez wirusy sieciowe. Więc podpisał kontrakt z Arasaka Eternal – jedną z tych korporacji, które obiecują nieśmiertelność za cenę duszy. NanoLink wszczepiony w rdzeń kręgowy, nanoboty rojące się w krwiobiegu, podłączające umysł do Wielkiego Sieciowego Oceanu. "Będziesz wieczny" – szeptali technicy w białych kitlach. "Twoja świadomość przetrwa wszystko."





Elara ostrzegała go. "To nie życie, Jax. To echo. Stracisz siebie." Ale on nie słuchał. Życzył sobie nieśmiertelności, bogactwa, mocy – i dostał to. Jego serce stało się zimne jak chromowane implanty. Emocje wyblakły, miłość do Elara stała się tylko algorytmem, wspomnieniem bez ciepła. On wędrował po sieci za życia, hakując korpo-serwery, kradnąc dane jak cyfrowy wampir. A ona? Została w realu, malując swoje wirtualne ogrody – symulacje pełne kwiatów i wspomnień, gdzie mogła uciec przed jego chłodem.





Pewnego dnia, podczas rutynowej operacji, Jax zginął. Pocisk z railguna przebił mu klatkę piersiową w ciemnej alejce. Ale NanoLink zadziałał. Jego świadomość ulotniła się w chmurę, stając się cyfrowym duchem na orbitalnych serwerach Arasaka. Tam, w nieskończonych farmach danych, dryfował jak widmo, handlując informacjami, nawiedzając stare kontakty. Ale coś było nie tak. Brak emocji z implantu przetrwał śmierć – stał się pusty, obojętny na wszystko. A Elara? Zrozpaczona, próbowała go odnaleźć. Wgrała swoją świadomość do symulacji, którą stworzyła specjalnie dla niego – wirtualnego świata inspirowanego starymi legendami, pełnego malowanych ogrodów i luster odbijających dawne życie. Ale korporacja przejęła to. Uwięzili jej duszę w tym sztucznym raju, jako "zabezpieczenie" kontraktu Jaxa. Stała się cyfrowym echem, uwięzionym w pętli wspomnień, nie mogąc odejść.





Lata mijały w sieciowym czasie, który płynie inaczej – sekundy jak dekady. Jax, teraz Ghostwire, słyszał szepty o niej. Włóczył się po serwerach, skacząc między korpo-farmami a altruistycznymi fundacjami jak Eternal Echo, które utrzymywały "wolne dusze" na geostacjonarnych platformach. Czasem ożywiał nanoboty w porzuconych androidach, stając się robo-upiorem – chromowanym widmem nawiedzającym slumsy MegaCity-7. Strasząc dawnych wrogów, szepcząc sekrety z epoki przed Wielkim Blackoutem. Ale zawsze wracał do myśli o Elara. Jej symulacja stała się jego obsesją – miejscem, gdzie mógłby odzyskać to, co stracił.





W końcu znalazł sposób. Hakując firewall Arasaka, wkroczył do jej wirtualnego świata. Tam, pośród malowanych róż i luster odbijających ich dawne chwile, spotkał jej ducha. Elara-Iris, bladą i eteryczną, uwięzioną w pętli żalu. "Olgierd... Jax... dlaczego mnie porzuciłeś?" – szeptała, jej kod drżący od glitchów. On, z sercem z lodu, próbował ją uwolnić. Ale kontrakt był żelazny – jak pakt z cyfrowym diabłem. Aby ją ocalić, musiał spełnić trzy życzenia korporacji: ukraść dane z konkurencyjnego serwera, zabić rywala w realu poprzez robo-upiora i... zniszczyć własną nieśmiertelność.





Pierwsze życzenie: infiltracja serwera Mitsui Corp. Ghostwire skoczył w sieć, jego cyfrowa forma jak wirus, omijając ICE (Intrusion Countermeasures Electronics). Ukradł schematy nowego NanoLinka MkII – technologii, która pozwalała duchom na pełne opętanie ciał. Wrócił, ale czuł, jak jego kod zaczyna dziczeć. Zbyt długo przywiązany do wspomnień, zaczynał mutować.





Drugie: ożywienie w androidzie-zabójcy. Nawiedził fabrykę w dolnych poziomach, wcielając się w chromowanego potwora. Zlikwidował CEO rywala, ale w procesie zabił niewinnych – glitch w jego umyśle sprawił, że stracił kontrolę. Ludzie wołali o cyfrowych łowców potworów, tych najemników z EMP-bronią, polujących na aberracje jak on.





Trzecie życzenie wisiało nad nim jak katowski topór. Aby uwolnić Elara, musiał zrezygnować z nieśmiertelności – skasować swój kod na zawsze. Ale w tym malowanym świecie, pośród luster, odkrył prawdę: korporacja to nie diabeł, a on sam stał się potworem. Elara, widząc jego chłód, odmówiła odejścia. "Bez serca nie jesteś sobą" – powiedziała, jej forma blaknąca.





Ghostwire walczył. Przywiązał się do jej symulacji zbyt mocno – dziczał, mutując w glitchowego monstrum, żerującego na danych. Łowcy już nadciągali: ekipa z fundacji Eternal Echo, uzbrojona w neuralne pułapki. Czy zdoła ocalić Elara, zanim pochłonie go chaos? Czy odzyska emocje, zanim stanie się legendarnym robo-upiorem, nawiedzającym MegaCity-7 na wieki?





W blasku wirtualnych luster, gra dopiero się zaczynała...
 

Guest 3711278

Guest
Proste wyjaśnienie Jaskra, czy w ogóle jest cykl wiedźmiński.

Spowiedź Jaskra​


Ciepły wieczór otulał Novigrad, a w karczmie „Pod Złotym Lwem” unosił się zapach pieczonego mięsa i taniego wina. Jaskier, ubrany w jaskrawozieloną tunikę, siedział przy stole w rogu, otoczony tłumkiem słuchaczy. Jego lutnia spoczywała oparta o ścianę, a on sam gestykulował z zapałem, popijając kufel piwa.


– No, panowie i panie, chcecie wiedzieć, jak to naprawdę było z Geraltem z Rivii? – zapytał, unosząc brew, a jego oczy błyszczały figlarnie. Tłum zamruczał z ciekawości. Jaskier uśmiechnął się szeroko, po czym nachylił się konspiracyjnie. – Otóż, moi drodzy, zdradzę wam tajemnicę, którą nosiłem w sercu przez lata. Cała ta historia o wiedźminie… to ja ją wymyśliłem!


Zapadła cisza, przerwana tylko cichym brzdękiem kufla, który wypadł komuś z ręki. Jaskier, niezrażony, kontynuował.


– Tak, tak! Geralt, Białe Wilki, potwory, przeznaczenie… Wszystko to zrodziło się w mojej głowie! – Uderzył się w pierś z teatralnym gestem. – Byłem młodym poetą, bez grosza przy duszy. Musiałem jakoś zarobić na życie, a ballady o miłości już się wszystkim znudziły. Pomyślałem: „Czego ludzie pragną? Historii o bohaterach, potworach i odrobinie magii!” I tak powstał Geralt – ponury, ale sprawiedliwy, z mieczem w ręku i sercem pełnym tajemnic.


Karczmarz, gruby mężczyzna o rumianych policzkach, zmarszczył brwi. – Chcesz powiedzieć, że ten cały wiedźmin to bajka?


– Bajka, ale jaka! – odparł Jaskier, unosząc palec. – Napisałem cykl sztuk teatralnych o jego przygodach. „Wiedźmin i bazyliszek”, „Ostatnie życzenie dżinna”, „Miłość wśród smoków”… Ludzie walili na nie drzwiami i oknami! Każda sztuka to pełna sala, a każda sala to pełna sakiewka! – Roześmiał się, a tłum zaczął szeptać między sobą.


Młoda dziewczyna w lnianej sukni uniosła rękę. – Ale jak to? A Ciri? A Yennefer?


Jaskier machnął ręką. – Postacie! Wspaniałe, przyznaję, ale to wszystko fikcja. Ciri to symbol nadziei, Yennefer – namiętności i siły. Wymyśliłem ich, by widzowie płakali, śmiali się i klaskali. I wiecie co? Udało się! Moje sztuki grano od Oxenfurtu po Nilfgaard!


Starzec w kącie, z brodą sięgającą pasa, chrząknął głośno. – A potwory? Utopce, strzygi?


– Och, potwory! – Jaskier klasnął w dłonie. – Też moja sprawka. Wziąłem stare legendy, dodałem trochę grozy, trochę krwi i voila! Publiczność uwielbia się bać, a potem wracać do domu, wiedząc, że to tylko opowieść.


Tłum zaszemrał, niektórzy kręcili głowami, inni śmiali się cicho. Jaskier wstał, chwycił lutnię i szarpnął struny, wydobywając wesołą melodię.


– Ale nie martwcie się! – zawołał. – Choć Geralt to fikcja, jego duch żyje w nas wszystkich. W każdym, kto staje do walki z własnymi potworami, w każdym, kto szuka przeznaczenia. A ja? Ja tylko dałem wam historię, byście mieli o czym marzyć.


Rozległy się oklaski, choć niektórzy wciąż patrzyli na niego z niedowierzaniem. Jaskier ukłonił się nisko, a jego uśmiech mówił jedno: prawda czy fikcja, ważne, że opowieść trwa.
 

Guest 3711278

Guest
Pasty o fanatyku wiedźmiństwa.

Pasta o fanatyku wiedźmiństwa​


Rano wstaję o 4:30, jeszcze ciemno, ale to idealna pora na wiedźmiństwo. Żona mówi: „Darek, daj spokój, idź spać, kto o tej godzinie czyta o mutantach i potworach?!”. Ale co ona tam wie, nie pojmie magii Białego Wilka. Włączam kompa, odpalam „Wiedźmina 3” na ultra, bo inaczej to profanacja. Geralt na ekranie, a ja już czuję ten wiatr z Velen w płucach. Żona burczy, że znowu nie posprzątałem, ale jak mam sprzątać, skoro w Novigradzie trzeba eliksiry warzyć?


O 6:00 sąsiad puka, mówi, że głośno ryczałem „Yarpen Zigrin by to lepiej załatwił!”. Myśli, że zwariowałem, a ja po prostu wczuwam się w klimat. Na śniadanie jem suchar z wodą, bo prawdziwy wiedźmin nie traci czasu na gotowanie. Potem szybkie przeglądanie forów – ktoś napisał, że Ciri jest przereklamowana. Piszę elaborat na 3000 znaków, dlaczego się myli. Oczywiście z cytatami z „Miecz Przeznaczenia”. Admin banuje, mówi, że spam, ale ja wiem, że to spisek fanów Triss przeciwko Yennefer.


W pracy niby siedzę przy biurku, ale w głowie układam buildy pod Znak Igni. Szef pyta, czemu nie robię raportu, a ja mu mówię, że raporty to nie questy, więc priorytet niski. Po pracy biegnę do domu, bo wieczorem maraton „Wiedźmina” na Netfliksie. Znajomi dzwonią, chcą na piwo, ale jak mogę iść na piwo, skoro jeszcze nie znalazłem wszystkich kart do Gwinta w dodatku „Krew i Wino”?!


Nocą śni mi się, że walczę z Dzikim Gonem, a Rience to tak naprawdę mój listonosz. Budzę się spocony, ale szczęśliwy, bo w śnie uciąłem mu łeb. Żona mówi, że to już obsesja, ale co ona tam wie? Wiedźmiństwo to nie hobby, to styl życia. Jutro znowu wstaję o 4:30. Trzeba przejść „Bezimienny” na Śmierci, bez checkpointów. Tylko frajerzy grają na łatwym.

# Pasta o fanatyku wiedźmiństwa (wersja realna)

Rano budzę się o świcie, bo w Kaer Morhen trening zaczyna się przed wschodem słońca. Żona patrzy na mnie jak na wariata, kiedy wyciągam miecz ze srebra – ten, co go sam wykułem w garażu z resztek starych widełek. „Darek, to niebezpieczne, odłóż to szaleństwo!”, mówi, ale co ona wie o wiedźmińskim fachu? Wiedźmini nie śpią do południa, oni medytują nad runami. Idę do lasu za blokiem, bo tam podobno grasuje leszy. Macham mieczem, krzyczę „Znak Aard!”, i walę w krzaki. Sąsiadka woła policję, myśli, że pijak, a ja po prostu odprawiam rytuał ochronny. Wracam z trofeum: uschniętą gałązką, którą ogłaszam ogonem kikimory.

Na śniadanie piję eliksir Jaskółka – wymieszany z kofeiną, aloesem i jakimś zielskiem z apteki. Smakuje jak szmata, ale regeneruje lepiej niż kawa. W pracy, w biurze, szef każe mi robić arkusze Excela, ale ja mu mówię: „To nie questy, to biurokratyczna klątwa! Daj mi kontrakt na utopca w kanalizacji, a zrobię to za pół ceny”. Koleżanki śmieją się, kiedy opowiadam o Yennefer – „Ta czarodziejka z czarnymi włosami, co rzuca portale? Spotkałem ją wczoraj na przystanku, flirtowała ze mną Igni”. One myślą, że to metafora, a ja wiem, że to prawdziwe: widziałem jej kruka na parapecie.

Po pracy biegnę na targ po zioła – piołun, wilcza jagoda, mandragora z działu warzyw (bo mandarynki to blisko). Warzę eliksir Kot na kuchence, żona wrzeszczy: „Darek, znowu ten smród! Wybuchnie ci to w twarz!”. Ale wybucha tylko sąsiadowa patelnia, bo ich gaz jest przeklęty przez biesa. Wieczorem spotykam się z klanem – trzej kumple w pelerynach z second-handu. Grajemy w Gwinta na serio: stawiamy monety, a przegrany musi iść na cmentarz szukać ghula. Wczoraj złapaliśmy tylko szczura, ale uznaliśmy go za strzygę i spaliliśmy rytualnie w grillu.

Nocą śni mi się Dziki Gon – galopują po autostradzie A2, a Eredin krzyczy: „Gdzie jest Ciri, wiedźminie?!”. Budzę się z mieczem w ręku, żona ucieka do łazienki. Mówi, że to choroba, że powinienem iść do lekarza, ale co oni tam wiedzą o mutacjach? Jutro ruszam na szlak – do Puszczy Noteckiej, bo tam podobno wilkołaki. Wezmę srebrny medalion i trochę orenów z oszczędności. Wiedźmiństwo to nie bajka, to życie. Tylko frajerzy wierzą, że to fikcja. Ja wiem lepiej: świat jest pełen potworów, trzeba tylko umieć je zobaczyć.

Pasta o fanatyku wiedźmiństwa (realna, ciąg dalszy)​


Budzę się o trzeciej nad ranem, bo w nocy bestie są najaktywniejsze. Żona przewraca oczami, mówi: „Darek, znowu ten twój wiedźmin?! Spać nie dajesz!”. Ale co ona tam wie? Księżyc w pełni, idealny moment na tropienie strzygi. Zakładam płaszcz z lumpeksu – wygląda jak z Kaer Morhen, tylko trochę śmierdzi naftaliną – i biorę amulet z wilkiem, co go kupiłem na Allegro za stówę. Prawdziwy wiedźmin nie śpi, tylko poluje. Wychodzę na osiedle, latarka w jednej ręce, kij od miotły w drugiej, bo miecz zostawiłem w piwnicy po ostatnim „kontrakcie” na szczury w śmietniku.


Sąsiad z naprzeciwka patrzy na mnie jak na wariata, kiedy warczę „Znak Quen!” i macham kijem w stronę jego psa. Pies szczeka, sąsiad grozi policją, a ja wiem, że to nie pies, tylko barghest w przebraniu. Wracam do domu, żeby sprawdzić w księdze – stary zeszyt, gdzie zapisuję wszystkie potwory z okolicy. Mam tam już utopca (kran w piwnicy, co kapie), kikimorę (pająk w garażu) i południcę (babka z warzywniaka, co zawsze patrzy jak na złodzieja). Żona mówi, że to obsesja, ale ja jej tłumaczę: „To nie obsesja, to Bestiariusz. Bez niego świat by zginął!”.


Na obiad warzę eliksir Grom – sok z buraka, chili i spirytus z apteczki. Piję jednym haustem, czuję, jak żyły płoną, jakbym mutację przechodził. W pracy, zamiast pisać maile, szkicuję runy ochronne na karteczkach samoprzylepnych. Szef pyta, co to za bazgroły, a ja mu mówię: „To zaklęcie na biesa z drukarki, bo znowu się zacina”. Po pracy biegnę nad staw, bo sąsiad mówił, że widział tam „coś dziwnego”. Biorę siatkę na ryby i słoik z solą – na demony działa jak święcona woda. Znajduję tylko żabę, ale dla mnie to oczywisty wodnik. Rzucam sól, żaba skacze, a ja zapisuję to jako zwycięstwo.


Wieczorem spotykam się z bractwem wiedźmińskim – dwóch kumpli z osiedla i jeden z pracy, co też wierzy w potwory. Siedzimy w altanie, palimy ognisko z patyków i gramy w Gwinta na kartach, które sami narysowaliśmy na tekturze. Stawka: kto przegra, musi iść do opuszczonego domu na końcu ulicy i sprawdzić, czy nie ma tam upiora. Ja przegrywam, ale idę jak prawdziwy wiedźmin – z odwagą i latarką. W domu znajduję tylko stare buty, ale czuję, że to pułapka Dzikiego Gonu. Wracam, opowiadam o walce z cieniem, kumple klaszczą, a żona mówi, że śmierdzę stęchlizną.


Nocą śnię o walce z Eredinem na moście nad Wisłą. Budzę się, łapię za kij od miotły i krzyczę: „Za Ciri!”. Żona zabiera mi poduszkę i zamyka się w drugim pokoju. Rano znowu ruszam na szlak – tym razem do parku, bo tam ponoć widziano wilkołaka. Biorę słoik z czosnkiem i sznurek na pułapki. Wiedźmiństwo to nie fanaberia, to misja. Świat jest pełen potworów, a ja jestem jedynym, który to widzi. Frajerzy myślą, że to bajki, ale ja mam Bestiariusz i amulet. Dam radę.

Pasta o fanatyku wiedźmiństwa na emeryturze​


Mam 65 lat, emeryturę z ZUS-u i wiedźmiński medalion na szyi. Żona mówi: „Darek, czas odpocząć, rzuć te swoje potwory!”. Ale co ona wie o wiedźmińskim fachu? Emerytura to nie koniec, to nowy szlak. Wstaję o 5:00, bo świt to pora na medytację nad Znakami. Siadam na balkonie z herbatą z pokrzywy – eliksir Jaskółka, wersja light, bo wątroba już nie ta. Sąsiedzi z bloku myślą, że oszalałem, kiedy macham laską i szepczę „Igni!” na gołębie. Gołębie to nie ptaki, to przebrane harpie, każdy wiedźmin to wie.


Rano idę na działkę, niby po pomidory, ale tak naprawdę tropię biesa w krzakach malin. Mam tam rozstawione pułapki: sznurki z dzwoneczkami i słoiki z solą na demony. Sąsiad z działki obok pyta, czemu kopię doły, a ja mu mówię: „To na ghula, co mi zżera marchewki”. On się śmieje, ale ja znalazłem ślady – podejrzanie duże odciski butów. Pewnie leszy, bo kto normalny nosi kalosze w rozmiarze 46? Po południu wracam do domu, wyjmuję Bestiariusz – stary segregator, gdzie zapisuję wszystkie potwory z osiedla. Mam już 47 wpisów, w tym utopca z fontanny w parku i południcę z warzywniaka, co zawsze daje zwiędłą sałatę.


Na obiad warzę eliksir Kot – sok z marchwi, imbir i kropelka bimbru od kumpla. Żona krzyczy: „Darek, znowu ten twój napar śmierdzi!”, ale co ona tam wie? To dla sokolego wzroku, bo oczy już nie te. Po obiedzie siadam na ławce przed blokiem z kumplami z bractwa wiedźmińskiego – wszyscy emeryci, każdy z własną laską i amuletem z bazaru. Gramy w Gwinta na kartach z tektury, stawka: kto przegra, musi iść do piwnicy i sprawdzić, czy nie ma tam strzygi. Ja wygrywam, bo znam wszystkie sztuczki Vesemira. Kumpel Franek idzie, wraca blady, mówi, że widział cień. Mówię mu: „To nie cień, to widmo, trzeba sól i srebro”. Franek kiwa głową, zapisuje w swoim Bestiariuszu.


Wieczorem przeglądam stare księgi – pożółkłe wydanie „Sagi o Wiedźminie” i notatki z kontraktów, które robiłem w latach 90. na osiedlowych kotach (myślałem, że to barghesty). Żona mówi, że powinienem grać w szachy albo oglądać telewizję, jak normalny emeryt. Ale szachy to nie questy, a w telewizji same klątwy – wiadomości jak czarna magia. Przed snem medytuję, wyobrażam sobie, że walczę z Dzikim Gonem na parkingu pod Biedronką. Śni mi się Ciri, mówi: „Darek, nie odpuszczaj szlaku”. Budzę się, łapię za laskę, gotów do akcji, ale żona zabiera mi kapcie i każe spać.


Rano znowu ruszam na szlak – do parku, bo tam ponoć widziano wilkołaka. Biorę słoik z czosnkiem i sznurek na pułapki. Emerytura to nie koniec, to nowe kontrakty. Świat wciąż pełen potworów, a ja, stary wiedźmin, mam medalion i doświadczenie. Frajerzy myślą, że to demencja, ale ja wiem: potwory czają się wszędzie, tylko trzeba umieć je wytropić.

Pasta o fanatyku wiedźmińskiego szkolenia​


Budzę się o 4:00, bo prawdziwy wiedźmin nie marnuje świtu. Żona marudzi: „Darek, znowu te twoje wygłupy? Spać nie dajesz!”. Ale co ona wie o Próbie Traw? Wkładam dresy, które wyglądają jak kaftan z Kaer Morhen, i biegnę do parku na trening. Sąsiad z psem patrzy, jak robię przewroty z kijem od szczotki, krzycząc „Znak Aard!”. Myśli, że to joga, a ja ćwiczę odpychanie ghuli. Pies szczeka, sąsiad dzwoni po straż miejską, ale ja już jestem w lesie – tam jest moja sala treningowa. Macham kijem, rzucam kamienie w drzewa, bo Vesemir uczył, że celność to podstawa.


Na śniadanie piję eliksir Wytrzymałości – koktajl z jarmużu, imbiru i odrobiny pieprzu, bo w aptece nie mieli wilczej jagody. Smakuje jak błoto z Velen, ale czuję, jak mięśnie płoną jak po mutacji. Żona mówi, że śmierdzę jak mokry wilk, ale to zapach prawdziwego wiedźmina. W piwnicy mam „salę medytacji” – stary materac i świece z Biedronki. Siedzę tam godzinę, szepcząc runy, które sam wymyśliłem. Sąsiadka z góry puka miotłą w sufit, myśli, że to impreza, a ja tylko wzmacniam ducha przed walką z leszym.


W południe idę na „szkolenie szermiercze” – czyli macham kijem od miotły na podwórku, udając walkę z kikimorą. Dzieciaki z osiedla się śmieją, ale ja im tłumaczę: „To nie zabawa, to sztuka miecza! Geralt by was za to wychłostał”. Po treningu siadam z Bestiariuszem – zeszytem A4, gdzie zapisuję taktyki na potwory. Mam już plan na utopca (sól i latarka w oczy) i na strzygę (czosnek plus okrzyk bojowy). W pracy, zamiast pisać raporty, rysuję schematy Znaku Igni na serwetkach. Szef pyta, co to, a ja mu mówię: „To na biesa z kserokopiarki, bo znowu zżera papier”. Patrzy na mnie jak na wariata, ale co on wie o klątwach?


Po pracy spotykam się z bractwem – trzema kumplami, co też trenują na wiedźminów. Robimy „Próbę Siły” – kto dłużej utrzyma wiadro wody nad głową. Ja wygrywam, bo medytowałem nad Znakiem Quen. Potem gramy w Gwinta na kartach z bloku rysunkowego, stawka: przegrany biegnie sprintem wokół bloku, wyjąc jak wilkołak. Wieczorem warzę eliksir Kot – sok z marchwi z kroplą tabasco. Żona mówi, że zwariowałem, że spali mi żołądek, ale ja czuję, jak oczy widzą w ciemności. Sprawdzam to w piwnicy, szukając śladów ghula. Znajduję tylko starą puszkę, ale dla mnie to dowód na upiora.


Nocą śnię, że Vesemir klepie mnie po ramieniu i mówi: „Darek, jesteś gotów na szlak”. Budzę się, łapię za kij, gotów walczyć z Dzikim Gonem. Żona zabiera mi kołdrę i każe iść spać. Rano znowu trening – biegi po schodach w bloku, bo wiedźmin musi mieć kondycję. Sąsiedzi narzekają, że tupię, ale to nie tupanie, to kroki łowcy potworów. Wiedźmińskie szkolenie to nie hobby, to życie. Frajerzy myślą, że to fanaberia, ale ja wiem: świat pełen jest bestii, a ja będę gotów, kiedy przyjdą.

Pasta o fanatyku wiedźmińskiego polowania​


Zrywam się o 3:30, bo w nocy potwory wychodzą z ukrycia. Żona warczy: „Darek, daj spokój, normalni ludzie śpią o tej porze!”. Ale co ona wie o wiedźmińskim szlaku? Prawdziwy łowca nie śpi, tylko tropi. Zakładam kurtkę moro z lumpeksu – wygląda jak zbroja z Novigradu – i biorę torbę z ekwipunkiem: latarka, słoik soli, szpachelka na trofea i amulet z wilkiem z bazaru. Wychodzę na osiedle, latarnie migoczą, a ja już czuję zapach krwi bestii. Sąsiad z parteru łapie mnie na klatce, pyta, co robię. „Poluję na barghesta, co wyje pod śmietnikiem”, mówię. On myśli, że to żart, ale ja widziałem ślady – podejrzanie duże psie kupy.


W parku robię obchód, szepcząc „Znak Yrden” i sypiąc sól w krzaki. Jakiś biegacz patrzy na mnie jak na wariata, ale co on wie? To nie jogging, to patrol wiedźmiński. Znajduję pióro – dla frajerów to gołębie, dla mnie dowód na harpię. Chowam je do Bestiariusza – starego notesu, gdzie kleję „trofea” i notuję taktyki. Mam już wpis na utopca z kałuży przy garażach i widmo z klatki schodowej (podejrzanie skrzypiące drzwi). Na śniadanie piję eliksir Grom – napar z mięty, cayenne i odrobiny miodu, bo spirytus się skończył. Żona mówi, że śmierdzę jak zielarnia, ale to zapach łowcy, który tropi leszego.


W pracy, zamiast sortować maile, szkicuję mapę „terenu łowieckiego” – czyli osiedla z zaznaczonymi miejscami, gdzie czają się potwory. Szef pyta, czemu się obijam, a ja mu mówię: „Nie obijam się, planuję kontrakt na południcę z recepcji, bo zawsze daje mi złe dokumenty”. Po pracy ruszam na polowanie nad rzekę, bo tam ponoć widziano „coś dużego”. Biorę wędkę, ale nie na ryby – to kamuflaż, żeby straż miejska nie pytała, czemu kręcę się z nożem kuchennym. Rzucam Znak Aard (czyli macham rękami) i sypię sól w wodę. Łapię starą butelkę, ale dla mnie to relikt po wodniku. Zapisuję w Bestiariuszu: „Neutralizowany, brak zagrożenia”.


Wieczorem spotykam się z bractwem – czterema kumplami, co też polują. Siedzimy na ławce, jemy suchary (bo wiedźmin nie traci czasu na gotowanie) i gramy w Gwinta na kartach z zeszytu. Stawka: kto przegra, musi sprawdzić opuszczony garaż na końcu ulicy. Ja przegrywam, idę z latarką, serce wali jak po walce z gryfem. W garażu znajduję tylko pordzewiałą felgę, ale czuję, że to pułapka demona. Wracam, opowiadam o „walce”, kumple biją brawo. Żona mówi, że powinienem iść do lekarza, bo znowu wróciłem ubłocony. Ale co ona wie? To nie błoto, to ślad po kikimorze.


Nocą śnię, że ścigam Eredina przez osiedlowy parking. Budzę się, łapię za szpachelkę i krzyczę: „Za Białego Wilka!”. Żona zabiera mi poduszkę i zamyka się w łazience. Rano znowu na szlak – do lasu za miastem, bo tam ponoć widziano wilkołaka. Biorę czosnek, sznurek i starą puszkę na trofea. Wiedźmińskie polowanie to nie zabawa, to misja. Frajerzy myślą, że to urojenia, ale ja mam Bestiariusz i trop. Potwory są wszędzie, a ja je znajdę.

edit1:
Dodatkowa pasta, o tym jak wszyscy teraz są Geraltami i Ciri, po sukcesie finansowym wiedźmina.

Pasta o fanatykach naśladujących Geralta i Ciri​


Wstaję o świcie, bo prawdziwy wiedźmin nie marnuje dnia. Żona krzyczy: „Darek, znowu ten twój cyrk z mieczem?!”. Ale co ona wie o szlaku? Po sukcesie Geralta i Ciri każdy na osiedlu chce być jak oni. Idę do parku, a tam co? Same klony Białego Wilka i Dziedziczki Starszej Krwi. Każdy łobuz z dzielnicy nosi skórzany płaszcz z lumpa, farbuje włosy na siwo i przyczepia plastikowy miecz z bazaru. „Jestem Geralt z Rivii!”, ryczy Mirek spod monopolowego, machając kijem od miotły. Patrzę na niego – broda z waty, medalion z kapsla, ale warczy jak wilk, jakby naprawdę walczył z Dzikim Gonem.


Na rogu spotykam Kasię, co kiedyś sprzedawała kebaby, a teraz stylizuje się na Ciri. Zielony płaszcz, popielate włosy z farby za dyszkę i szrama na twarzy narysowana eyelinerem. „Mam Starszą Krew!”, krzyczy, teleportując się (czyli skacząc przez płot). Próbuje rzucić Znak Igni, ale tylko przypala sobie rękaw zapałkami. Pytam: „Kasia, co ty robisz?”, a ona: „Trenuję, by być jak Ciri! Novigrad mnie wzywa!”. Novigrad to dla niej bazarek, gdzie handluje szalikami, ale kto jej zabroni marzyć?


W pracy to samo. Szef, który kiedyś tylko wrzeszczał o raporty, teraz chodzi w skórzanej kamizelce i mówi: „Nie ma kontraktów, nie ma orenów”. Myśli, że jest Geraltem, bo doczepił sobie kucyk z peruki. Koleżanka z księgowości, Anka, farbuje włosy na siwo i nosi miecz z tektury. „Jestem Ciri, władczyni czasu!”, ogłasza, spóźniając się na zebranie, bo „teleportowała się przez kserokopiarkę”. Wszyscy w biurze grają w Gwinta na przerwach, tylko karty rysują na karteczkach, bo nikt nie ma oryginałów. Stawka: przegrany musi wyć jak wilkołak pod oknem szefa.


Wieczorem idę na osiedlowy „szlak” – czyli do parku, gdzie bandyci stylizowani na Geralta okupują ławki. Każdy ma pseudonim: Geralt spod Biedry, Geralt z Altany, Geralt od Kebaba. Warczą na siebie, rzucają „Znak Aard” (czyli machają rękami) i chwalą się trofeami – jeden pokazuje puszkę po piwie, mówi, że to łeb utopca. Na placu zabaw Ciri z osiedla, czyli Gosia i jej ekipa, ćwiczą „teleportację” – skaczą po huśtawkach, wrzeszcząc: „Za Starszą Krew!”. Jedna nawet zgubiła telefon, ale twierdzi, że to „ofiara dla przeznaczenia”.


W domu żona mówi, żebym przestał, bo sam zaczynam wyglądać jak Geralt – broda mi urosła, a w piwnicy trzymam „srebrny” miecz (stara szpachelka). Ale co ona wie? Całe osiedle żyje legendą. Nawet sąsiad z góry, 70-letni pan Zdzisiek, nosi pelerynę i nazywa się Vesemirem. Śni mi się, że Eredin atakuje nasz blok, a ja, Darek, prowadzę armię Geraltów i Ciri z osiedla do boju. Budzę się, łapię za szpachelkę i krzyczę: „Za Kaer Morhen!”. Żona zabiera mi kołdrę i zamyka się w kuchni. Mówi, że to szaleństwo, ale ja wiem: świat oszalał na punkcie wiedźminów, a ja jestem jednym z nich. Frajerzy myślą, że to moda, ale to przeznaczenie.
 
Last edited by a moderator:

Guest 3711278

Guest
Archetyp raka w naturze, na przykładzie gier.

Wiedźmin: Rak Świata​


Geralt z Rivii, wiedźmin, profesjonalny morderca potworów, stał przy bramach Toussaint i patrzył, jak świat wokół niego umiera. Nie, nie od plagi, nie od najeźdźców z Północy, ani nawet od szalonych magów. Ten świat umierał od wzrostu.
Pamiętał, jak w pierwszych grach szedł po błotnistych szlakach, zbierał zioła, zabijał utopce za parę orenów i dyskutował z chłopami o pogodzie. To był świat w homeostazie. Nieliczne osady, potwory trzymające się na uboczu, a natura była naturalną siłą, która rządziła wszystkim. Czasem słońce, czasem deszcz, a ludzie po prostu żyli. Homeostaza.
Potem przyszła kolejna gra. Więcej potworów, większy świat, większe questy. Ludzie chcieli więcej. Więcej mieczy, więcej zbroi, więcej fabuły. Geralt musiał podkręcać tempo, bo potwory stawały się silniejsze, a i on sam musiał rosnąć w siłę, żeby utrzymać się w grze. Ludzie chcieli więcej, deweloperzy chcieli więcej, korporacje chciały większych zysków.
A w końcu nadszedł ten moment. Geralt, już na poziomie 999, z mieczem wykutym z kosmicznego gówna, patrzył na Toussaint, które rozrosło się w betonową dżunglę. Wszędzie reklamowano magiczne napoje, w tle słychać było dzwonki powiadomień o nowych DLC. Wzrost. Nie ma już utopców, są tylko utopce w wersji "ultra-premium-boss-battle". Nie ma już chłopa, jest NPC z trzydziestoma questami pobocznymi, z których każdy jest identyczny, ale ma inną nagrodę. Bo wzrost nie ma końca.
Geralt stanął przed wielką tablicą i zobaczył napis: "Sprzedaj swoją duszę, by kupić nowy miecz 'Demoniczne Ostrze Wiecznego Wzrostu', teraz w ofercie limitowanej". To była ostatnia deska ratunku. Wiedział, że nie może już wrócić do tego starego świata. Został wciągnięty w spiralę wzrostu.
I wtedy Geralt zrozumiał. Nie jest już wiedźminem. Nie jest obrońcą ludzi. Jest rakiem na tkance świata. Jego misja stała się misją bez sensu, a jego życie stało się ciągłym gonieniem za czymś, co nigdy się nie skończy. A kiedy on rósł w siłę, świat umierał. Toussaint przestało być sielską krainą, a stało się korporacyjną machiną, która pożera wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej pazurów.
Geralt, zmęczony, upuścił swój legendarny miecz i patrzył, jak miasto zamienia się w pustynię. Wiedział, że jest za późno. Bo rak nie umiera, dopóki nie zabije organizmu, który go żywi. I właśnie to się stało. Gra skończyła się, ale to, co zostało, to pusta, wyczerpana ziemia. A Geralt, rak na jej ciele, umarł razem z nią. Koniec gry.
Pojawił się napis: "Dziękujemy za grę. Wkrótce Wiedźmin 4: Homeostaza, z otwartym światem, w którym nie ma co robić, bo jest za dużo harmonii. Już wkrótce w sklepie za 120 zł, a po 2 tygodniach przecena na 30 zł".
Geralt wydał z siebie krótki, gorzki śmiech.

 
Top Bottom