Chciałbym żebyśmy wrzucali i oceniali tutaj nasze nowelki i opowiadania fanfici ze świata growego i książkowego wieśka, nawet z AI, ale żeby to było fajne, i było co czytać a czym się nie znudzić. To ja zacznę...
===
„Wieczór w Corvo Bianco”
„Targ Przypraw”
„Uczta przy winorośli”
„Muza pod winoroślą”
„Mahakamska rozmowa”
„Karocą przez Toussaint”
„Retrospekcja pod winem”
Epilog: „List z drogi”
„Uczta pod gwiazdami”
Na razie to tyle, może coś pomyślimy później =) .
===
„Wieczór w Corvo Bianco”
Minęły trzy lata od tamtej sprawy z Detlaffem. Od czasu, gdy Toussaint o mało nie utonęło we krwi, a Geralt po raz kolejny spojrzał śmierci w oczy – i po raz pierwszy od dawna zdecydował, że czas z nią nie igrać.
Dzień był słoneczny, jak niemal każdy w tym rajskim zakątku świata. Nad winnicą unosił się delikatny aromat dojrzewających gron. Corvo Bianco – niegdyś zapomniana posiadłość – dziś tętniła spokojem, śmiechem i zapachem przypraw.
Geralt siedział na drewnianej ławce przed domem, z kielichem rubinowego wina, które sam nazwał Biały Wilk. Obok niego – Yennefer, czarna jak noc, ale dziś jakby cieplejsza, bardziej obecna. Ubrana nie w aksamit czy koronkę, a prostą lnianą suknię, z ziołowym bukietem na kolanach. Wciąż potrafiła patrzeć tak, że wiedźmin zapominał o całym świecie.
— Wiesz, Geralt — powiedziała z uśmiechem, który znał tylko on — nigdy nie myślałam, że będę szczęśliwa w miejscu, gdzie jedynym dźwiękiem są brzęczące pszczoły i pogaduszki służby.
— A ja nigdy nie myślałem, że będę uprawiał winorośl. — Geralt pociągnął łyk wina. — Ale szczerze? Pasuje mi to.
Z wnętrza domu dobiegł ich głos Barnaby Bazylego:
— Panie Geralcie! Pani Malena prosi o opinię w sprawie wyboru szafranu! Twierdzi, że ze Serekanie smakuje zbyt... wyraziście!
Malena, niegdyś zaklęta w potwora, teraz była mistrzynią kuchni. Choć czasem przeginała z tymi przyprawami, to jej dania sprawiały, że nawet stary wiedźmin czekał z niecierpliwością na kolację. Geralt wstał powoli, poprawił pas i spojrzał na Yennefer z uśmiechem.
— Idę ratować kuchnię. Chcesz iść ze mną?
— Tylko jeśli później zjesz to, co wybierzesz — zaśmiała się czarodziejka.
W kuchni pachniało intensywnie – gałka muszkatołowa, tymianek, goździki. Malena stała z rozczochranym koczkiem na głowie i dwoma woreczkami szafranu w dłoniach.
— No, panie Geralt. Ten z Zangwebaru czy z Vicovaro?
Wiedźmin powąchał oba.
— Ten z Vicovaro. Łagodniejszy. Dzisiaj ma być spokojnie, nie ostro.
— Jak pan każe, panie Geralt! — Uśmiechnęła się i zabrała do roboty.
Wieczór zapadł powoli, z delikatnością typową dla Toussaint. Stół ustawiono na dziedzińcu, pod winoroślą. Barnaba Bazyli, z wyprostowanymi plecami, nalewał wino do kielichów służby i gości. Była i Malena, i stajenny Hugo, i stara pokojówka Lieta. Wszyscy razem – jak rodzina.
Geralt zasiadł obok Yennefer. Jedli, śmiali się, wspominali. Bez potworów, bez klątw, bez krwi.
W pewnym momencie Yennefer odwróciła się do niego i powiedziała cicho:
— Myślisz, że to potrwa?
Geralt spojrzał w niebo, gdzie pierwsze gwiazdy rozświetlały granat.
— Nie wiem. Ale jeśli nie... to choć przez chwilę było idealnie.
Yennefer ujęła jego dłoń i przez chwilę żadne z nich nie musiało już być nikim więcej — tylko sobą.
===
Dzień był słoneczny, jak niemal każdy w tym rajskim zakątku świata. Nad winnicą unosił się delikatny aromat dojrzewających gron. Corvo Bianco – niegdyś zapomniana posiadłość – dziś tętniła spokojem, śmiechem i zapachem przypraw.
Geralt siedział na drewnianej ławce przed domem, z kielichem rubinowego wina, które sam nazwał Biały Wilk. Obok niego – Yennefer, czarna jak noc, ale dziś jakby cieplejsza, bardziej obecna. Ubrana nie w aksamit czy koronkę, a prostą lnianą suknię, z ziołowym bukietem na kolanach. Wciąż potrafiła patrzeć tak, że wiedźmin zapominał o całym świecie.
— Wiesz, Geralt — powiedziała z uśmiechem, który znał tylko on — nigdy nie myślałam, że będę szczęśliwa w miejscu, gdzie jedynym dźwiękiem są brzęczące pszczoły i pogaduszki służby.
— A ja nigdy nie myślałem, że będę uprawiał winorośl. — Geralt pociągnął łyk wina. — Ale szczerze? Pasuje mi to.
Z wnętrza domu dobiegł ich głos Barnaby Bazylego:
— Panie Geralcie! Pani Malena prosi o opinię w sprawie wyboru szafranu! Twierdzi, że ze Serekanie smakuje zbyt... wyraziście!
Malena, niegdyś zaklęta w potwora, teraz była mistrzynią kuchni. Choć czasem przeginała z tymi przyprawami, to jej dania sprawiały, że nawet stary wiedźmin czekał z niecierpliwością na kolację. Geralt wstał powoli, poprawił pas i spojrzał na Yennefer z uśmiechem.
— Idę ratować kuchnię. Chcesz iść ze mną?
— Tylko jeśli później zjesz to, co wybierzesz — zaśmiała się czarodziejka.
W kuchni pachniało intensywnie – gałka muszkatołowa, tymianek, goździki. Malena stała z rozczochranym koczkiem na głowie i dwoma woreczkami szafranu w dłoniach.
— No, panie Geralt. Ten z Zangwebaru czy z Vicovaro?
Wiedźmin powąchał oba.
— Ten z Vicovaro. Łagodniejszy. Dzisiaj ma być spokojnie, nie ostro.
— Jak pan każe, panie Geralt! — Uśmiechnęła się i zabrała do roboty.
Wieczór zapadł powoli, z delikatnością typową dla Toussaint. Stół ustawiono na dziedzińcu, pod winoroślą. Barnaba Bazyli, z wyprostowanymi plecami, nalewał wino do kielichów służby i gości. Była i Malena, i stajenny Hugo, i stara pokojówka Lieta. Wszyscy razem – jak rodzina.
Geralt zasiadł obok Yennefer. Jedli, śmiali się, wspominali. Bez potworów, bez klątw, bez krwi.
W pewnym momencie Yennefer odwróciła się do niego i powiedziała cicho:
— Myślisz, że to potrwa?
Geralt spojrzał w niebo, gdzie pierwsze gwiazdy rozświetlały granat.
— Nie wiem. Ale jeśli nie... to choć przez chwilę było idealnie.
Yennefer ujęła jego dłoń i przez chwilę żadne z nich nie musiało już być nikim więcej — tylko sobą.
===
„Targ Przypraw”
Nazajutrz po uczcie Geralt zszedł do kuchni wcześnie. Nie z powodu bezsenności – po prostu słońce w Toussaint wstawało jakby szybciej. Malena krzątała się przy półkach, układając słoiczki z zielem arcydzięgla, koperkiem i czymś, co wyglądało podejrzanie jak suszone szczurze ogony.
— Spokojnego poranka — powiedział Geralt, siadając na stołku.
— Spokojny był do momentu, aż odkryłam, że skończył się pieprz biały! — zawołała dramatycznie Malena, pokazując pustą fiolkę. — I do kolacji ani ziarnka szafranu, a bez tego mój kurczak à la Toussaint smakuje jak... jak gotowany but!
— Kiedy ostatnio jadłaś buta? — zapytał Geralt z uniesioną brwią.
— Nie muszę jeść, żeby wiedzieć, że coś jest paskudne — odburknęła. — Musimy jechać na targ, i to już.
Corvo Bianco miało do targowiska w Castel Ravello niecałą godzinę końmi. Geralt niechętnie opuszczał posiadłość, ale była w tym coś przyjemnego – nie w jeździe, a w poczuciu, że teraz jego wyprawy to już nie walka o życie, a o... przyprawy.
Malena usiadła obok niego w wozie zaprzężonym w dwa czarne konie, które Geralt kupił od emerytowanego rycerza. Miały imiona „Cień” i „Pufek” – domyślnie jedno jego, drugie Yennefer.
— Nie sądziłam, że wrócę do miasta jako człowiek, a nie... monstrum — powiedziała Malena, patrząc na mijane pola słoneczników.
— Dobrze ci w tej roli. — Geralt zerknął na nią z boku. — Choć w kuchni też potrafisz być potworem.
Parsknęła śmiechem.
Targ przypraw był jak kolorowy kalejdoskop: czerwienie papryki, złoto kurkumy, brązy cynamonu, fiolety suszonej lawendy. W powietrzu unosił się zapach korzenny, słodki i pikantny jednocześnie. Krzyki handlarzy mieszały się z muzyką lutni i dźwiękiem garnków.
— Patrz, Geralt, cynamon z Ophiru! — Malena wskazała mały stragan. — Ale nie daj się nabrać, jak mówią "czysty", to zwykle mieszają z korą z drzew z lasów Temerii.
Geralt rozglądał się, czując na sobie spojrzenia. Niektórzy poznawali go – Biały Wilk, ten od potwora pod Beauclair, ten od księżnej. Ale już nikt nie podchodził. Może z szacunku, a może z obawy, że wiedźminowi nie wypada przeszkadzać przy... wybieraniu pieprzu.
Wreszcie zatrzymali się przy starym handlarzu z czapką z pawich piór.
— Szukam szafranu z Vicovaro. Nie podróbki. — Malena mówiła tonem znawczyni, prawie groźnym.
Starzec uśmiechnął się bez zębów.
— Dla takiej kucharki? Tylko najlepszy!
Wręczył jej malutką fiolkę, a Geralt rzucił kilka monet. Pachniał dobrze. Autentycznie.
— Masz nosa — przyznał. — Mógłbyś zostać degustatorem.
— Już jestem — odparł wiedźmin. — Żyję z tego, że wyczuwam, co się psuje, zanim to kogoś zabije.
Wracając do Corvo Bianco, Geralt milczał, prowadząc wóz. Malena trzymała koszyk wypełniony paczuszkami, a wokół nich unosił się aromat przyszłej uczty.
— Życie się zmienia, prawda? — mruknęła cicho. — Kiedyś byłam przeklęta, a dziś kupuję anyż i szałwię z wiedźminem.
— A ja kiedyś ścinałem głowy upirom. Teraz wybieram między czarnym a zielonym kardamonem. — Uśmiechnął się pod nosem. — I wiesz co? Nie zamieniłbym tego na nic innego.
Malena spojrzała w niebo.
— Ja też nie.
===
— Spokojnego poranka — powiedział Geralt, siadając na stołku.
— Spokojny był do momentu, aż odkryłam, że skończył się pieprz biały! — zawołała dramatycznie Malena, pokazując pustą fiolkę. — I do kolacji ani ziarnka szafranu, a bez tego mój kurczak à la Toussaint smakuje jak... jak gotowany but!
— Kiedy ostatnio jadłaś buta? — zapytał Geralt z uniesioną brwią.
— Nie muszę jeść, żeby wiedzieć, że coś jest paskudne — odburknęła. — Musimy jechać na targ, i to już.
Corvo Bianco miało do targowiska w Castel Ravello niecałą godzinę końmi. Geralt niechętnie opuszczał posiadłość, ale była w tym coś przyjemnego – nie w jeździe, a w poczuciu, że teraz jego wyprawy to już nie walka o życie, a o... przyprawy.
Malena usiadła obok niego w wozie zaprzężonym w dwa czarne konie, które Geralt kupił od emerytowanego rycerza. Miały imiona „Cień” i „Pufek” – domyślnie jedno jego, drugie Yennefer.
— Nie sądziłam, że wrócę do miasta jako człowiek, a nie... monstrum — powiedziała Malena, patrząc na mijane pola słoneczników.
— Dobrze ci w tej roli. — Geralt zerknął na nią z boku. — Choć w kuchni też potrafisz być potworem.
Parsknęła śmiechem.
Targ przypraw był jak kolorowy kalejdoskop: czerwienie papryki, złoto kurkumy, brązy cynamonu, fiolety suszonej lawendy. W powietrzu unosił się zapach korzenny, słodki i pikantny jednocześnie. Krzyki handlarzy mieszały się z muzyką lutni i dźwiękiem garnków.
— Patrz, Geralt, cynamon z Ophiru! — Malena wskazała mały stragan. — Ale nie daj się nabrać, jak mówią "czysty", to zwykle mieszają z korą z drzew z lasów Temerii.
Geralt rozglądał się, czując na sobie spojrzenia. Niektórzy poznawali go – Biały Wilk, ten od potwora pod Beauclair, ten od księżnej. Ale już nikt nie podchodził. Może z szacunku, a może z obawy, że wiedźminowi nie wypada przeszkadzać przy... wybieraniu pieprzu.
Wreszcie zatrzymali się przy starym handlarzu z czapką z pawich piór.
— Szukam szafranu z Vicovaro. Nie podróbki. — Malena mówiła tonem znawczyni, prawie groźnym.
Starzec uśmiechnął się bez zębów.
— Dla takiej kucharki? Tylko najlepszy!
Wręczył jej malutką fiolkę, a Geralt rzucił kilka monet. Pachniał dobrze. Autentycznie.
— Masz nosa — przyznał. — Mógłbyś zostać degustatorem.
— Już jestem — odparł wiedźmin. — Żyję z tego, że wyczuwam, co się psuje, zanim to kogoś zabije.
Wracając do Corvo Bianco, Geralt milczał, prowadząc wóz. Malena trzymała koszyk wypełniony paczuszkami, a wokół nich unosił się aromat przyszłej uczty.
— Życie się zmienia, prawda? — mruknęła cicho. — Kiedyś byłam przeklęta, a dziś kupuję anyż i szałwię z wiedźminem.
— A ja kiedyś ścinałem głowy upirom. Teraz wybieram między czarnym a zielonym kardamonem. — Uśmiechnął się pod nosem. — I wiesz co? Nie zamieniłbym tego na nic innego.
Malena spojrzała w niebo.
— Ja też nie.
===
„Uczta przy winorośli”
Wieczór był ciepły i pełen zapowiedzi czegoś wyjątkowego. Na dziedzińcu Corvo Bianco pachniało ziołami i pieczonym mięsem. Winorośl otulała pergolę cieniem, a światło lampionów migotało, jakby w takt dźwięków lutni. Kolacja była gotowa – a goście w drodze.
Geralt przystanął przy stole, poprawiając kielichy i przemykając wzrokiem po kuchni. Malena krzątała się z werwą generała szykującego ofensywę — choć w jej wojnie bronią była bazylia, a ofiarami kacze uda w miodowej glazurze.
— Jeszcze tylko chwila i wszystko będzie idealne — mruknęła, doprawiając zupę z raków.
Yennefer, ubrana w ciemnofioletową suknię, dyskretnie poprawiła pukiel włosów. Nawet jeśli udawała, że to tylko nieformalne spotkanie, nie był to wieczór bez znaczenia. Przyjaciele z Novigradu przyjeżdżali rzadko – za rzadko.
Na dziedziniec wjechał powóz, z którego najpierw wyskoczył Jaskier – jak zawsze ubrany zbyt kolorowo, z lirą przewieszoną przez ramię.
— Geralcie! Mój ukochany wilku z południa! Jak pachnie! Jak tu pięknie! Jakie światło! A to zapach ziół czy... miłości?
— To szałwia i rozmaryn — odparł Geralt, obejmując go niedbale. — Choć miłości też nie brakuje.
Za Jaskierem wyszła Priscilla, uśmiechnięta i delikatna, z małym podróżnym notesikiem w dłoni. Zoltan, który z wozu wysiadł bardziej jak spadający worek cebuli niż gość, zaraz potem rzucił się do Geraltowego uścisku z typowym dla siebie szorstkim ciepłem.
— No, Biały Wilku, nie myślałem, że kiedyś przywita mnie własnym winem, a nie zapachem martwego kikimora. — Roześmiał się gromko. — Przyznaję: wolę tę wersję!
Za nimi wysiadła jeszcze jedna para – Vimme Vivaldi, krasnoludzki bankier, który przyjaźnił się z Zoltanem, i młoda elfka-bardka o imieniu Lirien, którą Jaskier "tymczasowo mentorował".
— Wszystkich was pomieścimy? — zapytał Geralt z nutą niedowierzania.
— A co, twoje beczki mają ograniczoną pojemność? — mruknął Zoltan, wskazując na wino. — Przywiozłem własną zakąskę. Sól z Mahakamu i chrzan. Do sera idealna!
Kolacja rozlała się nad nocą jak wino w kielichach. Śmiech niósł się po winnicy, światło lampionów odbijało się w kielichach, a Priscilla śpiewała cicho stary balladowy refren o wilku i czarodziejce, aż Malena wyjęła chusteczkę.
Barnaba Bazyli pełnił dziś rolę nie tylko majordomusa, ale i mistrza ceremonii — z pełnym gracją akcentem ogłaszał kolejne dania i czuwał, by kielichy nie pozostały puste.
— Kaczka w ziołach królewskich, podana na duszonych figach — ogłosił z dumą. — Oraz wybór serów regionalnych z... wybaczcie państwo, „intensywną duszą”.
Geralt siedział z kielichem Białego Wilka, patrząc na wszystkich. Świat, który znał — pełen mieczy, dymu i potworów — był daleko. Tutaj były tylko ludzkie głosy, zapach jedzenia, żar lampionów i twarze, które przetrwały wszystko.
Jaskier pochylił się i szepnął:
— Napisałem nową balladę. O wiedźminie, który znalazł swoje miejsce między winem a kobietą z oczami jak burza.
— Pamiętaj tylko, żeby nie wspominać o tym, jak prawie utopiłeś się w beczce w Oxenfurcie — rzucił Zoltan z końca stołu.
— To było artystyczne zanurzenie! — odparł Jaskier.
Wszyscy wybuchli śmiechem.
Później, gdy goście już rozproszyli się po ogrodzie, a muzyka cichła, Geralt i Yennefer zostali sami pod winoroślą. Patrzyli w niebo, gdzie gwiazdy świeciły jasno, jakby błogosławiły ten mały świat pełen spokoju i miłości.
— Myślisz, że wszyscy będą dobrze spać? — zapytała Yennefer.
— Jeśli nie przeszkodzi im chrapanie Zoltana, to tak.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się. Już nie musieli nic mówić. Wiedzieli.
===
Geralt przystanął przy stole, poprawiając kielichy i przemykając wzrokiem po kuchni. Malena krzątała się z werwą generała szykującego ofensywę — choć w jej wojnie bronią była bazylia, a ofiarami kacze uda w miodowej glazurze.
— Jeszcze tylko chwila i wszystko będzie idealne — mruknęła, doprawiając zupę z raków.
Yennefer, ubrana w ciemnofioletową suknię, dyskretnie poprawiła pukiel włosów. Nawet jeśli udawała, że to tylko nieformalne spotkanie, nie był to wieczór bez znaczenia. Przyjaciele z Novigradu przyjeżdżali rzadko – za rzadko.
Na dziedziniec wjechał powóz, z którego najpierw wyskoczył Jaskier – jak zawsze ubrany zbyt kolorowo, z lirą przewieszoną przez ramię.
— Geralcie! Mój ukochany wilku z południa! Jak pachnie! Jak tu pięknie! Jakie światło! A to zapach ziół czy... miłości?
— To szałwia i rozmaryn — odparł Geralt, obejmując go niedbale. — Choć miłości też nie brakuje.
Za Jaskierem wyszła Priscilla, uśmiechnięta i delikatna, z małym podróżnym notesikiem w dłoni. Zoltan, który z wozu wysiadł bardziej jak spadający worek cebuli niż gość, zaraz potem rzucił się do Geraltowego uścisku z typowym dla siebie szorstkim ciepłem.
— No, Biały Wilku, nie myślałem, że kiedyś przywita mnie własnym winem, a nie zapachem martwego kikimora. — Roześmiał się gromko. — Przyznaję: wolę tę wersję!
Za nimi wysiadła jeszcze jedna para – Vimme Vivaldi, krasnoludzki bankier, który przyjaźnił się z Zoltanem, i młoda elfka-bardka o imieniu Lirien, którą Jaskier "tymczasowo mentorował".
— Wszystkich was pomieścimy? — zapytał Geralt z nutą niedowierzania.
— A co, twoje beczki mają ograniczoną pojemność? — mruknął Zoltan, wskazując na wino. — Przywiozłem własną zakąskę. Sól z Mahakamu i chrzan. Do sera idealna!
Kolacja rozlała się nad nocą jak wino w kielichach. Śmiech niósł się po winnicy, światło lampionów odbijało się w kielichach, a Priscilla śpiewała cicho stary balladowy refren o wilku i czarodziejce, aż Malena wyjęła chusteczkę.
Barnaba Bazyli pełnił dziś rolę nie tylko majordomusa, ale i mistrza ceremonii — z pełnym gracją akcentem ogłaszał kolejne dania i czuwał, by kielichy nie pozostały puste.
— Kaczka w ziołach królewskich, podana na duszonych figach — ogłosił z dumą. — Oraz wybór serów regionalnych z... wybaczcie państwo, „intensywną duszą”.
Geralt siedział z kielichem Białego Wilka, patrząc na wszystkich. Świat, który znał — pełen mieczy, dymu i potworów — był daleko. Tutaj były tylko ludzkie głosy, zapach jedzenia, żar lampionów i twarze, które przetrwały wszystko.
Jaskier pochylił się i szepnął:
— Napisałem nową balladę. O wiedźminie, który znalazł swoje miejsce między winem a kobietą z oczami jak burza.
— Pamiętaj tylko, żeby nie wspominać o tym, jak prawie utopiłeś się w beczce w Oxenfurcie — rzucił Zoltan z końca stołu.
— To było artystyczne zanurzenie! — odparł Jaskier.
Wszyscy wybuchli śmiechem.
Później, gdy goście już rozproszyli się po ogrodzie, a muzyka cichła, Geralt i Yennefer zostali sami pod winoroślą. Patrzyli w niebo, gdzie gwiazdy świeciły jasno, jakby błogosławiły ten mały świat pełen spokoju i miłości.
— Myślisz, że wszyscy będą dobrze spać? — zapytała Yennefer.
— Jeśli nie przeszkodzi im chrapanie Zoltana, to tak.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się. Już nie musieli nic mówić. Wiedzieli.
===
„Muza pod winoroślą”
Poranek po uczcie w Corvo Bianco był cichy... na tyle, na ile może być cichy, gdy Zoltan chrapie jak katapulta, a Lirien stroi lutnię już o świcie. Geralt wstał wcześnie — jak zawsze — i przeszedł się po ogrodzie z kubkiem mocnej kawy, czując jeszcze aromat ziół z wczorajszej kolacji.
Na ławce przy fontannie siedział Jaskier, opatulony w zbyt długi szlafrok (wzięty, sądząc po haftach, z garderoby Yennefer), z notesem na kolanach i lirą u boku. Twarz miał zaspana, włosy w nieładzie, ale spojrzenie... artystyczne. Czyli puste i dramatyczne zarazem.
— Siedem strof, trzy metafory i żadnego sensu... — mruczał do siebie. — Ach, jakże kruche są moje wersy w tym ogrodzie szczęścia...
— Co robisz? — zapytał Geralt, podchodząc.
— Cierpię — odparł Jaskier, zerkając znad notatnika. — Próbuję napisać balladę o... no, o tym wszystkim. O spokoju, który aż boli. O miejscu, gdzie wilk odłożył miecz, a czarodziejka nauczyła się śmiać bez cynizmu. Ale wszystko wychodzi... ckliwe.
— Może dlatego, że wreszcie nie musisz dramatyzować?
— Ale ja żyję dramatem! — jęknął bard. — Spokój mnie paraliżuje! Tu nawet ptaki śpiewają jakby bardziej melodyjnie niż w Novigradzie. Jak mam pisać o tragedii, jeśli jedyna tragedia to brak odpowiednio dojrzałego figowca do drugiej zwrotki?
Geralt usiadł obok.
— Nie musisz pisać o tragedii. Napisz o tym, że jesteśmy jeszcze tu. Że nie wszystko się kończy krwią i żalem.
— Brzmi... rozsądnie. — Jaskier zrobił minę, jakby właśnie zaproponowano mu dietę. — Ale może masz rację.
Z fontanny plusnął strumień wody, a słońce zaczęło grzać mocniej. Barnaba Bazyli pojawił się z tacą i dwoma kielichami soku winogronowego.
— Dla panów artystów i kontemplujących. Proszę nie oblać notesu, panie Jaskierze, bo atrament z Toussaint kosztuje tyle, co buty z Novigradu.
— Ach, Barnabo, tyś natchnienie moje! — Jaskier podniósł kielich jakby w toaście. — Może to ty jesteś moją nową muzą?
— Obym nie był — mruknął majordomus, odchodząc z godnością.
Geralt uśmiechnął się pod nosem. Przez chwilę zapadła cisza. Jaskier pogładził kartki notesu i zaczął pisać:
— I jak? — zapytał po chwili.
— Nieźle. — Geralt dopił sok. — Choć moim zdaniem za dużo rymów, za mało konkretu.
— Ty nigdy nie byłeś fanem poezji — parsknął bard. — Ale dziękuję. Może wreszcie napiszę coś... prawdziwego.
— Byle nie o moim szlafroku — rzuciła z ganku Yennefer, która właśnie się pojawiła, z filiżanką kawy w ręku. — Bo wtedy przemienię twoje struny w węże.
Jaskier zbladł.
— Nigdy, droga Yennefer. Twoje... gustowne hafty zostaną między nami.
Geralt wstał, gotów ruszyć do obowiązków. Winorośl nie ścinała się sama, a Malena już pewnie szykowała listę na kolejny targ. Spojrzał jeszcze raz na Jaskra i powiedział:
— Nie pisz o tym, że wiedźmini nie mają serca. Napisz, że kiedy już znajdą spokój — potrafią go docenić.
Jaskier spojrzał za nim, przez chwilę w zadumie. A potem zapisał w notesie jedno zdanie:
===
Na ławce przy fontannie siedział Jaskier, opatulony w zbyt długi szlafrok (wzięty, sądząc po haftach, z garderoby Yennefer), z notesem na kolanach i lirą u boku. Twarz miał zaspana, włosy w nieładzie, ale spojrzenie... artystyczne. Czyli puste i dramatyczne zarazem.
— Siedem strof, trzy metafory i żadnego sensu... — mruczał do siebie. — Ach, jakże kruche są moje wersy w tym ogrodzie szczęścia...
— Co robisz? — zapytał Geralt, podchodząc.
— Cierpię — odparł Jaskier, zerkając znad notatnika. — Próbuję napisać balladę o... no, o tym wszystkim. O spokoju, który aż boli. O miejscu, gdzie wilk odłożył miecz, a czarodziejka nauczyła się śmiać bez cynizmu. Ale wszystko wychodzi... ckliwe.
— Może dlatego, że wreszcie nie musisz dramatyzować?
— Ale ja żyję dramatem! — jęknął bard. — Spokój mnie paraliżuje! Tu nawet ptaki śpiewają jakby bardziej melodyjnie niż w Novigradzie. Jak mam pisać o tragedii, jeśli jedyna tragedia to brak odpowiednio dojrzałego figowca do drugiej zwrotki?
Geralt usiadł obok.
— Nie musisz pisać o tragedii. Napisz o tym, że jesteśmy jeszcze tu. Że nie wszystko się kończy krwią i żalem.
— Brzmi... rozsądnie. — Jaskier zrobił minę, jakby właśnie zaproponowano mu dietę. — Ale może masz rację.
Z fontanny plusnął strumień wody, a słońce zaczęło grzać mocniej. Barnaba Bazyli pojawił się z tacą i dwoma kielichami soku winogronowego.
— Dla panów artystów i kontemplujących. Proszę nie oblać notesu, panie Jaskierze, bo atrament z Toussaint kosztuje tyle, co buty z Novigradu.
— Ach, Barnabo, tyś natchnienie moje! — Jaskier podniósł kielich jakby w toaście. — Może to ty jesteś moją nową muzą?
— Obym nie był — mruknął majordomus, odchodząc z godnością.
Geralt uśmiechnął się pod nosem. Przez chwilę zapadła cisza. Jaskier pogładził kartki notesu i zaczął pisać:
Nie każdy wilk musi wiecznie gnać,
Nie każda pieśń to pieśń o śmierci.
Gdy winem życie zacznie smak —
To znak, że serce znowu wierzy.
— I jak? — zapytał po chwili.
— Nieźle. — Geralt dopił sok. — Choć moim zdaniem za dużo rymów, za mało konkretu.
— Ty nigdy nie byłeś fanem poezji — parsknął bard. — Ale dziękuję. Może wreszcie napiszę coś... prawdziwego.
— Byle nie o moim szlafroku — rzuciła z ganku Yennefer, która właśnie się pojawiła, z filiżanką kawy w ręku. — Bo wtedy przemienię twoje struny w węże.
Jaskier zbladł.
— Nigdy, droga Yennefer. Twoje... gustowne hafty zostaną między nami.
Geralt wstał, gotów ruszyć do obowiązków. Winorośl nie ścinała się sama, a Malena już pewnie szykowała listę na kolejny targ. Spojrzał jeszcze raz na Jaskra i powiedział:
— Nie pisz o tym, że wiedźmini nie mają serca. Napisz, że kiedy już znajdą spokój — potrafią go docenić.
Jaskier spojrzał za nim, przez chwilę w zadumie. A potem zapisał w notesie jedno zdanie:
Bo nawet wilk zasługuje na gniazdo.
===
„Mahakamska rozmowa”
Wieczór zapadł nad Corvo Bianco cicho, jakby zmęczony wczorajszą ucztą. Goście rozeszli się po pokojach, Priscilla grała jeszcze cicho w salonie z Lirien, a Jaskier próbował bezskutecznie przekonać Barnabę Bazyla, by ten pozwolił mu „dla sztuki” przespać się w piwnicy, wśród beczek.
Geralt siedział na ławie przed winnicą, z butelką Gwiazd Mahakamu i dwiema cynowymi czarkami. Obok z ciężkim sapnięciem usiadł Zoltan, niosąc coś zawiniętego w płócienny worek.
— Przyniosłem śledzie — oznajmił z dumą. — Suszone, z cebulką. Idealne do tej waszej elfiej śliwowicy.
— To nie śliwowica, to mahakamski trunek z beczki numer cztery. Sam wybrałeś.
— Prawda — burknął Zoltan. — Ale nazwa brzmi zbyt dumnie, żeby nie przesadzić.
Geralt nalał po czarce. Zabrzęczało jak braterstwo.
— Za spokój — powiedział.
— Za to, że żyjemy.
Stuknęli się nisko i wypili. Mahakamska „czwórka” grzała aż do kości, ale była aksamitna, głęboka, jak dobre wspomnienie.
— Wiesz... — zaczął Zoltan, wycierając brodę. — Myślałem kiedyś, że cię nie przeżyję. Albo że sam padnę gdzieś w kanałach Novigradu, jak ostatni dureń. A teraz? Ty prowadzisz winnicę. Ja handluję gęsim smalcem i rzeźbami trolli. I powiem ci, cholernie mi z tym dobrze.
— Świat się zmienia. — Geralt spojrzał na rzędy winorośli, które znikały w półmroku. — Kiedyś liczyłem, ile głów potworów ściąłem. Teraz liczę, ile gron trzeba, by zapełnić beczkę.
— Mnie tam zawsze było wszystko jedno, co tnę, póki dobrze zapłacą — Zoltan chwycił śledzia i gryzł z zadowoleniem. — Ale ty? Ty się zmieniłeś, Wilczurze.
— Nie jestem już wiedźminem. Nie do końca.
— Gówno prawda. — Zoltan popatrzył na niego z przekąsem. — Wciąż masz ten wzrok. To spojrzenie kogoś, kto widzi więcej niż powinien. Tylko teraz patrzysz nie po to, by zabić, ale żeby zrozumieć. I to dobrze.
Geralt milczał chwilę.
— Chyba... po raz pierwszy od dawna nie czuję, że muszę gdzieś być. Po prostu jestem. Tu.
Zoltan nalał kolejną porcję trunku. Oparli się plecami o mur winnicy i patrzyli w niebo, gdzie zaczęły migotać pierwsze gwiazdy. Pachniało lawendą i dymem z kuchni.
— Kiedyś myślałem, że umrzemy wszyscy młodo — powiedział krasnolud. — Ale jak tak na to patrzę... Może nie trzeba było być bohaterem, żeby dobrze żyć.
— Może wystarczyło przeżyć — dodał Geralt.
Zapadła cisza. Potem Zoltan odchrząknął, sięgnął do płóciennego worka i wyciągnął niewielką butelkę z ciemnego szkła.
— Mahakamska gorzała. Dziesięcioletnia. Na wyjątkowe okazje.
— I to jest taka?
Zoltan spojrzał na Geralta z powagą.
— Jeśli dwóch starych drani, co przetrwali smoki, wiedźmy i polityków, siedzi sobie spokojnie, pijąc pod gwiazdami... to nie wiem, co może być bardziej wyjątkowe.
Uśmiechnęli się do siebie. Potem pili. Nie na umór — po prostu tak, jak piją przyjaciele, którzy nie muszą już nic udowadniać.
===
Geralt siedział na ławie przed winnicą, z butelką Gwiazd Mahakamu i dwiema cynowymi czarkami. Obok z ciężkim sapnięciem usiadł Zoltan, niosąc coś zawiniętego w płócienny worek.
— Przyniosłem śledzie — oznajmił z dumą. — Suszone, z cebulką. Idealne do tej waszej elfiej śliwowicy.
— To nie śliwowica, to mahakamski trunek z beczki numer cztery. Sam wybrałeś.
— Prawda — burknął Zoltan. — Ale nazwa brzmi zbyt dumnie, żeby nie przesadzić.
Geralt nalał po czarce. Zabrzęczało jak braterstwo.
— Za spokój — powiedział.
— Za to, że żyjemy.
Stuknęli się nisko i wypili. Mahakamska „czwórka” grzała aż do kości, ale była aksamitna, głęboka, jak dobre wspomnienie.
— Wiesz... — zaczął Zoltan, wycierając brodę. — Myślałem kiedyś, że cię nie przeżyję. Albo że sam padnę gdzieś w kanałach Novigradu, jak ostatni dureń. A teraz? Ty prowadzisz winnicę. Ja handluję gęsim smalcem i rzeźbami trolli. I powiem ci, cholernie mi z tym dobrze.
— Świat się zmienia. — Geralt spojrzał na rzędy winorośli, które znikały w półmroku. — Kiedyś liczyłem, ile głów potworów ściąłem. Teraz liczę, ile gron trzeba, by zapełnić beczkę.
— Mnie tam zawsze było wszystko jedno, co tnę, póki dobrze zapłacą — Zoltan chwycił śledzia i gryzł z zadowoleniem. — Ale ty? Ty się zmieniłeś, Wilczurze.
— Nie jestem już wiedźminem. Nie do końca.
— Gówno prawda. — Zoltan popatrzył na niego z przekąsem. — Wciąż masz ten wzrok. To spojrzenie kogoś, kto widzi więcej niż powinien. Tylko teraz patrzysz nie po to, by zabić, ale żeby zrozumieć. I to dobrze.
Geralt milczał chwilę.
— Chyba... po raz pierwszy od dawna nie czuję, że muszę gdzieś być. Po prostu jestem. Tu.
Zoltan nalał kolejną porcję trunku. Oparli się plecami o mur winnicy i patrzyli w niebo, gdzie zaczęły migotać pierwsze gwiazdy. Pachniało lawendą i dymem z kuchni.
— Kiedyś myślałem, że umrzemy wszyscy młodo — powiedział krasnolud. — Ale jak tak na to patrzę... Może nie trzeba było być bohaterem, żeby dobrze żyć.
— Może wystarczyło przeżyć — dodał Geralt.
Zapadła cisza. Potem Zoltan odchrząknął, sięgnął do płóciennego worka i wyciągnął niewielką butelkę z ciemnego szkła.
— Mahakamska gorzała. Dziesięcioletnia. Na wyjątkowe okazje.
— I to jest taka?
Zoltan spojrzał na Geralta z powagą.
— Jeśli dwóch starych drani, co przetrwali smoki, wiedźmy i polityków, siedzi sobie spokojnie, pijąc pod gwiazdami... to nie wiem, co może być bardziej wyjątkowe.
Uśmiechnęli się do siebie. Potem pili. Nie na umór — po prostu tak, jak piją przyjaciele, którzy nie muszą już nic udowadniać.
===
„Karocą przez Toussaint”
— No to jedziemy, czy nie?! — głos Zoltana odbił się echem od murów Corvo Bianco, gdzie od rana trwały przygotowania do wyjątkowej eskapady.
Pomysł wyszedł od Priscilli, która — zachwycona malowniczymi krajobrazami — zaproponowała „małą wycieczkę artystyczną” po okolicy. Jaskier ochoczo nazwał to „Tour de Toussaint”, choć Yennefer skwitowała to tylko uniesieniem brwi. Geralt nie protestował — zresztą Malena nalegała, żeby choć raz odpuścił przycinanie winorośli i „pożył jak człowiek”.
Wreszcie, w południowym słońcu, przed Corvo Bianco stanęła ogromna, dwuparowa karoca, ozdobiona herbem Toussaint i błyszczącymi okuciami. Obok powozu Zoltan kończył upychać beczułkę gorzałki, Jaskier zawieszał lutnię na drzwiach jak trofeum, a Barnaba Bazyli stał z listą zapasów jak generał przed bitwą.
— Wino: pięć flaszek. Sery: cztery gatunki. Świeży chleb. Przekąski dla elfki. Przekąski dla bardów. Przekąski dla wiedźminów (niekoniecznie różniące się od tych dla bardów, ale wymienione osobno — z szacunku). — odczytywał z powagą.
Geralt wspiął się na wóz i zajął miejsce obok Yennefer, która wyglądała na gotową do wojny, nie wycieczki.
— I niech mi nikt nie mówi, że to relaks, jeśli znów usiądę obok Jaskra z winem na kolanach — rzuciła lodowato.
— W takim razie usiądę z przodu! — Jaskier uśmiechnął się jak dziecko przed wyprawą do cyrku i wdrapał się obok woźnicy. — Widoki muszę mieć z pierwszej ręki, wena nie znosi ciasnoty!
Karoca ruszyła.
Pierwszy przystanek: Beauclair, rynek główny
Tłum, zapachy, kolory. Priscilla natychmiast zaczęła robić szkice straganów, Jaskier grał serenadę pod sklepem z przyprawami, a Zoltan próbował wynegocjować rabat u lokalnego serowara, twierdząc, że krasnoludów z Mahakamu powinno się „traktować jak szlachciców — niskich, ale ważnych”.
Geralt z Yennefer spacerowali wolno, trzymając się cicho za ręce. Nikt nie zaczepiał wiedźmina. Ludzie już go tu znali — jako gospodarza, nie zabójcę potworów. Dzieci przywitały go, machając. Jedno wręczyło mu bukiet ziół. Uśmiechnął się.
Drugi przystanek: Kamieniołom Ardaniso
— Ależ tu romantycznie — powiedział Jaskier, patrząc na opustoszałe wyrobiska i pył unoszący się w powietrzu.
— Tylko jeśli lubisz romantyzm w otoczeniu skał i niebezpiecznych krawędzi — mruknęła Yennefer.
Zoltan zajął się odczytywaniem tabliczki informacyjnej o geologii regionu, ku zaskoczeniu wszystkich, a Lirien napisała krótką melodię „O skałach i ciszy”.
Geralt tymczasem znalazł dzikie winogrona. Zerwał parę kiści. Czasem warto po prostu jeść, nie zastanawiając się nad filozofią terroir.
Trzeci przystanek: Jezioro Lac Celavy
Tutaj zrobili dłuższy postój. Rozłożyli koc, Barnaba Bazyli rozstawił zastawę, a Malena, która pojechała z nimi z racji kucharskiej misji „obserwacyjnej”, przygotowała przekąski. Jaskier kąpał się w jeziorze nago, aż Yennefer zamieniła jego ubrania w dmuchaną kaczkę, którą trzeba było ścigać łódką.
Zoltan usiłował nauczyć elfkę grać w gwinta, ale Lirien nie rozumiała koncepcji „pasowania”.
Geralt siedział z kielichem w dłoni, wpatrując się w taflę jeziora. Słońce odbijało się w wodzie, ciepło otulało ciało, a śmiechy przyjaciół mieszały się z dźwiękami cykad.
— I jak ci się podoba ta wycieczka, wiedźminie? — zapytał Zoltan, siadając obok z pajdą chleba i serem.
— Podoba mi się. — Geralt popatrzył na przyjaciół. — Wiesz, kiedyś myślałem, że nigdy nie dożyję takiego dnia. A teraz... chcę więcej takich.
— W takim razie, mój przyjacielu — uniósł kufel — następnym razem jedziemy do Mahakamu. Tam dopiero są widoki. I gorzała. I niewiasty z głosami jak beczki!
— Zobaczymy — uśmiechnął się Geralt. — Może najpierw jeszcze parę takich dni tutaj.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a karoca stała leniwie zaparkowana w cieniu drzew. Było spokojnie. Było dobrze. A przyjaciele śmiali się, jedli, śpiewali.
I to był najpiękniejszy cud całej tej objazdowej wyprawy.
===
Pomysł wyszedł od Priscilli, która — zachwycona malowniczymi krajobrazami — zaproponowała „małą wycieczkę artystyczną” po okolicy. Jaskier ochoczo nazwał to „Tour de Toussaint”, choć Yennefer skwitowała to tylko uniesieniem brwi. Geralt nie protestował — zresztą Malena nalegała, żeby choć raz odpuścił przycinanie winorośli i „pożył jak człowiek”.
Wreszcie, w południowym słońcu, przed Corvo Bianco stanęła ogromna, dwuparowa karoca, ozdobiona herbem Toussaint i błyszczącymi okuciami. Obok powozu Zoltan kończył upychać beczułkę gorzałki, Jaskier zawieszał lutnię na drzwiach jak trofeum, a Barnaba Bazyli stał z listą zapasów jak generał przed bitwą.
— Wino: pięć flaszek. Sery: cztery gatunki. Świeży chleb. Przekąski dla elfki. Przekąski dla bardów. Przekąski dla wiedźminów (niekoniecznie różniące się od tych dla bardów, ale wymienione osobno — z szacunku). — odczytywał z powagą.
Geralt wspiął się na wóz i zajął miejsce obok Yennefer, która wyglądała na gotową do wojny, nie wycieczki.
— I niech mi nikt nie mówi, że to relaks, jeśli znów usiądę obok Jaskra z winem na kolanach — rzuciła lodowato.
— W takim razie usiądę z przodu! — Jaskier uśmiechnął się jak dziecko przed wyprawą do cyrku i wdrapał się obok woźnicy. — Widoki muszę mieć z pierwszej ręki, wena nie znosi ciasnoty!
Karoca ruszyła.
Pierwszy przystanek: Beauclair, rynek główny
Tłum, zapachy, kolory. Priscilla natychmiast zaczęła robić szkice straganów, Jaskier grał serenadę pod sklepem z przyprawami, a Zoltan próbował wynegocjować rabat u lokalnego serowara, twierdząc, że krasnoludów z Mahakamu powinno się „traktować jak szlachciców — niskich, ale ważnych”.
Geralt z Yennefer spacerowali wolno, trzymając się cicho za ręce. Nikt nie zaczepiał wiedźmina. Ludzie już go tu znali — jako gospodarza, nie zabójcę potworów. Dzieci przywitały go, machając. Jedno wręczyło mu bukiet ziół. Uśmiechnął się.
Drugi przystanek: Kamieniołom Ardaniso
— Ależ tu romantycznie — powiedział Jaskier, patrząc na opustoszałe wyrobiska i pył unoszący się w powietrzu.
— Tylko jeśli lubisz romantyzm w otoczeniu skał i niebezpiecznych krawędzi — mruknęła Yennefer.
Zoltan zajął się odczytywaniem tabliczki informacyjnej o geologii regionu, ku zaskoczeniu wszystkich, a Lirien napisała krótką melodię „O skałach i ciszy”.
Geralt tymczasem znalazł dzikie winogrona. Zerwał parę kiści. Czasem warto po prostu jeść, nie zastanawiając się nad filozofią terroir.
Trzeci przystanek: Jezioro Lac Celavy
Tutaj zrobili dłuższy postój. Rozłożyli koc, Barnaba Bazyli rozstawił zastawę, a Malena, która pojechała z nimi z racji kucharskiej misji „obserwacyjnej”, przygotowała przekąski. Jaskier kąpał się w jeziorze nago, aż Yennefer zamieniła jego ubrania w dmuchaną kaczkę, którą trzeba było ścigać łódką.
Zoltan usiłował nauczyć elfkę grać w gwinta, ale Lirien nie rozumiała koncepcji „pasowania”.
Geralt siedział z kielichem w dłoni, wpatrując się w taflę jeziora. Słońce odbijało się w wodzie, ciepło otulało ciało, a śmiechy przyjaciół mieszały się z dźwiękami cykad.
— I jak ci się podoba ta wycieczka, wiedźminie? — zapytał Zoltan, siadając obok z pajdą chleba i serem.
— Podoba mi się. — Geralt popatrzył na przyjaciół. — Wiesz, kiedyś myślałem, że nigdy nie dożyję takiego dnia. A teraz... chcę więcej takich.
— W takim razie, mój przyjacielu — uniósł kufel — następnym razem jedziemy do Mahakamu. Tam dopiero są widoki. I gorzała. I niewiasty z głosami jak beczki!
— Zobaczymy — uśmiechnął się Geralt. — Może najpierw jeszcze parę takich dni tutaj.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a karoca stała leniwie zaparkowana w cieniu drzew. Było spokojnie. Było dobrze. A przyjaciele śmiali się, jedli, śpiewali.
I to był najpiękniejszy cud całej tej objazdowej wyprawy.
===
„Retrospekcja pod winem”
Wieczorne słońce malowało wnętrze karocy w odcieniach bursztynu i czerwonego wina. Karoca skrzypiała cicho, niesiona wolno przez drogę wijącą się między wzgórzami. W środku panowała cisza. Jaskier drzemał z głową opartą o ramię Priscilli. Zoltan chrapał w kącie, przytulony do resztki beczki. Lirien przeglądała nuty przy przygasającym świetle latarenki.
Yennefer, oparta lekko o Geralta, szeptem czytała książkę. Tytułu nie znał — ale jej obecność była bardziej kojąca niż jakakolwiek opowieść.
Geralt patrzył w okno. Krajobraz Toussaint przemykał spokojnie: łagodne wzgórza, winnice, kwitnące drzewa. A w jego głowie... pojawiły się obrazy zupełnie innego świata.
Świata, który zostawił za sobą.
Las pod Kaer Morhen. Śnieg aż po kolana. Geralt niesie martwe ciało potwora – coś między niedźwiedziem a żmiją. Obok Vesemir mówi:
— Nie chodzi tylko o to, by zabijać. Chodzi o to, by wiedzieć, kiedy nie trzeba.
Gwałtowny rozbłysk. Bitwa pod Sodden. Krzyk czarodziejów. Yennefer – wtedy jeszcze w oddali, ogień w oczach, rozpacz w duszy. Ich spojrzenia na sekundę się przecinają. On myśli: To nie jest kobieta do zatrzymania. To kobieta, którą się odszukuje. Zawsze.
Wąska cela pod Oxenfurtem. Jaskier śpiewa, zakuty w łańcuchy.
— Gdzie jest mój prawnik, Geralt?!
A on tylko wzdycha i wyciąga sakiewkę.
Blizna od pazura w kształcie półksiężyca. Przeklęty dzieciak. Nie był winny. Ale zabić trzeba było. Geralt potem długo patrzył w taflę jeziora. Szukał twarzy, która zginęła. Nie znalazł jej. Ale znalazł własną.
I wreszcie... Ciri. Jej śmiech. Jej płacz. Jej gniew.
— Nie jestem już dzieckiem, Geralt. Ale zawsze będziesz moim ojcem.
Wtedy nie wiedział, co odpowiedzieć. Dziś już wie:
— I ty zawsze będziesz moją nadzieją.
Obrazy powoli rozmyły się, jak para znad gorącego wina. Słońce schowało się za horyzontem. Karoca wjeżdżała między znajome wzgórza Corvo Bianco.
Geralt westchnął. Spojrzał na Yennefer. Złapał ją za dłoń. Lekko. Bez słów.
— Śpisz? — zapytał szeptem.
— Nie. — Jej usta uniosły się ledwie zauważalnie. — Wiesz, kiedyś bałam się, że nie będziesz potrafił usiedzieć w miejscu.
— Też się bałem — odpowiedział cicho. — Ale chyba po prostu musiałem... znaleźć miejsce, w którym warto usiąść.
Karoca zatrzymała się z lekkim szarpnięciem. Przed nimi: Corvo Bianco, ich dom. W świetle latarni Barnaba Bazyli czekał z pochodnią, a Malena machała ręką z kuchni, z nowym bukietem przypraw.
Jaskier chrapnął.
Zoltan burknął przez sen:
— Jeszcze jeden kufel...
Geralt wysiadł pierwszy. Poczuł pod stopami znajomy żwir, usłyszał cykady, poczuł lawendę i ziemię. I po raz pierwszy zrozumiał, że ten moment nie jest tylko przystankiem. To jest jego koniec świata.
I wreszcie — jego początek.
===
Yennefer, oparta lekko o Geralta, szeptem czytała książkę. Tytułu nie znał — ale jej obecność była bardziej kojąca niż jakakolwiek opowieść.
Geralt patrzył w okno. Krajobraz Toussaint przemykał spokojnie: łagodne wzgórza, winnice, kwitnące drzewa. A w jego głowie... pojawiły się obrazy zupełnie innego świata.
Świata, który zostawił za sobą.
Las pod Kaer Morhen. Śnieg aż po kolana. Geralt niesie martwe ciało potwora – coś między niedźwiedziem a żmiją. Obok Vesemir mówi:
— Nie chodzi tylko o to, by zabijać. Chodzi o to, by wiedzieć, kiedy nie trzeba.
Gwałtowny rozbłysk. Bitwa pod Sodden. Krzyk czarodziejów. Yennefer – wtedy jeszcze w oddali, ogień w oczach, rozpacz w duszy. Ich spojrzenia na sekundę się przecinają. On myśli: To nie jest kobieta do zatrzymania. To kobieta, którą się odszukuje. Zawsze.
Wąska cela pod Oxenfurtem. Jaskier śpiewa, zakuty w łańcuchy.
— Gdzie jest mój prawnik, Geralt?!
A on tylko wzdycha i wyciąga sakiewkę.
Blizna od pazura w kształcie półksiężyca. Przeklęty dzieciak. Nie był winny. Ale zabić trzeba było. Geralt potem długo patrzył w taflę jeziora. Szukał twarzy, która zginęła. Nie znalazł jej. Ale znalazł własną.
I wreszcie... Ciri. Jej śmiech. Jej płacz. Jej gniew.
— Nie jestem już dzieckiem, Geralt. Ale zawsze będziesz moim ojcem.
Wtedy nie wiedział, co odpowiedzieć. Dziś już wie:
— I ty zawsze będziesz moją nadzieją.
Obrazy powoli rozmyły się, jak para znad gorącego wina. Słońce schowało się za horyzontem. Karoca wjeżdżała między znajome wzgórza Corvo Bianco.
Geralt westchnął. Spojrzał na Yennefer. Złapał ją za dłoń. Lekko. Bez słów.
— Śpisz? — zapytał szeptem.
— Nie. — Jej usta uniosły się ledwie zauważalnie. — Wiesz, kiedyś bałam się, że nie będziesz potrafił usiedzieć w miejscu.
— Też się bałem — odpowiedział cicho. — Ale chyba po prostu musiałem... znaleźć miejsce, w którym warto usiąść.
Karoca zatrzymała się z lekkim szarpnięciem. Przed nimi: Corvo Bianco, ich dom. W świetle latarni Barnaba Bazyli czekał z pochodnią, a Malena machała ręką z kuchni, z nowym bukietem przypraw.
Jaskier chrapnął.
Zoltan burknął przez sen:
— Jeszcze jeden kufel...
Geralt wysiadł pierwszy. Poczuł pod stopami znajomy żwir, usłyszał cykady, poczuł lawendę i ziemię. I po raz pierwszy zrozumiał, że ten moment nie jest tylko przystankiem. To jest jego koniec świata.
I wreszcie — jego początek.
===
Epilog: „List z drogi”
Do Geralta z Rivii,
Corvo Bianco, Toussaint
Drogi Wilku,
Dziwnie to brzmi, pisać do Ciebie tak formalnie — na pergaminie, pieczęcią, bez potworów czających się za plecami. Ale kiedy wieczór staje się cichy, a ogień trzaska jak stare wspomnienia, myśli same wracają do domu. Do Ciebie.
Podobno jesteś teraz panem winnicy, kucharką Ci zarządza kobieta z przeszłością, a Barnaba Bazyli próbuje Cię przekonać do nowej odmiany różowego wina. Wiesz, nigdy nie sądziłam, że znajdę Cię szczęśliwego. Spokojnego. Ale wiedziałam zawsze, że zasługujesz na to najbardziej ze wszystkich.
Ja wciąż w drodze. Nie dlatego, że nie mam dokąd wracać — tylko dlatego, że czasem trzeba się oddalić, żeby wszystko sobie przypomnieć.
Ostatnio byłam w Dol Blathanna. Spotkałam tam dziewczynę, która miała oczy jak ja kiedyś — uparte, szukające. Pomogłam jej. Bez miecza. Po prostu słuchając. Ty nauczyłeś mnie, że siła nie zawsze leży w cięciu. Czasem wystarczy być. I nie odejść.
Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałeś, że „wiedźmin to ten, który idzie, gdy inni stoją”?
Dziś myślę, że prawdziwą odwagą jest czasem zatrzymać się. Posadzić winorośl. Usiąść z przyjaciółmi. Wypić kielich i nie patrzeć za ramię.
Jesienią może przyjadę. Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko. Chciałabym znów usiąść na murku Corvo Bianco, pogadać z Maleną o przyprawach, wysłuchać Jaskra (choć może tylko jedną piosenkę), a przede wszystkim — przytulić Cię. Bo tęsknię. Za Twoim milczeniem, które mówiło wszystko. Za tym, jak patrzyłeś na mnie, gdy myślałeś, że nie widzę.
Dziękuję, że nigdy się nie poddałeś. Ani światu, ani mnie.
Do zobaczenia, tato.
Bądź szczęśliwy.
Bądź sobą.
Cirilla
===
Corvo Bianco, Toussaint
Drogi Wilku,
Dziwnie to brzmi, pisać do Ciebie tak formalnie — na pergaminie, pieczęcią, bez potworów czających się za plecami. Ale kiedy wieczór staje się cichy, a ogień trzaska jak stare wspomnienia, myśli same wracają do domu. Do Ciebie.
Podobno jesteś teraz panem winnicy, kucharką Ci zarządza kobieta z przeszłością, a Barnaba Bazyli próbuje Cię przekonać do nowej odmiany różowego wina. Wiesz, nigdy nie sądziłam, że znajdę Cię szczęśliwego. Spokojnego. Ale wiedziałam zawsze, że zasługujesz na to najbardziej ze wszystkich.
Ja wciąż w drodze. Nie dlatego, że nie mam dokąd wracać — tylko dlatego, że czasem trzeba się oddalić, żeby wszystko sobie przypomnieć.
Ostatnio byłam w Dol Blathanna. Spotkałam tam dziewczynę, która miała oczy jak ja kiedyś — uparte, szukające. Pomogłam jej. Bez miecza. Po prostu słuchając. Ty nauczyłeś mnie, że siła nie zawsze leży w cięciu. Czasem wystarczy być. I nie odejść.
Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałeś, że „wiedźmin to ten, który idzie, gdy inni stoją”?
Dziś myślę, że prawdziwą odwagą jest czasem zatrzymać się. Posadzić winorośl. Usiąść z przyjaciółmi. Wypić kielich i nie patrzeć za ramię.
Jesienią może przyjadę. Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko. Chciałabym znów usiąść na murku Corvo Bianco, pogadać z Maleną o przyprawach, wysłuchać Jaskra (choć może tylko jedną piosenkę), a przede wszystkim — przytulić Cię. Bo tęsknię. Za Twoim milczeniem, które mówiło wszystko. Za tym, jak patrzyłeś na mnie, gdy myślałeś, że nie widzę.
Dziękuję, że nigdy się nie poddałeś. Ani światu, ani mnie.
Do zobaczenia, tato.
Bądź szczęśliwy.
Bądź sobą.
Cirilla
===
„Uczta pod gwiazdami”
Jesień przyszła łagodnie. Złote liście spadały na brukowany dziedziniec Corvo Bianco, a słońce — niższe niż latem — kąpało wszystko w ciepłym blasku miodu i żaru kominka.
Przygotowania trwały od rana. Malena doglądała pieczeni i ziół, Barnaba Bazyli szlifował kielichy na błysk i ustawiał stoły w długim półokręgu na placu przed domem. Stare beczki wina służyły za stołki, lampiony zawisły między drzewami, a w centrum wszystkiego stał dębowy stół — nie ceremonialny, po prostu wspólny.
Goście przybywali stopniowo. Zoltan z podarunkiem: krasnoludzką gorzałą tak mocną, że mogłaby obudzić nieumarłych. Jaskier, jak zwykle, zbyt kolorowo ubrany i z lirą, której nie zamierzał odłożyć. Priscilla z uśmiechem i nową balladą. Lirien, elfka, przywiozła kilka sadzonek z Dol Blathanna — podobno szczęśliwe drzewa, jeśli rosną przy domu.
I wreszcie Ciri.
Zeszła z siodła bez słowa, ale jej oczy mówiły wszystko. Geralt przytulił ją bez słów. Świat przez chwilę zniknął — istniał tylko ten uścisk, po latach, po burzach. Rodzina.
Uczta zaczęła się, gdy niebo zgasło i zapaliły się gwiazdy.
Na stole: duszona jagnięcina z figami, sery z Beauclair, chleby pachnące czosnkiem i tymiankiem, konfitury z winogron i kasztanowy miód. Malena zebrała wszystkie przyprawy, które Geralt przywiózł z ostatniego targu — dodała ich do każdej potrawy, „jakby to był list miłosny do zmysłów”.
Jaskier śpiewał. Priscilla wtórowała mu delikatnie. Ciri słuchała, śmiejąc się do Zoltana, który usiłował przekonać Yennefer do spróbowania krasnoludzkiego bimbru. Geralt siedział na końcu stołu, kielich w ręce, wzrok skierowany gdzieś w niebo. Ale twarz miał pogodną. Taką, jakiej nie widział u siebie przez całe życie.
Aż w końcu — po ostatnim daniu, po śmiechach i historiach — nadeszła chwila, która musiała nadejść.
Geralt wstał.
Wino w kielichu zadrżało. Wszyscy zamilkli, nawet Jaskier.
— Chciałbym wznieść toast — powiedział spokojnie. — Za coś, czego nigdy nie sądziłem, że się doczekam. Za ciszę bez niepokoju. Za miecz, który może rdzewieć. Za dom, do którego ktoś wraca. Za tych, co tu są — i za tych, którzy już nie mogą być.
Spojrzał na Ciri. Potem na Yennefer. Na Jaskra, Zoltana, Barnabę Bazyla, Malenę. Każdego z osobna.
— Za życie po legendzie. Za zwykły wieczór z niezwykłymi ludźmi.
Uniósł kielich. Reszta uczyniła to samo.
— Za Corvo Bianco! — zawołał Jaskier.
— Za rodzinę! — powiedziała Ciri.
— Za spokój! — dodała Yennefer.
A Zoltan krzyknął:
— I za to, żeby nikt nie musiał już nigdy z nikim walczyć o własne miejsce przy stole!
I wypili. A potem znów usiedli. I nikt się nie spieszył. Bo nigdzie indziej nie trzeba było iść.
Noc pachniała winem, zielem i szczęściem. A gwiazdy patrzyły z góry — cicho, jak strażnicy historii, które dobiegły końca. I których finał był właśnie taki, jaki być powinien.
===
Przygotowania trwały od rana. Malena doglądała pieczeni i ziół, Barnaba Bazyli szlifował kielichy na błysk i ustawiał stoły w długim półokręgu na placu przed domem. Stare beczki wina służyły za stołki, lampiony zawisły między drzewami, a w centrum wszystkiego stał dębowy stół — nie ceremonialny, po prostu wspólny.
Goście przybywali stopniowo. Zoltan z podarunkiem: krasnoludzką gorzałą tak mocną, że mogłaby obudzić nieumarłych. Jaskier, jak zwykle, zbyt kolorowo ubrany i z lirą, której nie zamierzał odłożyć. Priscilla z uśmiechem i nową balladą. Lirien, elfka, przywiozła kilka sadzonek z Dol Blathanna — podobno szczęśliwe drzewa, jeśli rosną przy domu.
I wreszcie Ciri.
Zeszła z siodła bez słowa, ale jej oczy mówiły wszystko. Geralt przytulił ją bez słów. Świat przez chwilę zniknął — istniał tylko ten uścisk, po latach, po burzach. Rodzina.
Uczta zaczęła się, gdy niebo zgasło i zapaliły się gwiazdy.
Na stole: duszona jagnięcina z figami, sery z Beauclair, chleby pachnące czosnkiem i tymiankiem, konfitury z winogron i kasztanowy miód. Malena zebrała wszystkie przyprawy, które Geralt przywiózł z ostatniego targu — dodała ich do każdej potrawy, „jakby to był list miłosny do zmysłów”.
Jaskier śpiewał. Priscilla wtórowała mu delikatnie. Ciri słuchała, śmiejąc się do Zoltana, który usiłował przekonać Yennefer do spróbowania krasnoludzkiego bimbru. Geralt siedział na końcu stołu, kielich w ręce, wzrok skierowany gdzieś w niebo. Ale twarz miał pogodną. Taką, jakiej nie widział u siebie przez całe życie.
Aż w końcu — po ostatnim daniu, po śmiechach i historiach — nadeszła chwila, która musiała nadejść.
Geralt wstał.
Wino w kielichu zadrżało. Wszyscy zamilkli, nawet Jaskier.
— Chciałbym wznieść toast — powiedział spokojnie. — Za coś, czego nigdy nie sądziłem, że się doczekam. Za ciszę bez niepokoju. Za miecz, który może rdzewieć. Za dom, do którego ktoś wraca. Za tych, co tu są — i za tych, którzy już nie mogą być.
Spojrzał na Ciri. Potem na Yennefer. Na Jaskra, Zoltana, Barnabę Bazyla, Malenę. Każdego z osobna.
— Za życie po legendzie. Za zwykły wieczór z niezwykłymi ludźmi.
Uniósł kielich. Reszta uczyniła to samo.
— Za Corvo Bianco! — zawołał Jaskier.
— Za rodzinę! — powiedziała Ciri.
— Za spokój! — dodała Yennefer.
A Zoltan krzyknął:
— I za to, żeby nikt nie musiał już nigdy z nikim walczyć o własne miejsce przy stole!
I wypili. A potem znów usiedli. I nikt się nie spieszył. Bo nigdzie indziej nie trzeba było iść.
Noc pachniała winem, zielem i szczęściem. A gwiazdy patrzyły z góry — cicho, jak strażnicy historii, które dobiegły końca. I których finał był właśnie taki, jaki być powinien.
===


