http://pl.wikipedia.org/wiki/Dzieło_sztuki
Sztuka zawsze jest subiektywna - nikt nie może określić ram, to jest sztuka - a to nie. Skutkowałoby to bowiem zastopowaniem rozwoju sztuki. Jeśli coś miało jakikolwiek wpływ na twoje myślenie, skłoniło cię do refleksji i jest to coś wytworem człowieka (zachód słońca się nie liczy więc) to jest to dla Ciebie dzieło sztuki.
Zatem odwrotnie: jeśli kontemplacja "Mony Lisy" czy lektura "Makbeta" nie miały żadnego wpływu na moje myślenie, nie skłoniły mnie do refleksji itp, to z automatu oznacza, że nie są to w żadnym razie dzieła sztuki, tak?
Ciekawe.
Węszę w tej całej dyskusji błąd polegający imo na rozumieniu frazy "dzieło sztuki" całkiem dosłownie, tj. coś wykonane przez artystę, jego dzieło w ramach danej sztuki, ergo dzieło sztuki.
Mam jednak wrażenie, że przyjęło się rozumieć "dzieło sztuki" jako określenie utworu/tworu artystycznego o znamionach wybitności, hm?
Rozumiem, że nie istnieje żadna konkretna komisja, która posiada kompetencje do decydowania, co jest tym dziełem sztuki, a co nie, wydaje mi się jednak, że taka ocena zapada gremialnie przede wszystkim w środowisku opiniotwórczym mocno związanym z daną gałęzią sztuki.
Gry komputerowe to jest swego rodzaju nowość, trudno więc oczekiwać, że pstryknięcie palcami ustawi je w jednym rzędzie z rozwijanym przez wieki malarstwem czy rzeźbą - zwłaszcza, że geneza jest czysto użytkowa. Oczywiście zaczyna się to nieco zmieniać, wystarczy tu przywołać cinematiki Bagińskiego, ale nie od razu Kraków zbudowano i takie np. filmy zostały nazwane X muzą dopiero wówczas, gdy na dobre zakorzeniły się w cywilizowanej kulturze w roli stymulantów przemyśleń itp.
Gry nie mają jeszcze tej rangi, jak zauważył @
lonerunner.
Prawdę mówiąc, z nieco zawikłanej jednoakapitowej opowieści autora wątku nie wyłowiłam, że polonistka prosiła o teksty kulturowe, a nie o rzeczone "dzieła sztuki". Saga Sapkowskiego tekstem kulturowym być zaczyna, ale kwestią sporną pozostaje, czy nim faktycznie już jest - zważywszy, że literatura fantastyczna miewa różną prasę i nawet Tolkien potrafi być traktowany marginalnie czy z góry przez starsze pokolenia nauczycieli, warto się najpierw upewnić, czy dany profesor akceptuje SF/F w kanonie, czy też nie.
Trochę to przypomina podejście "kto był największym poetą i dlaczego właśnie Mickiewicz", ale fakty są takie, że szkoła uczy i rozwija tylko na tyle, na ile są uczeni i postępowi jej nauczyciele. Nie mówię, że to dobrze - zresztą odkąd pamiętam, przy różnych okazjach podnoszony bywa argument, jak to ten czy inny polonista zabijał kreatywność uczniów, bo. Mam jednak wrażenie, że to są przypadki coraz rzadsze, a wszystko zależy - jak pisałam - od dobrych relacji i od umiejętności bronienia swojego zdania celnymi argumentami.
Konkludując: sądzę, że podpieranie swojego zdania cytatem z "Kiepskich" sporo mówi tak o umiejętnościach dyskutanta, jak i o relacjach na osi on-nauczyciel. I czy mi się dobrze wydaje, że przywołane zdanie kończące dyskusję z ww. polonistką oznaczało ni mniej, nie więcej, tylko "jesteś głupia"?
I w ogóle obrazy Pollocka czy pokazany kwadrat to jest tylko finalny efekt procesu tworzenia. Za procesem zaś stoi myśl.
Dlaczego patrzycie tak płytko?