Czytając posty naszych przemiłych Pań przyszła mi do głowy taka nieudolna miniaturka:
Pewnego słonecznego poranka mężny Iorveth przykucnął za pniem ogromnego drzewa po długim i intensywnym marszu.Ale nie był to odpoczynek całkowicie bierny,albowiem elf od kilku już dni wił się jak piskorz pomiędzy dopadającymi go z coraz to innej strony mackami pogoni oddziałów specjalnych.W tej chwili jednak czuł się na tyle bezpiecznie,że pozwolił sobie na krótką chwilę beztroski i przymknął oczy.
Nagle wrodzony instynkt przetrwania podpowiedział mu,że coś jest nie tak.Bez gwałtownych ruchów owinął się otrzymanym w darze od znajomej królowej elfów kocem maskującym i bacznie obserwował otoczenie.
Ku jego przerażeniu zobaczył ścigające go komando:były to spragnione mocnych wrażeń niewiasty.
Widok ten przegiął pałę goryczy.Zrywając się na równe nogi Iorweth zakrzyknął:
-Chodźcie,oprawcy!Mój łuk dosięgnie każdą z was!
Gdyby w tej pełnej grozy chwili piorun trafił w jego głowę mniej by się zdziwił niż słysząc odpowiedź:
-I O TO WŁAŚNIE CHODZI!!!
Ostatnią myślą powalanego za zięmię nieszczęśnika było:
-"Roche proponował mi taką samą operację,jaką przeprowadził na Detmoldzie.Dlaczego go nie posłuchałem?Dlaczego?"