Grę skończyłem na hardzie. Częstotliwość stosowania Jaskółki spadła drastycznie w połowie III aktu mniej więcej. Potem łykałem ją tylko przed najważniejszymi momentami. Jestem odnośnie harda wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony można zawsze sobie dorobić teorię, że Geralt jest super hiper wiedźminem i ostatnia walka w grze rzeczywiście mogłaby wyglądać tak, jak wyglądała w moim przypadku - kompletny luzik, 10% upływ żywotności, normalnie szkółka niedzielna; ale z drugiej strony, zdecydowałem się na hard po to, aby poczuć przypływ adrenaliny, szczególnie przy perspektywie kamery TPP. A tutaj im dalej w las, tym było łatwiej, im więcej poznawał Geralt przepisów alchemicznym i dostawał więcej umiejętności, tym robiło się łatwiej. Czasami, jak patrzyłem, jakie spustoszenie potrafiły siać w szeregach wroga Znaki, to byłem naprawdę sobie wdzięczny, że nie wyszedłem z nimi poza brązowe talenty, strach pomyśleć, co potrafi zrobić zmaksymalizowane drzewko Quen...Świadkiem najzabawniejszego momentu byłem stosunkowo niedawno, już blisko końca V aktu. Walka ze zmutowaną Białą Raylą, która ponoć miała być trudna, trwała całe 6 sekund. Spacja, Spacja, Samum, cios, koniec. Nosz kurcze

Nie tak to sobie wyobrażałem. Swoją drogą co mnie tknęło, aby rzucić pod nogi petardę? Chyba zrobiłem to bezwiednie, bo pamiętam, że myślałem, że nie ma sensu jej rzucać, bo NA PEWNO jest odporna na ogłuszenie

Natomiast jedno jest pewne - bez użycia alchemii przejście gry na hardzie byłoby na pewno wielkim wyzwaniem, jeśli w ogóle byłoby możliwe... Hmm, są jacyś chętni do spróbowania? Akt II, walka ze stadem archesporów przy chatce Dziadka na bagnach? Anyone?
