Konsultacje Prawne - oficjalne materiały - Fabuła
Z ogromną przyjemnością mam zaszczyt przekazać w Wasze ręce fragment fabuły. Wiele się z niego nie dowiecie, ale mamy nadzieję, że zachęci Was do grania w naszą przygodę i śledzenia jej rozwoju. Jest to coś nowego i mamy nadzieje że przypadnie Wam do gustu. Jest to pierwsza część materiałów, które będą ukazywać się co miesiąc, w następnej części zaprezentujemy nowe grafiki. Teraz mogę jedynie zaprosić do lektury.Miłego czytania.IZarewa szedł krętymi ulicami Dorian bez wahania. Znał to miasto jak własną kieszeń. Od najmłodszych lat, od czasów swojego nie najłatwiejszego dzieciństwa przechadzał się znajomymi ulicami biednych dzielnic tego miasta. W rynsztokach bawiły się latorośle miejskiej biedoty, a w ciemnych zaułkach swoje interesy załatwiali pośledniejsi opryszkowie. Dziś idąc w stronę kancelarii prawnej Codringhera i Fenna odczuwał znajomy ucisk w żołądku. Pan Codringher nigdy nie wzywał go bez powodu. Zarewa już od dawna nie wykonywał żadnych zleceń, prawdę mówiąc brakowało mu pieniędzy. Z utęsknieniem czekał na posłańca od swojego pracodawcy. Kancelaria prawna w rzeczywistości nie miała z prawem nic wspólnego. Codringher i Fenn to osoby, które w mieście znaczyły naprawdę dużo. Renoma ich zakładu opierała się na wzajemnym zaufaniu klientów i adwokatów. Można wręcz rzec, że byli oni powiernikami tajemnic tego miasta. Wszystkie brudne sprawy, niejasne interesy i ciemne sprawy półświatka- kancelaria załatwiała je od ręki. Jednak Codringher i Fenn nie zajmowali się tym samodzielnie. Na swoich usługach mieli tabuny zbirów i rękodajnych, Zarewa był jednym z nich. Mozolnie wspinał się po szczeblach hierarchii, jednak wciąż był tylko chłopcem na posyłki. Najemnicy, wywiadowcy, przekupni strażnicy wszyscy oni oplatali miasto niczym macki ogromnej ośmiornicy, którą byli Codringher i Fenn. Zarewa czuł, że dziś czeka go zadanie specjalne. Nie często miał okazję spotykać się osobiście ze swoim pracodawcą. Kiedy w końcu stanął przed niepozornym budynkiem kancelarii zawahał się na chwilę. Rozejrzał się wokoło jednak nie zauważył niczego podejrzanego. Nerwowymi ruchami obciągnął na sobie skórzany kapot i przygładził zmierzwioną grzywę. Delikatnie zastukał kołatką w masywne dębowe drzwi. Czekał przez dłuższą chwilę czując nieprzyjemnie napięcie. Wiedział o pułapce zamontowanej na wrotach, metalowe szpikulce przebijały każdego, kto próbował manipulować przy zamku. Teoretycznie nie powinny zaatakować jego, mimo to przezornie cofnął się o krok. Drzwi ze skrzypnięciem uchyliły się delikatnie, a w powstałej szparze ukazała się twarz. Człowiek o bladej twarzy i przenikliwych, jakby kocich oczach taksował Zarewę wzrokiem. Kiedy już skarcił go spojrzeniem, skinął lekko głową i otworzył szerzej drzwi. Bez słowa poprowadził go w głąb budynku. Zarewa z ciekawością spoglądał na lekko przygarbioną postać. Codringher poruszał się po posadzkach kancelarii bezszelestnie, prawdopodobnie dlatego, że na stopach miał puchowe laczki. Zamaszystym ruchem otworzył kolejne drzwi i wpuścił Zarewę do gabinetu. Przeszedł koło najemnika nie zaszczycając go nawet spojrzeniem i z rozkoszą klapnął w głębokim fotelu. Pogładził po karku kota siedzącego na stercie papierów w rogu biurka. Wskazał Zarewie krzesło naprzeciw siebie i znów utkwił swoje palące spojrzenie w twarzy zmieszanego zbira. - Witam ponownie w moich skromnych progach Zarewa - powiedział prawnik unosząc lekko kącik ust. - Witam panie Codrinhger - odpowiedział z szacunkiem. - Nie będę owijał w bawełnę stary druhu - zaczął adwokat - mam dla ciebie robotę, jak za starych dobrych czasów. Wiesz dobrze jak cenię twój miecz, czyż nie? Pamiętasz pewnie pana Vormana... Tak, ten obrzydliwie bogaty szlachetka, który zajął się handlem. Tak się składa, że kopnął w kalendarz. - Rzeczywiście smutna wiadomość... -Nie pieprz Zarewa. Nie żebym się przejmował jego śmiercią. Sprawa wygląda tak: Vorman junior strasznie się rzuca o spadek a to z kolei nie podoba się naszemu klientowi, który jest siostrzeńcem starego Vormana. Nie będę cię wprowadzał w szczegóły, bo na co ci to potrzebne? Twoje zadanie wygląda następująco: musisz uciszyć słodkiego juniora... najlepiej na zawsze, rozumiemy się?
Z ogromną przyjemnością mam zaszczyt przekazać w Wasze ręce fragment fabuły. Wiele się z niego nie dowiecie, ale mamy nadzieję, że zachęci Was do grania w naszą przygodę i śledzenia jej rozwoju. Jest to coś nowego i mamy nadzieje że przypadnie Wam do gustu. Jest to pierwsza część materiałów, które będą ukazywać się co miesiąc, w następnej części zaprezentujemy nowe grafiki. Teraz mogę jedynie zaprosić do lektury.Miłego czytania.IZarewa szedł krętymi ulicami Dorian bez wahania. Znał to miasto jak własną kieszeń. Od najmłodszych lat, od czasów swojego nie najłatwiejszego dzieciństwa przechadzał się znajomymi ulicami biednych dzielnic tego miasta. W rynsztokach bawiły się latorośle miejskiej biedoty, a w ciemnych zaułkach swoje interesy załatwiali pośledniejsi opryszkowie. Dziś idąc w stronę kancelarii prawnej Codringhera i Fenna odczuwał znajomy ucisk w żołądku. Pan Codringher nigdy nie wzywał go bez powodu. Zarewa już od dawna nie wykonywał żadnych zleceń, prawdę mówiąc brakowało mu pieniędzy. Z utęsknieniem czekał na posłańca od swojego pracodawcy. Kancelaria prawna w rzeczywistości nie miała z prawem nic wspólnego. Codringher i Fenn to osoby, które w mieście znaczyły naprawdę dużo. Renoma ich zakładu opierała się na wzajemnym zaufaniu klientów i adwokatów. Można wręcz rzec, że byli oni powiernikami tajemnic tego miasta. Wszystkie brudne sprawy, niejasne interesy i ciemne sprawy półświatka- kancelaria załatwiała je od ręki. Jednak Codringher i Fenn nie zajmowali się tym samodzielnie. Na swoich usługach mieli tabuny zbirów i rękodajnych, Zarewa był jednym z nich. Mozolnie wspinał się po szczeblach hierarchii, jednak wciąż był tylko chłopcem na posyłki. Najemnicy, wywiadowcy, przekupni strażnicy wszyscy oni oplatali miasto niczym macki ogromnej ośmiornicy, którą byli Codringher i Fenn. Zarewa czuł, że dziś czeka go zadanie specjalne. Nie często miał okazję spotykać się osobiście ze swoim pracodawcą. Kiedy w końcu stanął przed niepozornym budynkiem kancelarii zawahał się na chwilę. Rozejrzał się wokoło jednak nie zauważył niczego podejrzanego. Nerwowymi ruchami obciągnął na sobie skórzany kapot i przygładził zmierzwioną grzywę. Delikatnie zastukał kołatką w masywne dębowe drzwi. Czekał przez dłuższą chwilę czując nieprzyjemnie napięcie. Wiedział o pułapce zamontowanej na wrotach, metalowe szpikulce przebijały każdego, kto próbował manipulować przy zamku. Teoretycznie nie powinny zaatakować jego, mimo to przezornie cofnął się o krok. Drzwi ze skrzypnięciem uchyliły się delikatnie, a w powstałej szparze ukazała się twarz. Człowiek o bladej twarzy i przenikliwych, jakby kocich oczach taksował Zarewę wzrokiem. Kiedy już skarcił go spojrzeniem, skinął lekko głową i otworzył szerzej drzwi. Bez słowa poprowadził go w głąb budynku. Zarewa z ciekawością spoglądał na lekko przygarbioną postać. Codringher poruszał się po posadzkach kancelarii bezszelestnie, prawdopodobnie dlatego, że na stopach miał puchowe laczki. Zamaszystym ruchem otworzył kolejne drzwi i wpuścił Zarewę do gabinetu. Przeszedł koło najemnika nie zaszczycając go nawet spojrzeniem i z rozkoszą klapnął w głębokim fotelu. Pogładził po karku kota siedzącego na stercie papierów w rogu biurka. Wskazał Zarewie krzesło naprzeciw siebie i znów utkwił swoje palące spojrzenie w twarzy zmieszanego zbira. - Witam ponownie w moich skromnych progach Zarewa - powiedział prawnik unosząc lekko kącik ust. - Witam panie Codrinhger - odpowiedział z szacunkiem. - Nie będę owijał w bawełnę stary druhu - zaczął adwokat - mam dla ciebie robotę, jak za starych dobrych czasów. Wiesz dobrze jak cenię twój miecz, czyż nie? Pamiętasz pewnie pana Vormana... Tak, ten obrzydliwie bogaty szlachetka, który zajął się handlem. Tak się składa, że kopnął w kalendarz. - Rzeczywiście smutna wiadomość... -Nie pieprz Zarewa. Nie żebym się przejmował jego śmiercią. Sprawa wygląda tak: Vorman junior strasznie się rzuca o spadek a to z kolei nie podoba się naszemu klientowi, który jest siostrzeńcem starego Vormana. Nie będę cię wprowadzał w szczegóły, bo na co ci to potrzebne? Twoje zadanie wygląda następująco: musisz uciszyć słodkiego juniora... najlepiej na zawsze, rozumiemy się?
Zredagowane przez Red Jacketa


