Może zacznijmy od zalet, których większość zawiera się w pierwszej części filmu - aż do przewidywanego przez wszystkich zaraz od momentu premiery IW podróży w czasie w celu odkręcenia pstryknięcia. Krajobraz po bitwie, przygnębienie i beznadzieja po "pstryknięciu" oddana jest znakomicie. Czuć ciężar panującego przygnębienia oraz zdarzeń, jakich doświadczyli bohaterowie. Niby jest tam gdzieś trochę żartów, ale generalnie atmosfera jest fenomenalna. Ogląda się to, jak na film komiksowy, jak na Marvela, bardzo ciężko. Jeśli ktoś przypomni sobie, jak to kiedyś DC chciało kręcić "poważne" i "dojrzałe" kino komiksowe, to teraz można się tylko uśmiechnąć z politowaniem, bo żaden film z biedauniwersum DC nie zbliżył się nawet do tej atmosfery. To, co gra Robert jako Tony Stark na początku filmu - rewelacja. Pomysł na odkręcenie tego co zrobił Thanos - bardzo sprawnie nakręcony i świetnie się klaruje. Każda postać zachowuje się w wiarygodny i charakterystyczny dla siebie sposób.
Drugim absolutnym plusem są efekty specjalne - ktoś pytał mnie kiedyś, jakie uważam za dobre. Ano właśnie te. W IW miejscami efekty robione przez kilka firm z branży były bardzo nierówne - tutaj Thanos wygląda rewelacyjnie, gdyby ktoś mi powiedział że to jest powiększony komputerowo pomalowany na fioletowo i podcharakteryzowany Brolin, uwierzyłbym. Magia. Również odmłodzenie i postarzenie kilku postaci wypada rewelacyjnie.
Niestety, po wyruszeniu na wyprawę w celu odzyskania Kamieni film baaaaaardzo wiele traci i mocno siada. Po kolei - przede wszystkim, o ile pierwsza część jest nakręcona tak, jak jeszcze w Marvelu nie widzieliśmy, bardzo "poważnie", tak druga to jest taki typowy Marvel wyprany ze scen akcji i to braciom Russo bardzo nieszczególnie wychodzi. Po pierwsze, sama akcyjka odzyskiwania kamieni w każdym z trzech wypadków (bo Avengers dzielą się wtedy na 3 zespoły) wypada bardzo blado, praktycznie niewiele się dzieje, akcja jest bardzo... statyczna, wypełniona fanservicem, a jeżeli gdzieś odbywa się walka (np. Cap vs Cap) to wygląda ona tak, jakby to kręcili Russo, którzy do tej pory potrafili świetnie podkręcić fizyczność komiksowych starć i przekazać masę i siłę bohaterów - czego przykładem CA:WS czy Civil War. Tutaj walki wypadają okrutnie płasko, sztampowo, nieciekawie. Również spotkania bohaterów z rozmaitymi znajomymi lub rodzinami wypadają czysto fanserwisowo i sprawiają wrażenie sztuki dla sztuki.
Przede wszystkim jednak - odzyskiwanie jest po prostu nieciekawe. Nigdzie bohaterowie nie muszą się popisać mega sprytem, zaawansowanym planem, niesamowitymi umiejętnościami... Po prostu wchodzą i zabierają. Tak, tak po prostu, napotykając relatywnie niewielkie przeszkody.
Wyjątkiem jest scena, w której ginie Widow i to jest akurat jakaś tam niespodzianka, a przez to emocje, bo wielu spekulowało, że po tak perfidnym foreshadowingu i pokazywaniu nachalnie rodziny Hawk Eye umrze jeszcze w Avengers 2

Co jest jednocześnie smutne nie tylko dlatego, że w końcu ginie BOSKA SCARLETT, ale głównie dlatego, że Hawk Eye to tak bezjajeczna, nudna i nieciekawa postać, że nie wyobrażam sobie (i nie tylko ja) pełnometrażowego filmu z nim w roli głównej. To bohater, bez którego Avengers mogliby się obejść. No, ale jest jak jest.
Po zebraniu Kamieni wielkimi krokami zbliża się finałowa bitwa, która... Jest jedną z absolutnie najgorszych finałowych bitew ze wszystkich filmów MCU i stwierdzam to z całą stanowczością. Czekałem, czekałem, aż nastąpi ten moment, w którym bracia Russo pokażą, na co ich stać, a co przecież już widzieliśmy, ale... No niestety. Plotki się potwierdziły i finał sprowadza się do mało strawnej CGI napierdalanki w dwóch etapach:
1. Thanos vs Cap&Thor&Iron Man + jakaś nędzna akcja Hawk Eye - tutaj największym minusem jest tradycyjnie to, że walka rozgrywa się w jakiejś bezkształtnej szarej brei i jest skrajnie nieciekawa, a przy tym mało konsekwentna - niepojęte dla mnie jest to, że bohaterowie bogatsi o nowe doświadczenia, świadomość stawki i mocy Thanosa oraz dodatkową broń (Thor ma dwa młoty) dostają takie wciry od "gołego" Thanosa, jak we wcześniejszej części, gdzie posiada przecież już kilka Kamieni. Bez kitu - nie są w stanie mu dalej zagrozić.
2. Walka wszystkich ze wszystkimi - i jest to totalna CGI padaka z jednym tylko dobrym momentem - zebraniem wszystkich i epickim w tym kontekście tekstem Capa "Avengers - assemble!". Natomiast to, co następuje potem - tragedia. Naparzanka bez ładu i składu, fatalnie zrealizowana - bitwa w wygodnych dla scenariusza momentach znika, by mogło nastąpić kameralne spotkanie jakiś bohaterów - dosłownie, niemal nic się wtedy nie dzieje - cisza, spokój, choć chwilę wcześniej wszędzie było pełno większych i mniejszych CGI enemy i cały gąszcz postaci. Przyboczni Thanosa - mięso armatnie, totalnie niewykorzystani. Jak zresztą większość Avengers i ich znajomych. Tutaj nie udała się sztuka dokonana we wcześniejszych częściach, gdzie mimo natłoku postaci każda ma jakąś mini-heroic akcję. Np. Groot wyłącznie statystuje, dosłownie. Dodatkowe minusy idą za - zgodnie z przewidywaniami marginalne wykorzystanie Captain Marvel, która jest kompletnie nieprzydatna w walce z Thanosem, a na pewno nie tak, jak ją przedstawiano oraz będąca chyba hołdem dla naszych czasów scena, w której dziwnym przypadkiem w chaosie bitwy wszystkie bohaterki w geście kobiecej solidarności jajników gromadzą się i ruszają wspólnie do szarży <facepalm>
Także finał ewidentnie jest słabiutki i nie domaga, epą, brakiem dobrych one-linerów i sensem ustępując nie tylko poprzednikowi, ale chociażby CA:WS. Tak, tak właśnie jest.
Epilog jest trochę lepszy, pogrzeb jednej z dwóch prawdziwych ofiar walki - czyli Tony'ego Starka wyciskał z widowni łzy, natomiast odejście Capa na emeryturę, przekazanie tarczy i pokazanie jego cudownej miłości - już znacznie gorsze i przesadnie ckliwe.
Także faktycznie jest to koniec gry - Iron Man zostaje bez namaszczonego następcy (zapewne jego rolę przejmie Pots, choć jej wbicie się w kostium jest totalnie od czapki, bo nigdy nie przejawiała chęci do ubrania zbroi, a nawet wręcz przeciwnie aż tu nagle na finał zjawia się w pancerzu jak gdyby nigdy nic), Cap przekazuję tarczę Falconowi - też z czapki w sumie, bo znacznie bardziej odpowiedni byłby Bucky.
Podsumowując - to nie jest zły film, ale głównie dzięki pierwszej połowie. Mimo, że poprzeczka była ustawiona niezwykle wysoko, jest to rozczarowanie. Potencjał był znacznie większy. Smuteczek. Deymos odmeldowuje się!