Marvel Cinematic Universe

+

Marvel Cinematic Universe

  • Team Captain America

    Votes: 18 33.3%
  • Team Iron Man

    Votes: 32 59.3%
  • Team Darryl

    Votes: 4 7.4%

  • Total voters
    54
Świeżo po seansie Fantastycznej Czwórki.
Czy jest fantastyczna? Czy jest czwórką? Zaraz się dowiecie!

Zacznę od tego, że zupełnym przypadkiem nabyłam bilety do sali Helios Dream i całkiem jest możliwe, że otoczenie znacząco wpłynęło na moją ocenę filmu (in plus) - rozkładane, miękkie, szerokie fotele z mnóstwem miejsca dookoła, wizja i fonia jakby lepsze... bardzo kameralne, wytłumione, mięciutkie okoliczności przyrody. Jeśli będziecie mieć wybór - bierzcie Dream.

Moje oczekiwania co do filmu były najdoskonalej żadne, ewentualnie lekko letnie. "Hype" na Marvela skończył się u mnie wtedy, kiedy zaczął się Disney i totalna, bezsensowna nadprodukcja tytułów, niczym na akord. Na co to komu. Dużo fajniej się czekało na kolejne części; subiektywnie orzekam, że w tym czekaniu jest metoda. Jak mówi mało parlamentarne porzekadło: "za dużo to i świnia nie chce". Nie wiem, czy Disney wyciąga z tego jakąś lekcję i jest mi, prawdę mówiąc, wszystko jedno; coś się bezpowrotnie zgubiło. Bez tej otoczki oczekiwania i rozkminiania to są po prostu kolejne filmy, które oglądam. Albo nie. Ten akurat obejrzałam i....
...i jest dobrze. Jest fajnie.

Estetyka - jak ją sobie na własny użytek nazywam - SMEG, czyli lśniące obłości rodem z Ameryki lat 70-tych, retrofuturyzm na pełnej, ale z twistem, nie trąci nic tam myszką, choć mamy i płyty a la winyl do nagrywania, i śmieszne telewizorki włączane ręcznie, i przerysowane stroje, a jednocześnie statki kosmiczne pokonujące tunele kwantowe, i inne takie elementy jak np.
teleportacja.
Podoba.
Bardzo jest to komiksowe, momentami miałam wrażenie, że czytam sobie zeszyty Archiego ze specyficzną kreską i humorem, leżącym daleko od współczesności i trendów "edgy". Podoba.
Fabuła... to chyba najsłabszy element filmu, dla mnie cały seans to była ekspozycja postaci "na tle" i historia może nie tyle pretekstowa, co taka... chyba też w sumie rodem z komiksów z tamtych lat. Tu trochę spoilerowo polecę już: ciekawy zabieg występuje na początku, to znaczy
nasi bohaterowie są nam - i widowni na ekranie - prawilnie przedstawiani/przypominani, łącznie z ich historycznymi dokonaniami. Konwencja tego jest bardzo lekka, pokrótce pokazane są walki z bossami, vibe jak w recapie w "Atomówkach" albo Lego Marvel Superheroes, format zabawny i taki bezproblemowy, *wink wink* zamiast nadęcia. Jest to o tyle fajne, że pozwala poznać bohaterów, jeśli się o nich wcześniej nic nie wiedziało. Po tym płynnie przechodzimy we właściwą historię i tu jest już ciężar inny, i chyba to nie do końca dobrze wybrzmiewa po wspomnianym wstępie. Z drugiej strony jednak to jest kolejny złol, kolejna - jak się bohaterom wydaje - zwycięska potyczka na zasadzie "lecimy, spuszczamy manto, wracamy w glorii, dzień jak co dzień", więc w tym aspekcie jakoś się to klei.
Całość, moim zdaniem, mimo wszystko nieco zgrzyta i może rozczarować. Ja tam się bawiłam nie najgorzej jednak.
Postacie obsadzone dobrze, miejscami bardzo dobrze.
Humor nienatrętny, daleko od SG1 czy T: Ragnaroka, ale to akurat może tylko lepiej, bo nawet taki format może się przejeść. Nie jest cringowo, i to najważniejsze. Bo mogłoby.
Wizualnie - zważywszy na estetykę - jest dobrze, ale ja się rzadko kiedy czepiam przerysowanego CGI, więc mogę tu nie być lakmusem.
Motyw muzyczny F4 przewija się subtelnie, acz wyczuwalnie, co mi się niezmiernie podoba.

Podsumowując: uważam, że to jest bardzo dobre wprowadzenie ekipy do aktualnego uniwersum, chociaż miękkie i bez pierdyknięcia, co może się nie podobać.
Daję temu filmu między 7 a 8 na 10, było fantastycznie i chętnie zobaczę, co tam namiejszają z Doomem, potencjał fabularny jest duży, a zderzenie naszej Czwórki
?
z Mścicielami może być naprawdę bardzo ciekawe (namiastkę poniekąd mieliśmy w uniwersum obłędu i to ma szansę zagrać).

PS.
Galactus miał być absolutnie wszechpotężny, tu tak trochę przeleciał jak, nie wiem, bąk strzelony głośno w towarzystwie: narobił smrodu, zapowiadało się grubo, a finalnie tyle go widzieli - ale nie będę się czepiać, bo to również wpisuje się w rozmaite komiksowe zeszyty i sposoby pokonywania Wielkich Złoli nie zawsze widowiskowo i nie zawsze z sensem. Przeważnie złole potem wracają i lecimy od nowa, co począć, taki jest los superbohaterów, za to mają płacone.
 
Znalazłem chwilę czasu, żeby w końcu nadrobić IronHeart. Nie taki diabeł straszny, jak go malują, a ten serial nie jest taki zły jak o nim opowiadają :p Nie jest to może arcydzieło telewizyjne, ale pomijając beznadziejną końcówkę, całkiem normalnie się to ogląda i co chwile nie rzuca do pilota, żeby wyłączyć :p
 
Obejrzałem F4, zachęcony pozytywnymi recenzjami, które dominują w necie. Wrażenia raczej pozytywne, także nie żałuję :). Jest to film nieco zbliżony swoim przerysowaniem i feel good vibem do Supermana, niemniej wywołujący (przynajmniej u mnie) zdecydowanie mniejsze emocje, nie tak zabawny, no i bez psa...

Oglądając trailery miałem wrażenie, że F4 może okazać się straszną klapą jeśli chodzi o aspekt wizualny, zwłaszcza pod kątem efektów specjalnych. Do takiej kiepścizny nas MCU zdążyło zresztą już przyzwyczaić. Na całe szczęście w samym filmie akurat warstwa wizualna ogólnie wypada bardzo dobrze. To jeden z lepiej wyglądających filmów Marvela od dawna. Przebija też zdecydowanie Supermana. Dostajemy świetną, klimatyczną scenografię. Wspaniałe sceny kosmiczne, gdzie momentami naprawdę można zrobić "wow". Do tego fajne kostiumy i dobrze prezentujące się postacie. Miałem obawy o to, jak będzie wyglądał Ben w ruchu, ale okazuje się, że wyszło spoko.

Klimat filmu jest wg mnie jego największą zaletą. Ten retrofuturystyczny swiat oraz interakcje między postaciami wypadają świetnie. Całość jest odseparowana od reszty MCU, więc doświadczenie całkiem świeże, bez problematycznych naleciałości, no i film nie ma też przez to żadnego problemu, by stać twardo na własnych nogach. Jest skupiony na postaciach, a to się ceni. Aktorsko wypada dobrze i szybko polubiłem wszystkich głównych bohaterów, a najbardziej Johnny'ego, czego w sumie się nie spodziewałem. Quinn jednak świetnie sprzedaje tą postać i dostaje okazję, by móc zabłysnąć (hehe), także propsy dla aktora i dla twórców. Bena jest trochę za mało, tj. jego wątek osobisty wydaje się nieco pocięty, ale fajnie się go ogląda na ekranie tak czy siak. Co do Sue i Reeda, tutaj od początku nie miałem większych wątpliwości, że będzie dobrze, i się nie zawiodłem.

Film jest nieco dziwny jeśli chodzi o swoją strukturę i fabułę. To co początkowo fajnie się udaje zarysować później gdzieś siada. Niestety w środku pojawia się trochę nudny i rozmemłania, a twórcy nie wykorzystują w pełni potencjału swoich postaci i uniwersum. Finał uważam za dość słaby. Nie na tyle, by "zabić" film, ale fabularnie jest kiepsko, a sposób ukazania power leveli... szwankuje, o.

W pierwszej części filmu Galactus został świetnie wprowadzony i miał potężną aurę. Tymczasem ostatecznie został pokonany (wiem, że nie na zawsze, no ale nie o to chodzi) trochę jak taki randomowy złol średniego kalibru z jakiegoś serialu. Bohaterowie w znacznej mierze walczyli z nim zaskakująco skutecznie swoimi mocami, a Sue dostała nawet swój Wanda moment i mierzyła się z nim niemalże 1 vs 1. Kompletnie to do mnie nie przemawiało, zwłaszcza że mówimy tu o postaci przedstawianej jako istota starsza niż Wszechświat, wręcz niby bóg lub prawo natury. Dla porównania gdy Dr Strange mierzył się z czymś podobnym w swoim filmie (Dormammu), to sposób, w jaki villain został pokonany, był znacznie lepiej zrealizowany. Tutaj to wyszło na to, że Galactus robi aura farming, ale gdy przychodzi co do czego, to już nie jest *aż tak* źle z walką z nim.

Tak na marginesie, rozumiem konwencję filmu i jego "komiksowość" zakładającą znaczny poziom tolerancji na różne głupoty, ale rozważanie w filmie na serio (a nawet przejście w fazę przygotowawczą) pomysłu przeniesienia Ziemi w inne miejsce w galaktyce jak gdyby nigdy nic jakimś teleportem to było dla mnie nieco za dużo xD.

Ocena ogólna? 7/10. Jest dobrze, ale nie bardzo dobrze. Obejrzeć warto, jeśli ktoś akceptuje kino superbohaterskie, oczywiście.

Cóż, ciekaw jestem, jak tam wypadnie Doomsday. Setup pod Dooma w MCU niewielki, bo przez lata przygotowywano grunt pod Kanga, a nie Dooma. Różne rzeczy się słyszy o sposobie pracy nad filmem, w tym o rzekomym braku ukończonego scenariusza, co nie nastraja pozytywnie, no ale to tylko plotki, więc może nie ma czym się przyjmować...
 
To ja może rozwinę swoją wypowiedź sprzed kilku postów :D

Dla mnie film to 5/10. Oczka za wizualia oraz pierdzenie oczu Galaktusa.

Niestety, ale dla mnie fabuła oraz, co gorsza, postaci, to największy mankament tego filmu. Nie przekonały mnie, nie przywiązałem się, są płaskie, nieciekawe, humor 50/50, nie zależało mi na śledzeniu ich losów, a cienka fabuła nie pomagała w tym. Nie przechodzą żadnej przemiany, nie mają wątpliwości... Poza Surferką, która jest spoko i ma jakąś drogę, ale jest jej mało. Reed jedna smutna mina przez cały film.

Na tle Supka strasznie blado. Film nijaki.
 
W pierwszej części filmu Galactus został świetnie wprowadzony i miał potężną aurę. Tymczasem ostatecznie został pokonany (wiem, że nie na zawsze, no ale nie o to chodzi) trochę jak taki randomowy złol średniego kalibru z jakiegoś serialu. Bohaterowie w znacznej mierze walczyli z nim zaskakująco skutecznie swoimi mocami, a Sue dostała nawet swój Wanda moment i mierzyła się z nim niemalże 1 vs 1. Kompletnie to do mnie nie przemawiało, zwłaszcza że mówimy tu o postaci przedstawianej jako istota starsza niż Wszechświat, wręcz niby bóg lub prawo natury. Dla porównania gdy Dr Strange mierzył się z czymś podobnym w swoim filmie (Dormammu), to sposób, w jaki villain został pokonany, był znacznie lepiej zrealizowany. Tutaj to wyszło na to, że Galactus robi aura farming, ale gdy przychodzi co do czego, to już nie jest *aż tak* źle z walką z nim.

Tak na marginesie, rozumiem konwencję filmu i jego "komiksowość" zakładającą znaczny poziom tolerancji na różne głupoty, ale rozważanie w filmie na serio (a nawet przejście w fazę przygotowawczą) pomysłu przeniesienia Ziemi w inne miejsce w galaktyce jak gdyby nigdy nic jakimś teleportem to było dla mnie nieco za dużo xD.
Zgodzę się równo do połowy:
Aura Galactusa z pierwszej części całkiem inna, mocarność, tajemnica, mocarność jeszcze bardziej (natychmiastowe skojarzenie z poziomem mocy Celestian czy właśnie Dormammu, tu lanie po gębie nic nie da) vs. konsekwentne próby lania po gębie w mieście kogoś, kto miał być TAKI WIELKI. I skala tu trochę popsuła, bo jak on tak maszeruje między budynkami sięgającymi mu do ramion, to się paradoksalnie wcale nie wydaje duży. Jest za to niezgrabny siakiś, zagubiony, drzewka wącha. Dziwne, nie pasuje. Tu zgoda, że skiepścili.
Co do Wanda moment natomiast, to ja to sobie przetłumaczyłam jako SIŁĘ MATKI: zagrożenie dla kaszojadka zwiększyło wielokrotnie jej moce i pozwoliło niemal pokonać wroga SIŁOM-MIŁOŚCI, największej mocy we wszechświecie, hehe. Nie mówię, że to logiczne i mądre, zapewne za to nieco bumerskie, ale mi pasuje do komiksowego przerysowania i takiego quasi-patosu, o którym się wprost w dymkach nie mówi, a który się czuje na widok łopocącej amerykańskiej flagi albo weteranów z Wietnamu, taki vibe sprzed lat.
 
Zgodzę się równo do połowy:
Aura Galactusa z pierwszej części całkiem inna, mocarność, tajemnica, mocarność jeszcze bardziej (natychmiastowe skojarzenie z poziomem mocy Celestian czy właśnie Dormammu, tu lanie po gębie nic nie da) vs. konsekwentne próby lania po gębie w mieście kogoś, kto miał być TAKI WIELKI. I skala tu trochę popsuła, bo jak on tak maszeruje między budynkami sięgającymi mu do ramion, to się paradoksalnie wcale nie wydaje duży. Jest za to niezgrabny siakiś, zagubiony, drzewka wącha. Dziwne, nie pasuje. Tu zgoda, że skiepścili.
Co do Wanda moment natomiast, to ja to sobie przetłumaczyłam jako SIŁĘ MATKI: zagrożenie dla kaszojadka zwiększyło wielokrotnie jej moce i pozwoliło niemal pokonać wroga SIŁOM-MIŁOŚCI, największej mocy we wszechświecie, hehe. Nie mówię, że to logiczne i mądre, zapewne za to nieco bumerskie, ale mi pasuje do komiksowego przerysowania i takiego quasi-patosu, o którym się wprost w dymkach nie mówi, a który się czuje na widok łopocącej amerykańskiej flagi albo weteranów z Wietnamu, taki vibe sprzed lat.
Wiesz, z tym wąchaniem... człowiek też lubi sobie powąchać swoje żarcie przed obiadem :coolstory:.

Co do SIŁY MATKI to oczywiście twórcy chcieli tak to przedstawić. Natomiast gdyby Galactusa dało się tak o, matczyną miłością pokonać, to w ogóle nie byłby zagrożeniem na poziomie boskim, połykając niezliczone liczby planet... w tym takie z matkami zapewne. Znając siebie to koncept podobałby mi się bardziej, gdyby Sue przyczyniła się do pokonania Galactusa, zginęła i już nie "zmartwychwstała", bo jednak takie poświęcenie byłoby czymś ciekawszym. Słabo to jednak pasuje do feel good movie, więc musieliby więcej pozmieniać. No i kiepsko stracić jedną postać w super-rodzinie już w pierwszym filmie. Tak czy siak, z obmyśleniem metody na Galactusa mogli się nieco bardziej postarać, bo jego epizod na Ziemi wypadł słabo moim zdaniem, a cała "magia" postaci gdzieś uleciała.
 
Ok, po namyśle przyznaję więcej racji, całokształt mocno osłabił coś, co miało być wielkim ło-ho.
Inna sprawa, że
Galactus nie został w żadnym razie pokonany, tylko zepchnięty z rowerka takim właśnie prościutkim, dziecinnym sposobem, numerem z zaskoczenia i na jeden raz. Można domniemywać, że on sobie nadal gdzieś tam siedzi i się pasie, rośnie w siłę i może jeszcze wrócić.
CHOĆ wtedy to by był już całkiem przegięty klimat rodem z Dragon Balla i "nie jeden złol, a dwóch!"... oczywiście również do pokonania, bo dobro zwycięża, ale wiarygodność tego żadna, o ile w ogóle można rozpatrywać historie o superbohaterach w kategorii wiarygodności xD... chyba że umar z głodu albo potajemnie wziął i znikł, jak Kang, taka dyskretna ewaporacja z uniwersum - w zasadzie każdy scenariusz bardziej niemądry od poprzedniego.
 
Na 100%
sobie gdzieś tam jest. Nawet jak Reed omawiał plan z teleportem to wspominał, że chodzi o to, by gdzieś Galactusa tam wywalić w kosmos, daleko, gdzie będzie dryfował bez swojego statku, więc szybko na Ziemię nie wróci. Natomiast nie jest to rozwiązanie permanentne. Takiego nie znaleźli i pewnie nie znajdą, bo to raczej nie postać tego rodzaju, że się ją da zniszczyć i pa, spokój. Może kiedyś wróci w jakimś innym filmie, choć z uwagi na fakt, że obecnie wchodzi Doom, to pewnie nieprędko. Nie wiemy też, co się stało z Surferką, ale pewnie nic dobrego.
 
Na 100%
sobie gdzieś tam jest. Nawet jak Reed omawiał plan z teleportem to wspominał, że chodzi o to, by gdzieś Galactusa tam wywalić w kosmos, daleko, gdzie będzie dryfował bez swojego statku, więc szybko na Ziemię nie wróci. Natomiast nie jest to rozwiązanie permanentne. Takiego nie znaleźli i pewnie nie znajdą, bo to raczej nie postać tego rodzaju, że się ją da zniszczyć i pa, spokój. Może kiedyś wróci w jakimś innym filmie, choć z uwagi na fakt, że obecnie wchodzi Doom, to pewnie nieprędko. Nie wiemy też, co się stało z Surferką, ale pewnie nic dobrego.
No i dlatego to nie jest do końca taka straszna wtopa, bo, ostatecznie
to nie było "pokonanie ogromnego złola siłą miłości i mięśni", tylko taka właśnie - jak w filmie zresztą to nazwali - cwana dźwignia, która na jakąś chwilę (na 50/100 lat, na uniwersum Ziemi-828 etc.) usunęła z planszy coś, czego ostatecznie pokonać się nie da, w każdym razie nie tym składem.
W tym kontekście to już się bardziej klei fabularnie wg mnie, i nie razi aż tak.
 
Jak tak wczytuję się w Wasze opinie o „Czwórce”, to utwierdzam się w przekonaniu o słuszności wyboru Gunna jako superbohaterskiego widowiska na to lato. Tegoroczne odsłony MCU poczekają na streaming.

Szkoda, że pieczołowita kreacja retrofuturystycznego świata, świeżość płynąca z jego odseparowania od sagi i postacie z potencjałem zostały potraktowane, jak się wydaje, tak płasko i sztampowo, ale z osądem powstrzymam się oczywiście do nadrobienia. Ciekawi mnie jednak powracająca w recenzjach wzmianka o ścisku czy też raczej braku przestrzeni na oddech, zupełnie, jakby za wszelką cenę chciano zamknąć metraż poniżej dwóch godzin. Może właśnie rozwinięcie paru motywów nadałoby całości rumieńców?

Wiadomo, że pandemia eskalowała pewne nieuniknione zmiany w kulturze kinowej, a w dodatku szczyt zainteresowania adaptacjami tych komiksów przypadł na 2019 rok i poczucie zmęczenia materiału wśród widzów jest faktem. Niemniej, jak to jest, że to DCU zmagające się na domiar złego z nadszarpniętą reputacją i próbujące odzyskać dobrą wolę odniosło największy w tej sferze tegoroczny sukces finansowy?

„Brave New World” zarobił $415 mln (w tym 200 w USA), co zawdzięcza brakowi bezpośredniej konkurencji w swoim dwumiesięcznym oknie dystrybucji kinowej. Co i tak nie wystarczyło, by zwrócić koszta. Oficjalnie podany budżet wynoszący $180 mln wygląda zresztą na podejrzanie niski.

„Thunderbolts*” pomimo ogólnego entuzjazmu i wysokich ocen stanęli na $392 mln (w tym 190 w USA), co „zawdzięczają” ostrej konkurencji, w końcu otwierali okres letni. W budżet szacowany również na $180 mln akurat można uwierzyć z uwagi na mniejszą skalę i brak zakulisowych dramatów, niemniej, jest to niepowodzenie finansowe. Kto wie, czy jakby zamienić premiery tych dwóch filmów miejscami, to "Thunderbolts*" nie przynieśliby zysku?

Teraz „F4” przełamała $200 mln na światowe otwarcie, ale już na tym etapie na wewnętrznym rynku widać spadki większe, niż w przypadku „Supka”, więc ciekawe, dokąd doleci: zapewne przynajmniej do $500 mln, ale czy finalny wynik wystarczy, żeby przynieść zysk? Budżet to ponoć (nieco?) ponad $200 mln, więc ciekawe, gdzie się zatrzyma.

Wnioski takie, że USA pozostają jedynym regionem nadal zakochanym w tym gatunku, obecnie generując przynajmniej blisko połowę ogólnych przychodów. Te z zewnętrznych rynków oklapły przez zapaść na rosyjskim, południowokoreańskim i przede wszystkim chińskim rynku. Chyba trzeba pilnować tych budżetów, ot co. Tyle z analitycznej żyłki. W przyszłym roku MCU wystawia czwartego „Spider-Mana”, który niezależnie od jakości powinien z łatwością wygenerować $600 mln+ oraz „Doomsday” z potencjałem na grubo ponad miliard.​
 
Last edited:
Niemniej, jak to jest, że to DCU zmagające się na domiar złego z nadszarpniętą reputacją i próbujące odzyskać dobrą wolę odniosło największy w tej sferze tegoroczny sukces finansowy?
Być może dlatego, że DC tym razem oferuje coś świeżego. Przez lata kojarzyło się z tymi snyderowskimi gniotami oraz z późniejszymi flopami finansowymi. Sam Gunn przecież też był częścią tego "sukcesu", gdyż jego The Suicide Squad zarobił... 168 mln USD w box office. Budżet produkcji wynosił 185 mln USD :coolstory:.

1753975504606.png


Tak sobie patrzę na tabelę i naklepali tych filmów od groma, ale od czasów pierwszego Aquamana żaden film DC nie dobił nawet do 500 mln USD w box office. Podejrzewam, że w latach 2019-2023 pewnie jedyny film, który realnie coś zarobił, to "Shazam!". To uniwersum było filmowo martwe, tylko bardzo nie chciało się z tym pogodzić. Restart był zatem bardzo potrzebny.
 
U mnie wrażenia z Fantastycznej Czwórki tak średnio na jeża. Nie był to zły film, bawiłem się nieźle, ale oczekiwałem zdecydowanie więcej.

Bardzo podobał mi się ten retro-futurystyczny świat, w którym technologia poszła w innym kierunku niż u nas. Było to fajnie wystylizowane i klimatyczne. Problem w tym, że był to pierwszy i raczej jedyny film w tym uniwersum, bo lecimy już szybciutko do crossovera. Spore marnotrawstwo. Zamiast tracić czas i zasoby na bzdurne i nic nie wnoszące do całej franczyzy projekty to mogli już wcześniej ruszyć z Fantastyczną Czwórką zostawiając Galactusa na drugi albo i trzeci film, a wcześniejsze produkcje wykorzystać na przedstawienie i zbudowanie postaci Victora Von Dooma, no ale po co...

Co do pozostałych elementów filmu to bohaterowie przypadli mi do gustu, relacje między nimi, te bardziej emocjonalne momenty. Nie było idealnie, ale na pewno lepiej niż w poprzednich Fantastycznych Czwórkach. Podobały mi się też efekty, może poza płomieniami Johnny'ego*, ale już np. Surferka, która na zwiastunach wyglądała słabo wizualnie, w samym filmie wypada bardzo dobrze. Galactus też wyglądał świetnie i był bardzo monumentalny.

Co zatem było dla mnie problemem? Przede wszystkim fatalni antagoniści, w których było widać potencjał, ale nie został on dostatecznie wykorzystany. Galactus budził respekt i grozę na początku, a jak przyszło co do czego to... IKS DE. Podobnie z Surferką, której dylematy zapowiadały coś ciekawego, a ostatecznie kolejny zawód. Cała fabuła też była strasznie durna, a finał to nieporozumienie. Doctor Strange pokazał jak pokonać przeciwnika, którego potęga wymyka się jakimkolwiek kategoriom za pomocą sposobu, a nie na gołe klaty. Tutaj mogło być podobnie, a wyszło fatalnie.

Wisienką na torcie jest pierwsza scena po napisach wprowadzająca oczywiście do Avengers. Skisłem. Porównując to do sceny po napisach z pierwszej części Avengers to... no cóż, nie ma porównania.

Podsumowując, tragedii nie ma, na tle wielu innych produkcji Marvela z ostatnich lat ten film wypada ok, bo są tu naprawdę świetne elementy, ale te zachwyty w sieci są dla mnie trochę niezrozumiałe. Choć z drugiej strony, sam już tutaj pisałem, że MCU po Końcu Gry jest w takim stanie, że wystarczy ok-produkcja z fajnymi bohaterami, która nie wygląda jak kupsko żeby ludzie byli zadowoleni, bo tych naprawdę dobrych nie ma prawie wcale. Nawet te bardziej oryginalne filmy czy seriale, które mogły być powiewem świeżości cierpią na masę problemów.

Wracając jeszcze do Avengers i problemu Dooma to naprawdę nie widzę tutaj przestrzeni na zbudowanie postaci. Między debiutem Thanosa w scenie po napisach z Avengers a faktyczną konfrontacją w Wojnie Bez Granic mieliśmy kilka gościnnych występów tej postaci ze szczególnym wskazaniem na Strażników Galaktyki. Thanos miał tam bardzo małą, ale znaczącą rolę, a widzowie mogli poznać jego motywacje, zobaczyć jaki budzi respekt w wielu zakątkach wszechświata i do czego jest zdolny żeby zreazliować swoje cele. W dodatku cele, które z jego punktu widzenia były słuszne i z pożytkiem dla całego uniwersum.

Coś takiego próbowano robić z Kangiem i choć wychodziło to tak sobie (jak wszystko w MCU obecnie) to jednak było widać jakiś plan. Kiepskie opinie o tej postaci w połączeniu ze smrodem jakiego narobił sobie aktor sprawiły jednak, że wszystko wywalili do kosza i na szybko wprowadzili tego Dooma, na którego nie ma już czasu. Pomiędzy Fantastyczną Czwórką a Avengers: Doomsday czeka nas jeszcze tylko nowy Spider-Man (nie licząc mało istotnych seriali) i to w zasadzie tylko dlatego że Avengers się przesunęło, bo oryginalnie Pajęczak miał zadebiutować już po. Oczywiście wcale się nie zdziwię jak go tam jakoś wepchną, choćby w scenie po napisach, ale co by teraz nie zrobili to i tak za mało i za późno.

*Zastanawia mnie kwestia ubrań bohaterów. O ile superbohaterskie uniformy przystosowane do poszczególnych mocy (np. ognioodporne) są jak najbardziej zrozumiałe tak zwykłe ciuchy? Johnny nie raz i nie dwa odpalał płomienie będąc po cywilnemu i jakoś nic się z nimi nie działo. To samo w przypadku Reeda czy Sue. Tylko ja tutaj dostrzegam błąd logiczny? A może nie zauważyłem jakiegoś detalu, który to tłumaczył?
 
To ja może rozwinę swoją wypowiedź sprzed kilku postów :D

Dla mnie film to 5/10. Oczka za wizualia oraz pierdzenie oczu Galaktusa.

Niestety, ale dla mnie fabuła oraz, co gorsza, postaci, to największy mankament tego filmu. Nie przekonały mnie, nie przywiązałem się, są płaskie, nieciekawe, humor 50/50, nie zależało mi na śledzeniu ich losów, a cienka fabuła nie pomagała w tym. Nie przechodzą żadnej przemiany, nie mają wątpliwości... Poza Surferką, która jest spoko i ma jakąś drogę, ale jest jej mało. Reed jedna smutna mina przez cały film.

Na tle Supka strasznie blado. Film nijaki.
Dokładnie mam to samo, co opisałeś!

Tylko po seansie Supka.

I nie, nie powiem, że fabuła F4 była wybitna, bo w żadnym stopniu nie była, ale jest tak samo przeorana jak to, co pokazał Gunn. Żadnego z tych filmów nie można pochwalić za ten element.

Żartów było, jak na standardy Marvela, nawet mało (a porównując do Love and Thunder to prawie nic) i nie czułem strasznego ich wciskania na siłę.

CGI było na dość dobrym poziomie, raziły w oczy głównie sceny z Franklinem.

Oba filmy były przyjemne w odbiorze jako całość, natomiast w moim prywatnym rankingu, F4 ląduje jednak wyżej niż Superman.

@Yngh @undomiel9
Co do "nerfa" Galactusa. Można powiedzieć, że to Sue dostała w tym temacie po łapkach, bo w komiksach potrafiła też zdziałać dużo więcej, chociażby w walkach przeciw Celestialsom.
 
Obejrzałem Oczy Wakandy i jestem pozytywnie zaskoczony, bo po zwiastunach nie nastawiałem się na nic dobrego.

Serial jest zrobiony w podobnym stylu co What If czy Arcane, ale wyróżnia się prezentując własną tożsamość. Podoba mi się że choć każdy z półgodzinnych odcinków opowiada inną historię w innych czasach to nie miałem poczucia, że całość zaczyna się w losowym momencie po czym nagle urywa. Fabuła skupia się na wątku przedstawionym w Czarnej Panterze czyli Psach Wojny - tajnych agentach Wakandy wykonujących misje poza granicami kraju. Agentach, którzy po zobaczeniu jak wygląda świat zewnętrzny dostrzegają kłamstwa i problemy życia w odizolowanym kraju; agentach, którzy po powrocie do domu czują się w nim obco i nie potrafią odnaleźć dla siebie miejsca; agentach, którzy dla dobra ojczyzny musieli poświęcić przyjaźń, miłość czy nawet własną tożsamość, a w zamian otrzymywali tylko kolejne misje. To dość prawdziwe sytuacje znane też z naszego świata. Wisienką na torcie jest ciekawe połączenie z pierwszym filmem o Czarnej Panterze.

Podoba mi się też to o czym pisałem odnośnie Przyjaznego pająka z sąsiedztwa - mimo iż serial jest skierowany do młodszych widzów to twórcy nie bali się pokazywać krwi czy śmierci. Jest tego całkiem sporo więc można odczuć stawkę.

Chyba jedyne do czego mógłbym się przyczepić to dziwna niekonsekwencja językowa. Jak pewnie niektórzy pamiętają, lubię kiedy język w filmie, serialu czy grze pasuje do czasu i miejsca akcji więc zawsze zwracam na to uwagę. Tutaj jeden z odcinków rozgrywa się w starożytnej Grecji, ale Grecy mówią w nim po angielsku. Z kolei inny odcinek zabiera nas do Chin i tam już trochę dialogów po chińsku usłyszymy.

Podsumowując, naprawdę fajna rzecz i aż szkoda że to tylko cztery odcinki. Chociaż może to i lepiej dostać cztery odcinki, które dostarczyły mi rozrywki niż np. dziesięć gdzie zacząłbym się nudzić w połowie.
 
Być może dlatego, że DC tym razem oferuje coś świeżego. Przez lata kojarzyło się z tymi snyderowskimi gniotami oraz z późniejszymi flopami finansowymi. Sam Gunn przecież też był częścią tego "sukcesu", gdyż jego The Suicide Squad zarobił... 168 mln USD w box office. Budżet produkcji wynosił 185 mln USD :coolstory:.
Oczywiście, dokładnie erę DCEU Snydera i jej pochodne miałem na myśli przez „DCU zmagające się na domiar złego z nadszarpniętą reputacją i próbujące odzyskać dobrą wolę”.

Dlatego głośno podziwiam, że to „Superman” pomimo takiego bagażu źle kojarzonego z marką (prawdopodobnie) zajmie pierwszą lokatę, jeśli chodzi o zarobki tegorocznych widowisk z tej szufladki. Co pewnie przede wszystkim świadczy o kondycji MCU. Chociaż może to nie do końca sprawiedliwa teza, wszak Supek to ikona, która na starcie ma sporą bazę widzów?

Stając w obronie Gunna, z tym „The Suicide Squad” sprawa jest taka, że to jednak był 2021 rok, kiedy te filmy miały premierę kinową w ten sam dzień, co na platformach streamingowych. Choć znowu, gwoli uczciwości, produkcjom MCU wiodło się w tych warunkach lepiej… Także jestem ciekaw, jaki wynik wykręciłby „TSS” dzisiaj. Tyle z delikatnego off-topu. :)
 
Nie jestem jakimś fanem historii z Zombie, ale pewnie zobaczę.
Patrząc na tą zapowiedź od razu przypomniał mi się jeden z odcinków What if...?
 
No tak, to jest rozwinięcie tego wątku, ale teraz z wysoką kategorią wiekową więc nie muszą się hamować.
 
Najprawdopodobniej Avengers: Doomsday będzie ostatnim filmem, w którym zagra sir Patrick Stewart. Piszę najprawdopodobniej bo różnie to bywa, a z chęcią zobaczyłbym go w jeszcze nie jednej roli. Jest to mój ulubiony kapitan ze Star Treka i najlepszy profesor Xavier. Aktor ma jednak 85 lat na karku. Ładny wiek i nie ma sie co dziwić, że może mieć ochotę odejść na emeryturę.

Patrick Stewart’s Professor X Fate May Be Confirmed With Avengers: Doomsday Report https://share.google/msuTpvfOd7oy4X58h
 
Top Bottom