Świeżo po seansie Fantastycznej Czwórki.
Czy jest fantastyczna? Czy jest czwórką? Zaraz się dowiecie!
Zacznę od tego, że zupełnym przypadkiem nabyłam bilety do sali Helios Dream i całkiem jest możliwe, że otoczenie znacząco wpłynęło na moją ocenę filmu (in plus) - rozkładane, miękkie, szerokie fotele z mnóstwem miejsca dookoła, wizja i fonia jakby lepsze... bardzo kameralne, wytłumione, mięciutkie okoliczności przyrody. Jeśli będziecie mieć wybór - bierzcie Dream.
Moje oczekiwania co do filmu były najdoskonalej żadne, ewentualnie lekko letnie. "Hype" na Marvela skończył się u mnie wtedy, kiedy zaczął się Disney i totalna, bezsensowna nadprodukcja tytułów, niczym na akord. Na co to komu. Dużo fajniej się czekało na kolejne części; subiektywnie orzekam, że w tym czekaniu jest metoda. Jak mówi mało parlamentarne porzekadło: "za dużo to i świnia nie chce". Nie wiem, czy Disney wyciąga z tego jakąś lekcję i jest mi, prawdę mówiąc, wszystko jedno; coś się bezpowrotnie zgubiło. Bez tej otoczki oczekiwania i rozkminiania to są po prostu kolejne filmy, które oglądam. Albo nie. Ten akurat obejrzałam i....
...i jest dobrze. Jest fajnie.
Estetyka - jak ją sobie na własny użytek nazywam - SMEG, czyli lśniące obłości rodem z Ameryki lat 70-tych, retrofuturyzm na pełnej, ale z twistem, nie trąci nic tam myszką, choć mamy i płyty a la winyl do nagrywania, i śmieszne telewizorki włączane ręcznie, i przerysowane stroje, a jednocześnie statki kosmiczne pokonujące tunele kwantowe, i inne takie elementy jak np.
Podoba.
Bardzo jest to komiksowe, momentami miałam wrażenie, że czytam sobie zeszyty Archiego ze specyficzną kreską i humorem, leżącym daleko od współczesności i trendów "edgy". Podoba.
Fabuła... to chyba najsłabszy element filmu, dla mnie cały seans to była ekspozycja postaci "na tle" i historia może nie tyle pretekstowa, co taka... chyba też w sumie rodem z komiksów z tamtych lat. Tu trochę spoilerowo polecę już: ciekawy zabieg występuje na początku, to znaczy
Całość, moim zdaniem, mimo wszystko nieco zgrzyta i może rozczarować. Ja tam się bawiłam nie najgorzej jednak.
Postacie obsadzone dobrze, miejscami bardzo dobrze.
Humor nienatrętny, daleko od SG1 czy T: Ragnaroka, ale to akurat może tylko lepiej, bo nawet taki format może się przejeść. Nie jest cringowo, i to najważniejsze. Bo mogłoby.
Wizualnie - zważywszy na estetykę - jest dobrze, ale ja się rzadko kiedy czepiam przerysowanego CGI, więc mogę tu nie być lakmusem.
Motyw muzyczny F4 przewija się subtelnie, acz wyczuwalnie, co mi się niezmiernie podoba.
Podsumowując: uważam, że to jest bardzo dobre wprowadzenie ekipy do aktualnego uniwersum, chociaż miękkie i bez pierdyknięcia, co może się nie podobać.
Daję temu filmu między 7 a 8 na 10, było fantastycznie i chętnie zobaczę, co tam namiejszają z Doomem, potencjał fabularny jest duży, a zderzenie naszej Czwórki
z Mścicielami może być naprawdę bardzo ciekawe (namiastkę poniekąd mieliśmy w uniwersum obłędu i to ma szansę zagrać).
PS.
Czy jest fantastyczna? Czy jest czwórką? Zaraz się dowiecie!
Zacznę od tego, że zupełnym przypadkiem nabyłam bilety do sali Helios Dream i całkiem jest możliwe, że otoczenie znacząco wpłynęło na moją ocenę filmu (in plus) - rozkładane, miękkie, szerokie fotele z mnóstwem miejsca dookoła, wizja i fonia jakby lepsze... bardzo kameralne, wytłumione, mięciutkie okoliczności przyrody. Jeśli będziecie mieć wybór - bierzcie Dream.
Moje oczekiwania co do filmu były najdoskonalej żadne, ewentualnie lekko letnie. "Hype" na Marvela skończył się u mnie wtedy, kiedy zaczął się Disney i totalna, bezsensowna nadprodukcja tytułów, niczym na akord. Na co to komu. Dużo fajniej się czekało na kolejne części; subiektywnie orzekam, że w tym czekaniu jest metoda. Jak mówi mało parlamentarne porzekadło: "za dużo to i świnia nie chce". Nie wiem, czy Disney wyciąga z tego jakąś lekcję i jest mi, prawdę mówiąc, wszystko jedno; coś się bezpowrotnie zgubiło. Bez tej otoczki oczekiwania i rozkminiania to są po prostu kolejne filmy, które oglądam. Albo nie. Ten akurat obejrzałam i....
...i jest dobrze. Jest fajnie.
Estetyka - jak ją sobie na własny użytek nazywam - SMEG, czyli lśniące obłości rodem z Ameryki lat 70-tych, retrofuturyzm na pełnej, ale z twistem, nie trąci nic tam myszką, choć mamy i płyty a la winyl do nagrywania, i śmieszne telewizorki włączane ręcznie, i przerysowane stroje, a jednocześnie statki kosmiczne pokonujące tunele kwantowe, i inne takie elementy jak np.
teleportacja.
Bardzo jest to komiksowe, momentami miałam wrażenie, że czytam sobie zeszyty Archiego ze specyficzną kreską i humorem, leżącym daleko od współczesności i trendów "edgy". Podoba.
Fabuła... to chyba najsłabszy element filmu, dla mnie cały seans to była ekspozycja postaci "na tle" i historia może nie tyle pretekstowa, co taka... chyba też w sumie rodem z komiksów z tamtych lat. Tu trochę spoilerowo polecę już: ciekawy zabieg występuje na początku, to znaczy
nasi bohaterowie są nam - i widowni na ekranie - prawilnie przedstawiani/przypominani, łącznie z ich historycznymi dokonaniami. Konwencja tego jest bardzo lekka, pokrótce pokazane są walki z bossami, vibe jak w recapie w "Atomówkach" albo Lego Marvel Superheroes, format zabawny i taki bezproblemowy, *wink wink* zamiast nadęcia. Jest to o tyle fajne, że pozwala poznać bohaterów, jeśli się o nich wcześniej nic nie wiedziało. Po tym płynnie przechodzimy we właściwą historię i tu jest już ciężar inny, i chyba to nie do końca dobrze wybrzmiewa po wspomnianym wstępie. Z drugiej strony jednak to jest kolejny złol, kolejna - jak się bohaterom wydaje - zwycięska potyczka na zasadzie "lecimy, spuszczamy manto, wracamy w glorii, dzień jak co dzień", więc w tym aspekcie jakoś się to klei.
Postacie obsadzone dobrze, miejscami bardzo dobrze.
Humor nienatrętny, daleko od SG1 czy T: Ragnaroka, ale to akurat może tylko lepiej, bo nawet taki format może się przejeść. Nie jest cringowo, i to najważniejsze. Bo mogłoby.
Wizualnie - zważywszy na estetykę - jest dobrze, ale ja się rzadko kiedy czepiam przerysowanego CGI, więc mogę tu nie być lakmusem.
Motyw muzyczny F4 przewija się subtelnie, acz wyczuwalnie, co mi się niezmiernie podoba.
Podsumowując: uważam, że to jest bardzo dobre wprowadzenie ekipy do aktualnego uniwersum, chociaż miękkie i bez pierdyknięcia, co może się nie podobać.
Daję temu filmu między 7 a 8 na 10, było fantastycznie i chętnie zobaczę, co tam namiejszają z Doomem, potencjał fabularny jest duży, a zderzenie naszej Czwórki
?
PS.
Galactus miał być absolutnie wszechpotężny, tu tak trochę przeleciał jak, nie wiem, bąk strzelony głośno w towarzystwie: narobił smrodu, zapowiadało się grubo, a finalnie tyle go widzieli - ale nie będę się czepiać, bo to również wpisuje się w rozmaite komiksowe zeszyty i sposoby pokonywania Wielkich Złoli nie zawsze widowiskowo i nie zawsze z sensem. Przeważnie złole potem wracają i lecimy od nowa, co począć, taki jest los superbohaterów, za to mają płacone.


