Vol. 2: Warszawski tren
Zuber szedł na dno jeziora.
Przynajmniej wrażenie było takie, jakby porwał go wir wodny. Zasysający niczym czarna dziura przez zderzenie prądów o przeciwnych kierunkach. W jedną stronę podążał człowiek usiłujący zapanować nad własną rutyną, a w drugą zmierzała proza życia. Ujmijmy to inaczej: jeśli jeszcze przed kilkoma chwilami Kapitan Niebieskich Pasów usiłował zdążyć na pociąg, tak teraz, na jego oczach, spowity obłokami pary wodnej odjeżdżał już cały peron.
Wdech, wydech.
Od samego ranka w jego głowie narastało crescendo partii skrzypcowych. Aż do dławiącej krtań kulminacji, czyli wieści o zaginięciu Hunta i wdrożeniu dyrektywy C-77. Hunta, który najwyraźniej podzielić miał los wiadomego tria z operacji Niedzielny Grill, to znaczy stać się wielkim nieobecnym. Wspomnienie po każdym z nich ciążyło. Nie dziwota, że Zuber czuł się tak, jakby kieszenie wypełnione miał kamieniami. Wdech, wydech.
Skoro najkrótsza droga do obłędu wiodła przez zakamarki Twierdzy, to jakim cudem nie postradał jeszcze zmysłów? System tajnych korytarzy biegnących do gabinetu Vatta zdawał się nie mieć końca. Na domiar złego, był kręty, spowity czernią i tchnął przenikliwym chłodem. A może zimno było wrażeniem towarzyszącym hiobowym wieściom? Wdech.
Cień maszerującego przed nim Yakina surfował po rozmieszczonych w równych odstępach kinkietach ściennych. Subtelny blask ich mlecznego brokatu wytyczał w ciemności zarys szlaku. Utwierdzał w przekonaniu, że oto przemykają przez zapomniane pogranicze równowagi i szaleństwa. Zuber na chwilę doznał złudzenia, że sylwetka jego przewodnika zmienia kształt i kolejno staje się Narsem, Jimpem, Sserkiem, aż wreszcie Huntem. Wydech.
Nagle kontur skrzydlatej bestii pochłonął Yakina, a Zuber stanął jak wryty. Coś gwałtownie w nim runęło, a świat jakby na komendę wyostrzył się niczym w soczewce. Nad jego głową wisiał kinkiet stylizowany na pochodnię, wokół którego odbywał się rozedrgany taniec trzepoczących skrzydełek. Sprawczynią optycznego figla okazała się być ćma. Zafiksował na niej wzrok, snując domysły, jaką to niosła dla niego wiadomość. Wdech, wydech, wdech.
Do pionu postawił go ponaglający z kurtuazją głos Yakina. Wydech.
– Kapitanie, nie pora na pit stop. Obaj wiemy, że tymi korytarzami błąkają się nie tylko żywi. A przynajmniej niezupełnie żywi. Dyrdajmy.
Zuber był skłonny się z nim zgodzić: spotkanie z panem Iwanem Marcińskim w tej chwili jawiło się jako raczej średni pomysł. Teraz wypadła kolej Yakina, by się zawahać:
– Trzy odnogi temu skręciliśmy w prawo, czyż nie?
– Raczej tak. – Kapitan zamarł. – Znaczy, przez chwilę szliśmy po diagonalu, a potem do tyłu, więc wtedy wybraliśmy prawo, co chyba oznacza twoje lewo, ale jakby nie patrzeć…
U Yakina nie było wolnych przebiegów: nie próżnując, uaktywnił wyćwiczonym gestem elektroniczny gadżet na nadgarstku.
– Jak to jest – zwrócił się chyba do samego siebie – że intuicja zawsze podpowiada mi bezpieczną przeprawę przez prażone słońcem azjatyckie stepy, najgłębsze kaniony Europy i zwodnicze równiny aluwialne Ameryki Południowej, a Szkarłatna Twierdza jak zwykle swoje? Tutaj musi być tunel czasoprzestrzenny, coś jak pod sarkofagiem w Czarnobylu.
– Mm-hm. Nie widzę innego trzymającego się kupy wytłumaczenia.
– Korytarze znowu musiały zamienić się miejscami, skubane. Już odpalam minimapę.
W półmroku zapełgała błękitna iskierka, migiem podświetlając obwódkę tarczy zegarka. Wnet podjęli wędrówkę, ale po chwili Yakin ze wzrokiem wbitym w interfejs zwolnił kroku:
– Zuber, dwie odnogi stąd mamy pytajnik oznaczający zadanie poboczne.
– Nie pękaj. Tylko wspólnymi siłami zdołamy oprzeć się pokusie.
– Oczywiście, w końcu jaki normalny człowiek zajmuje się marginalnymi wątkami, gdy życiu bliskiej osoby grozi niebezpieczeństwo? Dyrdajmy.
– Wyglądam, jakby trzeba było mnie przekonywać?
– Nie wiem. Skupiam się na prowadzeniu nas przez czarnobylskie ciemności. Najkrótszą drogą.
– Nie jestem przekonany. Co do tego ostatniego.
– Nie ma lekko. W dorosłym życiu główna nitka narracyjna rozwija się tak chyżo, że nie wiem, kto ma niby przestrzeń na side questy.
– No ba. Jestem w tym wieku, że promocja na Skyr ze Skellige 2+2 w tanie środy w Salamandrze powoduje przyspieszone bicie serca.
Przez krótką chwilę ciszę przerywały jedynie miarowe oddechy i wydechy.
– Zuber? – W głosie Yakina zadrżała dziwna nuta ekscytacji.
– Tak, to nadal ja. Jeszcze nie zamieniłem się w babę cmentarną, ale daj mi chwilę.
– Sprawdziłem i… to jest misja eskortowa, której cel prowadzi w tym samym kierunku.
Westchnięcie Zubera dało się usłyszeć na drugim końcu Szkarłatnej Twierdzy.
Droga do pytajnika liczyła ostatecznie pięć odnóg. Druga z nich okazała się być ogonem czegoś uśpionego, kolonialnego i pradawnego, więc trzeba było nadłożyć drogi. Pomimo gęstego półcienia, postać kucająca pod kinkietem u celu okazała się być znajomym. Pochylony nad pajęczyną pęknięć wyrytą w kamiennej posadzce, najwyraźniej skanował przestrzeń w poszukiwaniu jakiegoś drobiazgu, być może zguby, prowadząc przy tym głośne rozważania.
– Izengrin? – Zuber nie posiadał się ze zdziwienia. – Czego ty tutaj szukasz, hasła do konta?
– Nie, hasło już znalazłem. Zapomniałem loginu. Dziękuję. Przypomniałeś mi o nim…
Zuber zadumał się nad tym. W przełożeniu na własną sytuację. Sam nie nadążał już chyba za tym, kim dokładnie się stał: człowiekiem rodzinnym, człowiekiem zbrojnym? Nic dziwnego, że gdy chwilę po wznowieniu marszu dyrdał w ślad za eskortowanym, zamykając mini-pochód, zapomniał o wdechach. Tak naprawdę podążał tropem zjaw. Kolejne widziadła uruchomiły w nim ciąg zmian percepcji i kolejne kroki stawiał, brodząc po łydki w kipieli własnych wspomnień. Wydawało mu się, że dotyka dna zasobów swojej pamięci. Wdech.
Jakiś rok przed Niedzielnym Grillem, gdy Szkarłatna Wieża zaludniona była zaledwie adeptami życia i nie pięła się jeszcze w górę z pełnym majestatem, w odwiedziny do miasta królów wpadł genNighty, wybraniec Cylonów.
Powodowani młodzieńczym idealizmem Krakusi dopiero co odpalili proces unifikacji ducha społeczności i konsolidowania regionu. Zuber nie potrafił sobie jeszcze wyobrazić własnego wesela, a co dopiero zasilającego ich szeregi Szypka. Z kolei temu drugiemu nie przemknęło nawet przez myśl, że pewnego dnia przyjdzie mu zapanować nad tamtejszą ulicą w roli komisarza, nie wspominając o katakumbach w kanalizacji.
Cierpiący na niedobór ludzi Hunt ruszył w tour po lokalnych mediach, wysuwając tezę o pozostawiającej wiele do życzenia infrastrukturze Krakowa, która nie pozwala mu rozwinąć wszystkich żagli. Co przecież powinno być w interesie miasta, wszak służył okolicznej ludności.
– Skoro przybyłeś, to może wspomożesz naszą słuszną sprawę w imię koleżeńskiej solidarności – namiestnik zagadnął Nighty’ego. – Szkarłatnej Wieży brak nie tylko aprowizacji, na domiar złego nasi rekruci zmuszeni są trenować po jakichś szopach! Po szopach, kumasz?
Następnego wywiadu udzielił więc asekurowany przez niego oraz geomantkę Jagodę w ramach programu na żywo w telewizji śniadaniowej, grzmiąc niczym z ambony:
– Nasi ludzie nie mają godnych warunków ku treningom! Muszą ćwiczyć po jakichś szopach!
Huntowi po spełnieniu tego obowiązku pozostało udać się na stadion Cracovii i rozstawić na trybunach delegację dziennikarzy, żeby dowieść ponad wszelką wątpliwość, z czym muszą mierzyć się Zuber, Patrol, Kalen, Rdzastyn, Galadh oraz ten Sebix z długim nickiem, którzy grzali ławki rezerwowych, wodząc markotnym wzrokiem za gałą. Gałą, którą z jednego skrzydła zielonej murawy na drugie w najlepsze podawały sobie antropomorficzne szopy pracze. Sebix w końcu nie wytrzymał tego haniebnego jarmarcznego spektaklu:
– Chłopaki, kurdebalans, możemy już?
– Przecież ustaliliśmy – warknął szop-trener doglądający drużyn – że wchodzicie po nas!
Oj tak, byczku. Koniunkcja sfer to jednak okrutna kochanka. A może i najgorsza ladacznica.
Przez tę swoją napinkę Sebix aż zaczął się jąkać, więc zaniepokojony namiestnik raptem zapomniał o treningu-po-szopach i nazajutrz wpakował swoich pretorian do Pendolino pod pozorem półkolonii, rzecz jasna na koszt firmy, no bo co w końcu, kurczę blade. Nad morzem uśpił ich czujność goframi, oczywiście w oparciu o kolejną fakturę, więc nim się zorientowali, chwilę później jakimś przedziwnym trafunkiem znaleźli się ramię w ramię na plaży z ustami nabrzmiałymi od kamieni (te akurat okazyjnie upchnął im dynamiczny lokalny przedsiębiorca) i jak jeden mąż zaczęli przekrzykiwać fale (i cyk, mandacik), żeby nikomu z obecnych drżący głos już nigdy nie zakłócił artykułowanej mowy. Huntowi trzeba było oddać jedno: nigdy nie poprosił o coś, czego sam by nie nawywijał.
– I pamiętajcie: żeby stać się Niebieskim Pasem, niezbędna jest nadzieja. A nadzieja to gotowość. Serce otwarte na to, że wyzwania nie są problemem, tylko szansą na rozwój!
Może to dlatego firma zafundowała im też potem gremialnie proces regeneracyjny, gdy wyszło na jaw, że kamienie były gorzej niż omszałe, a nawet, że to, co trzymali w ustach właściwie nie było kamieniami. Sebix po nadmorskiej próbie zdezerterował, ale to akurat należało przyjąć za dobrą monetę: system odsiewania personelu zdawał test, więc nikt już nawet się nie zająknął.
Jakby na potwierdzenie, przez mętną toń wspomnień Zubera popłynęło gromkim echem: „Kto mi tu stąpa przy skrzynce rozdzielczej?!”
Zuber zahamował tak ostro, że aż wyrzuciło go na powierzchnię świadomości. Wydech.
Przez swoją reminiscencję przeoczył moment pokonania labiryntu sekretnych przejść i z rozpędu o mały włos nie wpakował się w połyskliwy, trzymetrowy monolit, który poprzedzał wysokie drzwi do gabinetu Vatta zwanego Wielkim Watomierzem. Oczywiście to Yakin – a nie Izengrin, który jakimś przedziwnym trafunkiem zaginął po drodze, pomimo uformowania szpaleru o metrowych odstępach, co jest historią na następną misję poboczną – uchronił go przed kolizją. Szkarłatny Strażnik w ostatniej chwili zacisnął dłoń na kapitańskiej łydce, zachowując przy tym zimną krew.
Blok mienił się lustrzanymi runami i miałby zupełnie gładką fakturę, gdyby nie jeden martwy piksel: szeroko otwarty panel, w którym gmerała właśnie szczupła postać. Elegancka marynarka i stylowe beanie w kolorze indygo wydawały się pulsować w synergii. Na skrzynce narzędziowej zalśnił zaś wypastowany męski sztyblet.
– Zacz kto? – zadudniło z monolitu.
– Osierocony kapitan – wypalił Zuber, porzucając konwenanse. – Skromny syn Krakowa.
Oblicze Galadha wynurzyło się z rozdzielczej i w mgnieniu oka rozjaśniło:
– Wielki mąż!
– Wielki, bo w cywilnym wdzianku.
– Zuberroza! Salve bracie!
Charakterystyka męskiej przyjaźni została już zawczasu wyłożona, więc zamiast się powtarzać, zilustrujemy scenę niedźwiedzim pomrukiem, w którego akompaniamencie panowie wpadli sobie w ramiona. Trudno było wyrokować, którego z nich bardziej uradowało to spotkanie.
Aż do momentu, gdy Zuber odnotował na ramieniu kleks mazi zostawiony przez dłoń szykownego konserwatora.
– Co ty tak smarujesz czeluść tej skrzynki? – Yakin bacznie zlustrował wnętrze panelu.
– Szukam licznika gazu, miałem spisać pomiar.
– Przecież – zaprotestował Szkarłatny Strażnik – w tym skrzydle nie ma licznika gazu.
– To tłumaczyłoby, dlaczego siedzę tu od trzech godzin. Nie no, tak serio, udrażniam kanały komunikacyjne. Administracja jakby oszalała. Ruch jak na Marszałkowskiej, wszyscy zrobili się dzisiaj rozmowni. Najpierw zaczęło nadawać Szkarłatne Atrium w Vancouver, a potem Szkarłatny Port w Bostonie dokonał kalibracji. Niby mamy 1 stycznia, ale instynkt podszeptuje mi, że nie rozchodzi się o życzenia noworoczne? Ciekawe, co będzie na 1 kwietnia.
Wymiana ukradkowych spojrzeń z Yakinem oczywiście nie umknęła Galadhowi.
– Co prawda ogarniam temat smarowania hobbystycznie, ale jeśli możecie komuś zaufać, to gościowi od obsługi i konserwacji radarów.
– Czyli właściwie czym się zajmujesz? – Kapitan-w-cywilu uznał za stosowne zmienić temat.
– Jestem... niezależnym kontraktorem z zewnętrznej firmy. Obowiązuje mnie klauzula poufności. Powiem tak: coś jakby łączę ludzi. Aby społeczność rosła w siłę, a użytkownicy żyli dostatniej.
– Wprost chwalebne.
– Ale przede wszystkim, co mam ci powiedzieć, szukam dziury w całym.
– To akurat musi być męczące.
– Ej! – Oblicze Galadha ożywił entuzjazm. – W ogóle myślałem ostatnio o Huncie. Naszkicowałem serial na motywach jego życia. Roboczy tytuł: „Hunt. Astralna nominacja”. Weź mu tam wspomnij następnym razem, jak go zobaczysz. Muszę wykupić prawa do jego życiorysu.
Zuber uciekł wzrokiem, uświadomiwszy sobie na nowo, że przecież Galadh nie mógł mieć o niczym pojęcia. Nawet o tym, że kolejnego razu może już nie być.
– Będę miał z tyłu głowy – rzucił wymijająco. – Panowie, to była przyjemność. Mam nadzieję, że nie ostatnia, jaka mnie dzisiaj czeka. Wzywa mnie natomiast coś więcej, niż obowiązki.
Yakin położył swoją dłoń Szkarłatnego Strażnika na kołatce do drzwi gabinetu Vatta i przybrał pozę powściągliwej godności. Potem było rozstanie zaakcentowane pożegnalnym klepnięciem Kapitana w ramię (i nagłą potrzebą Yakina, by otrzeć dłoń z resztek mazi), raz w dupala na drogę od Galadha (po którym chłopaki udali się w przeprawę do innego skrzydła Twierdzy), a za zamkniętymi wrotami subtelny szum grzejnika, intensywny zapach mahoniu łaskoczący nozdrza i w końcu głęboki ukłon w wykonaniu samego Zubera.
– Nadobna Undomiel. Słowiki gloryfikują śpiewem twoje piękno.
– ♪ Mile gładzi uszy me słów twych czar
Jednak nie rozgoni on grożących nam mar
Sprawdźmy jakie karty los i opatrzność nam rozdały
Zewrzyjmy szyki w obliczu tej konkret kabały. ♪
Niewzruszona upływem lat, Undomiel, szefowa ochrony centrali, a więc dowódczyni amazonek-myrmidonek jak zawsze wydawała się obca i jakby nie na miejscu. Z eteryczną urodą zaakcentowaną burzą rudych loków spowijających smukłą twarz zastygła w rogu komnaty niczym śnieżna rzeźba, nie dając po sobie poznać – wyłączywszy śpiewne przywitanie z zachowaniem rymów – że w ogóle odnotowała obecność krakowskiego kapitana. Gwoli uczciwości, podobnie jak pozostała dwójka obecnych w pomieszczeniu.
Zi3lona majstrowała przy kołnierzu swojego nieodłącznego pikowanego wamsu, drugą ręką mieszając w filiżance przy stoliku kawowym. Zuber wnet dostrzegł w niej oznaki wyczerpania fizycznego, a za jego sprawcę, być może pochopnie, uznał Czarosława. Jak pamiętali co niektórzy (lub woleliby zapomnieć), przyboczny Szypka o niejasnej forumowej przeszłości został oddelegowany z Krakowa w charakterze kierowcy celem przewiezienia go do Szkarłatnej Twierdzy wraz z Patrolem i Szinczą, czyli wojakami krakowskich plant. Teraz zaznaczył swoją obecność w gabinecie szefa i trzepotał odstającymi uszami, niepomny kontynuując nawijkę.
– Charmeleon? – Zuber nie po raz pierwszy tego sądnego dnia został wzięty z zaskoczenia. – A ty nie powinieneś teraz łupać orzechów w firmowej kantynie?
Gdy tylko zajechali pod kwaterę główną, Czarek ku zgorszeniu chłopaków zaczął mielić ozorem, że to nawet dobrze się składa, że wysłano go z misją do stolicy, bo w ramach noworocznych postanowień będzie mógł wreszcie rozpocząć „polowanie na łanie”, co spotęgowało w Kapitanie potrzebę znalezienia się w ciszy i samotności. Już w połowie drogi Patrol z Szinczą zaczęli grzać silniki, by nauczyć tego przychlasta moresu, lecz Zuber ich powstrzymał; zamierzał dojechać do Warszawy w całości, licząc na szybki powrót w rodzinne pielesze. Opinie co do aktywności Charrującego_Charrizarda na forum były podzielone, jednak farmazony, które wygadywał, zjednały trio w konsensusie. Kiedy za bramą wjazdową Twierdzy dodał, że obiecał sobie „zagaić do laseczek wyższych od niego”, zgorszony Kapitan mógł już tylko zawędrować na taras widokowy, gdzie zastaliśmy go na początku tej całej hecy. Chłopaki oddelegowali natomiast farmazoniarza do lokalnej kantyny znanej jako Hoplanka.
– Chciałeś powiedzieć, agent specjalny Czarosław – poprawił go własny kierowca, siląc się na pokorę, a trzepotanie uszami zintensyfikowało się. – Należę do forpoczty samego prezesa: przywiodły mnie tutaj tajne wytyczne. Twoi koleżkowie nie podlegają tak nerwalgicznym–nerw-- dyrektywom, więc porzuciłem ich na pastwę losu w tej waszej jadłodajni. Nie bój jednak żaby, szefuńciu: dopiero co zmieniono ekipę restauracyjną, to i może odkryją chociaż nowe smaki?
Wyraz twarzy Patrola i Szinczy sugerował, że panowie nie byli pod szczególnym wrażeniem, ale pozostawali chociaż w synchronizacji. Siedzieli ramię w ramię, w tym samym rytmie bębniąc palcami o blat stołu, kubek w kubek zasłuchani i wnikliwie taksujący kelnerkę, której makeup zdradzał przynależność do subkultury gotyckiej, podobnie jak czarny fascynator na głowie.
– Nasza kulinarna podróż po aromatach z różnych sfer wiedzie dalej przez kotleciki z gryfa faszerowane pietruszką eksportowaną na pokładzie Catriony – perorowała studentka. – Wraz z nimi waszemu podniebieniu, a raczej waszym podniebieniom, poleca się kaszotto okraszone baby marchewką. Te akurat z targowiska przy Służewcu. Na deser wybór może być tylko jeden: do kawki mielonej przez naszego kuchennego kobolda podamy… yyy, faworki?
– Dobra – wycedził Pat Patrolewicz w ciszy nabrzmiałej od oczekiwania – a można prosić z kierownikiem sali? W mojej zupie z mandragory pływa coś więcej, niż włos.
Kelnerka nie straciła rezonu i ukłoniła się z zaskakującą gracją.
– W imieniu bufetowego Hoplanki, składam najszczersze przeprosiny. Jednak pan kierownik nie ma w zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi.
W oczach Szinczy raz jeszcze rozbłysła czujność kogoś, kto nigdy nie opuszcza gardy.
– A od kiedy to w redańskiej kuchni panuje zwyczaj zatrudniania koboldów?
Tym razem zmieszała się. Na ułamek sekundy. Wystarczająco długo, by odnotowali to obaj.
– Nie, nie. Nasz pomocnik kuchenny ma na imię Kobold. Rodzice to mieli fantazję, hehe? Szkoda, że nie zabrakło jej moim, gdy jak miałam pięć lat próbowali wyleczyć mnie z kataru siennego wjazdem do pieca chlebowego na dwie zdrowaśki. To wtedy oddałam cześć nowemu panu i to faktycznie wyszło mi na zdrowie, ale… moja historia życia panów nie interesuje.
Patrol przycisnął swoje designerskie okulary w geście, który nie wróżył nic dobrego.
– Proszę przekazać kierownikowi, że chcemy znaleźć się w gronie jego znajomych.
Zi3lona podeszła z parującą filiżanką do Zubera, jakby wypuszczając jednym uchem przechwałki łapserdaka Czarka i przechyliła głowę, żeby przyjrzeć się Kapitanowi z bliska:
– Jak się masz? Pociecha daje odsapnąć?
– Coraz częściej nawet odespać. A ty kiedy ostatni raz zmrużyłaś oczy?
– Szafnę gitusia – wydała z siebie westchnienie głębokie jak elficka studnia – i będzie kawa. Znaczy, na odwrót. Czy jakoś tak. You know the drill.
Zuber bezwiednie przytaknął, choć tak naprawdę nie był pewien, czy miał okazję poznać Dedrila. Pozostawała nadzieja, że to nie on odpowiadał za stan posadzki w systemie korytarzy. Gitusiowy stan ducha, jak to często bywa, poprzedził ambaras: nagle z fałdów wamsu Zi3lonej wysunęła się teczka z papierami, a te w rozsypce legły u jej stóp, więc najwyraźniej antycypujący rozwój sytuacji Czarosław błyskawicznie zanurkował przez pół gabinetu, oferując, a właściwie narzucając swoje dżentelmeństwo. Tyle że po drodze wyrżnął potylicą w meblościankę. Tym samym jego zbłąkana, lecz pomocna dłoń raptem napotkała dłoń opadającej w kucki Zi3lonej. By powędrować po jej przegubie. I vice versa.
Charizard pokraśniał jeszcze bardziej, nawet blade policzki Strażniczki zaróżowiły się nieco.
– Nie! – wybełkotał mężczyzna, wzdrygając się teatralnie. – To uczucie jest zakazane!
Jakby zadając kłam podobnym spekulacjom, na głowę Czarka spadł bukiet jemioły. I oczywiście w blasku tej boskiej interwencji, najpewniej przyzwany emisją elektronów przechodzącą ich splecione dłonie, próg przekroczył Wielki Watomierz. Z twarzą zastygłą w wyrazie absmaku:
– Ach tak. No ludzie kochani, czy w obliczu kryzysu wymagającego zjednoczenia, w komnacie, która świadkowała najwznioślejszym chwilom, wypada dać się złapać niemalże in flagranti?
Wiszący nad kominkiem Keth zdawał się mówić, że nie, nie wypada. Portret olejny uwydatniał łagodne oblicze blondyna, który nosił okulary z ozdobnymi oprawkami oraz tajemnice w sercu.
Zi3lona powiodła za to dłonią, nakreślając pradawną runę facepalmu.
– Vatt, przecież ja z tego wszystkiego po prostu upuściłem papierologię. Widzisz, co ja tu mam. Jak to mawiała Tygryska Iwona? Wojaczka piórem i atramentem nigdy się nie kończy.
– Nie mówiąc o tym, co nas połączyło – usłużnie przypomniał pod nosem Czaro, ale jego sympatia nie złapała przynęty i zerwała nić widmo, to znaczy uwolniła dłoń z jego uścisku.
Vatt zaszeleścił na to reklamówką z logotypem kardynała szkarłatnego.
– Chciałbym wam osłodzić to, w co pakujemy się tym razem i przywołać choć odrobinę noworocznego ducha, takim, drobnym wprawdzie, ale upominkiem jak się patrzy…
Obdarował więc wszystkich na dobry i motywujący początek batonem proteinowym Jaskółka odnawiającym ubytek żywotności oraz papierowymi czapeczkami sylwestrowymi połyskującymi złotem. W trymiga znalazły się one na ich głowach; Und ani drgnęła, gdy Zi3lona przeprowadziła instalację w jej burzy loków. W pakunku były też kalendarze, ale jedynie do maja, no a bo to wiadomo, co będzie po obchodach 10. rocznicy Wieśka 3?
– Kochani, jak już wiecie, a przynajmniej się domyślacie – podjął Watomierz – znaleźliśmy się w patowej sytuacji. Wydam teraz adekwatne dyspozycje, które łączy niecierpiący zwłoki charakter. Zi3lona, dopilnuj proszę, że Yakin stawi się po asa w rękawie do sali treningowej. Następnie jedziesz z tym koksem do Hoplanki celem wtajemniczenia naszych krakowskich przyjaciół. A ty, Charmander, w podskokach do podziemi i uruchamiać mi tam plan B5. Ach! Nie tak szybko, kawalerze. Najpierw wypadałoby posprzątać porozrzucane dekoracje świąteczne. W końcu dostęp do tego wnętrza jako woźny masz nie od parady. Ma być czysto jak w lochach. Jesteś i ty, Zuber. Najwyższa pora na małe tête-à-tête.
– Yakin, Yakin – rzuciła w ustnik na odchodnym Zi3lona. – Zapraszam do medytacyjnej.
Czarosław łypnął na przełożonego spode łba i pośpiesznie uporządkował fanty, po czym wysoce niestosownym tonem odezwał się do Undomiel:
– Dość tych gierek, czy ja wyglądam jak cartridge od Nintendo Switch? Wpadłem ci już w oko, Szkarłatna Maruderko, czy mam przejść obok ciebie jeszcze raz?
Undomiel absolutnym brakiem jakiejkolwiek reakcji zasugerowała mu, by przeszedł jeszcze raz, więc Charrujący_Charizard przeszedł jeszcze raz i wówczas odwinął się dywan, a wykonujący krok w jej stronę niespełniony adorator zakałapućkał się nad zapadnią i niezgrabnie wturlał w czeluść, której odnogi, jak można było się domyślić, prowadziły do podziemi i planu B5.
Uszy Patrola i Szinczy nie złowiły bodźców audialnych, które wywołał przelatujący okolicznym rurociągiem Czarosław, ponieważ koncentrowali właśnie uwagę na słowach kierownika sali. Facet w średnim wieku o stalowym spojrzeniu i sylwetce służbisty napiął się tak, że aż zakręciło mu opadające po bokach, starannie pielęgnowane wąsy.
– Panowie, wymieniliśmy wam zupę, spakowaliśmy na wynos drugie danie, przyznaliśmy vouchery na kolejną wizytę, a przy waszym stoliku dalej niespokojnie?
– A przy którym ma być życie, jak nie przy naszym? – zaoponował Patrol. – Jesteśmy jedynymi klientami. Dzisiaj święto, c'nie?
Świerszcze zaśpiewały gdzieś z przeciwległego końca sali.
– Otóż to, a ja zamiast dzień święty święcić, słucham was, koledzy sympatyczni, co na zakąskę?
– Ja to może nawet focaccię bym zjadł – zreflektował się Szincza. – Jakby była.
– Bez takich. – Patrol ani myślał dać za wygraną. – Ja tam zjem obiad na kolację w chałupie, jak już wrócimy. Nie będziemy tutaj tracić REDcoinów na jakieś majonezy.
– Zakąska obowiązkowa – krótko ustawił go kierownik. – Inaczej nie mogę podać napoju wyskokowego. To znaczy kombuchy.
Gdy już wymienili oszczędne uprzejmości i zostali sami – posągowa Und wkomponowała się w teksturę gabinetu niczym kameleon – panowie zajęli miejsca przy mahoniowym biurku monstrualnej wielkości. Zuber poczuł w piersi gęstniejące napięcie, a Vatt zgarbił się jak ktoś, na kogo barkach spoczywają losy całej ludzkości:
– Nie mamy czasu na rozwlekanie gry wstępnej. Dziękuję za przybycie, Szkarłatny Strażniku.
– Przecież ja nie jestem Szkarłatnym, tylko zwykłym gościem, który jest w posiadaniu zbroi płytowej, należy do Niepołomickiego Bractwa Rycerskiego i musi dzisiaj kupić napój bio.
– Musisz też mieć trochę pytań, Kapitanie.
Choć Zuber nigdy nie zapytał oficjalnie przełożonego, skąd właściwie wziął się przydomek Watomierz, nie wykorzystał i tej okazji. Zadowoliła go wersja mówiąca, że Vatt dzięki DNA Redów zyskał nadprzyrodzoną zdolność, która pozwala mierzyć czynną moc wszystkich i wszystkiego co do ostatniego impulsu. Czy to nie właśnie dlatego Kapitan uwielbiał tą społeczność? Mierzenie mocy, kolejny czadowy akcent. Zresztą, wystarczyło docenić, że przydomek Vatta nie brzmiał Wielki VAT-omierz. Skupił się więc na bardziej palącej kwestii:
– Owszem, dla przykładu… Co wy takiego trzymacie w piwnicy, że wysłałeś tam tego tam?
– Tego nie mogę zdradzić komuś, kto nie jest Szkarłatnym.
Zuber wziął aluzję na klatę. Bardziej nurtował go zresztą inny wątek:
– Dlaczego Galadh hobbystycznie zajmuje się ręczną konserwacją radarów?
– ZNOWU SZUKA WENY W NIEWŁAŚCIWYCH MIEJSCACH. Sorry, Caps. Widzisz, dobrze się składa, że przywołałeś jego przykład. Tak, zdarza się i comeback. Zawsze kolejna osoba, która coś tam tupnie i coś tam mruknie. Niewielu rokuje nadzieje na powrót do gmerania w naszym gronie. Ostatnio moje myśli krążą wokół tych, których dawno już nie widziałem. Zi3lona napomknęła Iwonę: widział ją ktoś w ogóle ostatnio? No właśnie. Czasy zmieniły się nie do poznania, ludzie mają nowe priorytety, niektórzy pozakładali rodziny, a era świetności for przeminęła bezpowrotnie… Dorobiliśmy się co prawda odświeżonej obsługi kantyny, ale to co innego. Ach, zupełnie osobną kwestią jest Robert Siedemdziesiąt Er. Niepowetowana strata. Uczcijmy pamięć członka społeczności Szkarłatnej Twierdzy minutą ciszy.
Rozmyślali nad ludźmi, którzy po raz ostatni zjawili się online z parę lat temu, jeśli nie lepiej.
Po upływie nieskończenie długiej chwili refleksji, Watomierz bezsilnie pokręcił głową, a potem sięgnął do szafki pod blatem i zręcznym ruchem postawił na nim butelkę brandy oraz dwie szklaneczki. Po ułamku sekundy zawahania dołożył i trzecią. Kapitan nawet nie zarejestrował momentu, w którym Undomiel zmaterializowała się nad jego ramieniem. Wznieśli toast w trójkę.
– Robert sprezentował mi ten zacny trunek, gdy obejmowałem to stanowisko. Zachowałem go na szczególną okazję. Wąż owijający swoim cielskiem nas wszystkich właśnie po raz kolejny chwycił paszczą własny ogon. Warta Roberta Siedmdziesiąt Er dobiegła końca.
Przypieczętowali ten fakt szybkiem haustem.
Vatt rozłożył na blacie plik papierów. Wzrok przykuwał pożółkły przywołujący na myśl weksel z innego czasu i miejsca.
– Podobno ta butelka pochodzi ze skrzynki, którą Robert otrzymał od Chełmońskiego, gdy dobijał z nim targu jako marszand w biegu Salonu Paryskiego. Dożył pięknego wieku.
Wypili duszkiem i za to.
– A skoro już oddajemy się wspomnieniom, to poznajesz jegomościa na tym zdjęciu, Kapitanie?
Zuber rzucił okiem na podsunięte mu zdjęcie. Sserka nie dało się pomylić z nikim innym. Odziany w biały fartuch i czapkę kucharską, z łobuzerskim uśmiechem podkreślonym szczeciną.
– Nie wiedziałem – skomentował z ociąganiem – że parał się kulinarnymi przygodami. Ani że wyhodował pod nosem koper. Wiadomo, kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów.
– Nie mogłeś wiedzieć – odparł beznamiętnie Watomierz. – Młody Fetta otworzył ten etap swojego życia dopiero po Niedzielnym Grillu.
Do Zubera pełne znaczenie jego słów dotarło dopiero po kilku sekundach. Doznał wrażenia, jakby cały gabinet zachwiał się w posadach.
– Zaraz. Co, proszę?
Watomierz zapadł się głębiej w fotel, a konkretnie w rewizjonistyczny nastrój, splatając ręce na wysokości klatki piersiowej.
– ♪ Wiesz już, co szarpie twe serce
Skąd biorą się łaskotki na nerce
Kiedy zastaje cię po latach eventów
List z przeszłości głębokich odmętów? ♪
Ucho kapitana pogłaskała fala wibracji, ale nim podniósł wzrok, Undomiel z powrotem zajmowała swoją zwyczajową pozycję w narożniku. Ani drgnęła.
Za to Vatt wyprostował się. Powiódł wzrokiem po obrazie przedstawiającym Ketha.
– Mój poprzednik nie powinien był wysyłać ich w tym składzie. Popełnił błąd, ale to zrozumiałe. Nie był Redem, a jedynie człowiekiem. Należy mu oddać, że odnosił sukcesy, takie jak kampania w Łomży przeciwko borostworom. Nawet spinoff Wiesiek: Elektryczne Bugaloo, którego był pomysłodawcą, rokował nadzieje. Aż jego passę przerwała decyzja o uformowaniu tego tria. Sserek nosi w sobie gen Starszej Krwi. A ten objawia się na przeróżne sposoby. Niektórzy powodowani nim chcieli zobaczyć, jak świat płonie, a jeszcze inni, jak tonie, w spamie. Powinien był najpierw przejść trening warunkujący. Gdy wspólnie przepadli bez śladu, musieliśmy przygotować się na każdą okoliczność. Również taką, że zostali renegatami. Jednak gdy po upływie miesięcy, nic nie wskazywało na wyciek wrażliwych danych, a nasze operacje wywiadowcze nie przyniosły wymiernych rezultatów, pozostało uznać ich za poległych bohaterów. Nie odzyskaliśmy jednak kluczowych assetów. Dlatego Wiesiek Trzy po dwóch opóźnieniach trafił do sprzedaży bez contentu z Iorwethem. Grunt, że na świecie na chwilę zapanował pokój, w końcu wszyscy dowiedzieli się, co oznacza zwrot „nocka jest grana”. Pamiętasz jeszcze tamtą epokę, Kapitanie? To se ne vrati…
Zuber na chwilę zapomniał już nawet, czym jest artykułowana mowa. Z trudem znalazł słowa.
– Czyli… jaka historia stoi za tym zdjęciem?
– Tuż po premierze Krwi i wina otrzymaliśmy wezwanie pomocy. Sygnał alarmowy. Nars skontaktował się z nami poufnym kanałem. Okazało się, że dwa lata wcześniej udało im się wniknąć w szeregi Stefani Majeranek. Nie wychylali się i po roku byli już z jej wampirzą kohortą za pan brat. Efekty widać jak na dłoni: słupki popularności Majeranek dramatycznie oklapły, a płoche umysły młodzieży w jakimś stopniu zostały uchronione przed zgubnym wpływem jej prozy. Próbując pojąć, co niweczy jej starania, Nocna Dzierla popadła w obłęd, choć sprawców miała przecież pod własnym nosem. Ba, paradoksalnie już na tamtym etapie nasi zaskarbili sobie jej zaufanie tak bardzo, że nawet regularnie wracali na urlopy do Polski. Wartościowy czas z rodziną. Czego dusza zapragnie. Oczywiście nie mogliśmy podać tego do informacji z troski o ich dobrobyt. Niedzielny Grill trwał latami, choć jego podstawowy cel uległ zmianie: poniechaliśmy próby odzyskania danych, w końcu i tak przeszliśmy na inny silnik graficzny. Od tej pory strzegliśmy pogranicza Transylwanii. Aby nie przelazło przez nie nic niepożądanego. W ogniu grilla, jak w trakcie każdego udanego weekendu na działce, usmażono niejednego skurczybyka. Według raportów Narsa, Majeranek przyświecał zamiar przywołania przez portal w swoim zamczysku kaiju, którym miała rzucić światowe mocarstwa na kolana. Jak się jednak okazało, majster na etapie projektowania nie doszacował wymiarów sklepienia i milusiński nie przecisnął się przez portal. Wniosek? Patodeweloperka nie popłaca. Sserek na dokładkę doprawił wampirzemu kardynałowi Nocnej Dzierli kolację zwielokrotnioną porcją maggi, no i cóż, ten dokonał żywota na, nomen omen, tronie. To z tego dnia pochodzi to zdjęcie. Wraz z Jimpem po tej akcji musieli się w końcu zerwać. Obecnie prowadzą przykładne życie w Polsce po zmianie danych osobowych, ten ostatni odpalił nawet własny startup: rodzinny interes się kręci. Posterunku w Transylwanii dogląda już tylko Nars. No i masz ci los, kilka dni temu dostaliśmy kolejne wezwanie pomocy.
Zuber spodziewał się co prawda, że czeka go environmental storytelling, a nawet exposition dump, jednak retcon to już była lekka przesada.
– I tu cały na biało, razem z drzwiami wchodzi Hunt.
– Właśnie tak. Nars w zasadzie domykał już tę operację, aż tu nagle został narażony na szwank w dniach pomiędzy przerwą świąteczną a Sylwestrem. Zrządzenie losu, proza życia. W kwaterze głównej 30 grudnia przebywał akurat Hunt zdający roczny bilans Szkarłatnej Wieży. Sam zgłosił się na ochotnika i wspólnie zaplanowaliśmy staranną ewakuację. Nars przyczaił się w tej krainie zjaw, właściwie zaszył w pradawnej puszczy. Oczekiwał bycia ewakuowanym przez Hunta droga lądową w ostatnią noc roku, gdy oczy całego świata zwrócone były ku niebu. To miała być szybka i pewna akcja. Jednak historia – jak wiedzą zwłaszcza niektóre przeglądarki w trybie incognito – lubi się powtarzać.
Kapitan rozważył jego słowa z powagą. Ale Vatt jeszcze nie skończył.
– Kiedyś martwiliśmy się o wampiry, a teraz mamy inne troski, dla przykładu nielojalne adaptacje. – Zubera aż przeszły dreszcze. – Ktoś za tym wszystkim stoi. Stefania Majeranek jest cieniem osoby, którą była jeszcze w 2014 roku. Wraz z otoczeniem najbardziej lojalnych sług porzucała kolejne kryjówki, a jej ostatni bastion murszeje. Nie wiemy, jaki jest los Hunta i Narsa, poza tym, że ich sygnatury nie opuściły Rumunii. Za to wiele świadczy o tym, że w rejonie Transylwanii dzieją się dziwne rzeczy. Rozgorzała seria zaginięć. Wraz z nocną mgłą lasami niosą się plotki o istotach z instrumentami dętymi zamiast głów. Skorumpowani lokalni politycy w konszachtach z naszymi rodzimymi YouTuberami podobno planują sprzedaż tamtejszych ziem na rzecz pseudo-ekologicznego ośrodka glampingowego. I nie zrozum mnie źle, nie mówię tutaj o pracowitych YouTuberach, którzy w pocie czoła zarywają kolejne nocki, by dostarczyć widzom jakościowe materiały. Mówię tutaj o celebrytach-obibokach, którzy ciamkają jogurt w trakcie nagrywania, dzięki czemu dobijają do miliona subskrypcji, a z tej okazji ogłaszają linię ciuchów. Takich jak Licz Kong czy T-Rekt.
– Nie kojarzę. Nie oglądam kanałów z letsplayerami po trzy godziny dziennie, w końcu jestem dorosły.
– To wszystko musi być ze sobą powiązane. Pokładam w tobie wielkie nadzieje, Kapitanie. Jak niegdyś Keth w Narsie. Od początku istnienia krakowskiego oddziału pielęgnowałeś ducha społeczności. To ty jako jeden z pierwszych odkryłeś talent Rdzastyna, który dostąpił wREDowstąpienia. Ocal naszych chłopaków. Kontynuuj nasze wspólne dzieło.
Zuber nie wydawał się przekonany.
– Czyli co, wysłaliście Hunta jako jednoosobową eskapadę ratunkową tropem Narsa, a teraz my, to znaczy ja, Patrol i Szincza zostaniemy oddziałem ratunkowym mającym wyciągnąć stamtąd Hunta, a raczej Hunta i Narsa?
I na to Vatt miał gotowy odzew.
– Szkarłatni Strażnicy na razie nie mogą opuścić Twierdzy. Obowiązek spada na was, Krakusów skupionych wokół Szkarłatnej Wieży. Hunt to zresztą Wasz bezpośredni przełożony. Kamień węgielny. Wasz przyjaciel. Obowiązek. Poza tym przecież nie puszczam was w trójkę.
– Czyli leci z nami Galadh?
– Skąd, przecież jest zewnętrznym kontraktorem niezależnej firmy. Ma tutaj ważne zadanie.
Patrol i Szincza jeszcze nawet dobrze nie wykoncypowali, jak zinfiltrować kuchenne zaplecze, gdy w progu Hoplanki szyku zadał znajomy konserwator radarów:
– Co jeszcze musi uczynić fan smarowania, żeby doczekać się w tym przybytku soczku marchwiowego?
Póki co został obdarzony wnikliwym spojrzeniem Patrola, które oznaczać mogło tylko jedno – patrol stylizacyjny doścignął i jego. Koneserowi stylów aż zaparowały designerskie szkła:
– Ty, właśnie tak sobie dumałem, kogo tu jeszcze brakuje. Na pewno nie zbytku elegancji.
Spotkanie z Zuberem najwyraźniej nie wyczerpało entuzjazmu Galadha:
– Oho, nicponie małopolscy dwoją mi się w oczach. A Hunt gdzie się zawieruszył? Co to za obyczaje, wycieczka do centrali bez niego?
Wojacy krakowskich plant wymienili porozumiewawcze spojrzenia w strategicznym momencie wymiany uprzejmości, co akurat mogło umknąć Galadhowi.
– Chcesz powiedzieć, że miałeś z nim ostatnio kontakt? – Rysy Szinczy wyostrzyła podejrzliwość.
– Tak się składa, że miałem nawet bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Widzicie, panowie, kilka nocy temu wstąpił do mnie na rejon. Niczym spadająca gwiazda.
– Hę? – Łowca trolli wstąpił na wyższy poziom zaalarmowania. – Słucham raportu taktycznego! A było tak: w jedną z ostatnich nocy minionego roku Galadh poderwał się, gwałtownie rozbudzony. Trochę na takiej zasadzie, że komar budzi cię w nocy – jeśli komary wyrywały ze snu zimą – po czym przewrotnie cichnie, więc zastygasz i przysłuchujesz się w gotowości do przypuszczenia ataku. Normalnie pomyślałby, że spać nie daje mu jak zwykle sumienie, ale nagle ni z gruchy, ni z pietruchy, jego pokój zalała błękitna poświata i olśniony jej blaskiem świadkował, jak na tle drzwi balkonowych półmrok wypluwa smukłą dwumetrową sylwetkę. Nawet ktoś zmorzony snem dostrzegłby skórę o barwie popiołu i owalne czarne migdały w miejscu oczodołów bez powiek. A że Galadh był tym kimś, to i w zamroczeniu wypalił:
– Zawiodłeś mnie, Hunt. To, że zwierzyłem ci się ze swojej wiary w cywilizacje pozaziemskie nie oznacza zaproszenia do uskuteczniania psikusów i to jeszcze o takiej porze! Kto to widział?
Odpowiedziała mu cisza. Ponieważ niespodziewany gość przyglądał mu się w milczeniu i bezruchu, sytuacja nabrała zwyrolskiego odcienia. Galadh wytknął przybyszowi, że maska mu się chyba przekrzywiła, ale ten bez słowa uparcie gapił się na niego dalej. W końcu rozbrzmiał kojący jak deszcz ulgi eteryczny głos. Gospodarz nie od razu zorientował się, że delikatny tembr rezonował w jego głowie jako telepatyczny przekaz, stąd nie omieszkał pogratulować intruzowi fachowej modulacji artykułowanej mowy. Na co ten poleciał w zaparte na całego:
– Galaktyczna. Federacja. Oznaczyła. Twój. Świat. Znamieniem. Śmierci. Wasze. Negatywne. Myśli. Wylewają się. Do oceanu. Gwiazd. Wybraliśmy. Ciebie. Galadh. Ponieważ. Często. Podrywasz. Głowę. W kierunku. Nieboskłonu. Ponieważ. Wodzisz. Wzrokiem. W zamyśleniu. Daj nam. Jeden. Powód. By. Ziemia. Ocalała. Stań się. Ambasadorem. Ludzkości.
Galadha od tego telepatycznego perorowania na ciągłej pauzie aż zaczęło odcinać, więc naciągnął na oczy maskę do spania, wcisnął na głowę poduszkę i przewrócił się na drugi bok:
– Mam nadzieję, że Federacja zafunduje ci opiekę medyczną, jak zaraz dostaniesz mukę. Wiesz, Hunt, nie czuję się upoważniony do oceniania kogokolwiek, ale to naprawdę słabe, że wykorzystujesz moje marzenie o nawiązaniu kontaktu z obcymi w bezpardonowy sposób.
– Śpiesz się. Flotylla. Federacji. Nie. Będzie. Czekać. Długo. Zegar. Tyka. Głęboka. Refleksja. Niepodważalny powód. Jedna. Złota. Myśl. Powód-powód.
– A bo ja wiem? Nadal nie doczekaliśmy się GTA VI. Ludzkość zasłużyła chociaż, żeby zarwać dla szóstki trochę nocek, no nie? Możesz już przerwać ten osobliwy cosplay?
Przybysz zamruczał, co również zdawało się rozbrzmieć w głowie, po czym przysiadł w cieniu skoncentrowanym w narożniku łóżka, a w jego czteropalczastej dłoni rozbłysł metaliczny e-papieros. Po chwili nozdrza Galadha połaskotał aromat bzu i agrestu. Przygarbiony natręt zaczął kopcić, przykładając vape’a do wąskiego otworu w miejscu nosa.
– Regularnie. Zaszczycam. Obecnością. Subreddit. Poświęcony Half-Life. Z konkluzją. Valviarz. Panicznie. Boi się. Liczby. Trzy. Zakładam. Że jak już. W niedalekiej przyszłości. Zapowiedzą. Kolejną. Wiekopomną. Premierę. To okaże się. Że wydają. Ricochet 2. Jak czytam. Te wszystkie. Błagalne posty. Twoich pobratymców. To nie mogę. Się nadziwić. Ile. Można. Czekać. Watażko. Gabenie. Ile? A ty? Czym wypełniasz? Pustkę? Po? Episode Two?
Galadhowi brakowało przede wszystkim snu, o czym niezawodnie świadczyło chrapanie. Przybysz niesłusznie nazywany Huntem aż wydał z siebie telepatyczny pomruk.
– Galaktyczna. Federacja. Wróci. Do tej. Rozmowy. Jak już. Ruszą. Preordery. GTA VI.
Spoczynek Galadha wkrótce ponownie zakłóciła jakaś ponura okoliczność, czyli koszmar o czymś, co nawywijał jako gimnazjalista, a może zagubiony w grudniu komar. Jego sklejonym snem oczom ukazały się już tylko uchylone okno i markotnie powiewająca zasłona.
– Ty to jednak jesteś alien z planety przypałowców, Hunt.
I to były znamienne ostatnie słowa, ponieważ wnet zapadł w niezmącony niczym spoczynek. Rano jego głowa była już cięższa o pomysł na biografię Hunta.
Nie mógł wiedzieć, że gdy intruz po opuszczeniu jego sypialni zmaterializował się na swoim statku-matce, w kolektywnym umyśle załogi okrętu flagowego rozbrzmiał prosty przekaz:
– Byt. Znany. Jako. Hunt. Godnie. Wytrenował. Ziemski. Ruch. Oporu. Odradzam. Konfrontację.
– Coś niewiarygodnego. – Opowieść wywarła na Szinczy takie wrażenie, że aż pokręcił głową.
– Jak zwykle w sedno, druhu – przytaknął Patrol. – GTA VI zamiast Wieśka 4? Serio? Ty, ale w sumie nieźle żeś to wykombinował. Przynajmniej Galaktyczna Federacja nie rzuci się od razu na kolekcjonerki z limitowaną figurką Ciri.
– Lecę dalej, panowie. Mam...
– ...Ważne zadanie? – Zuber nie musiał nawet zastanawiać się nad znaczeniem tych słów. – Konserwacja radarów. To się rozumie.
– Skąd. Dezynsekcja. Galadh nie pochwalił się, czym się zajmuje zawodowo? Ostatnio nawet przyznano mu nową rangę za 50. odpluskwianie w kamienicy. Ktoś musi być wieśkiem w naszych czasach. Poleci za to as ze sztuką retoryki będący za pan brat – as, nie AS.
W sterylnej sali medytacyjnej panowało rzadko występujące tam pobojowisko.
Yakin nie uląkł się, lawirując pomiędzy wijącymi się na parkiecie w sennych konwulsjach użytkownikami. Nawet wówczas, gdy niektórzy delikatnie czepiali się jego nóg. Zachował powściągliwość, choć jego własna dłoń jakby od niechcenia w profilaktycznym geście powędrowała do rękojeści miecza. Odwiedził w dotychczasowym życiu sporo miejsc i świadkował wielu dziwom, lecz na to, co robiła z ludźmi konstruktywna wymiana zdań nigdy nie był do końca przygotowany. Spowiła go tkanina urwanych szeptów, mowa stresu pourazowego:
– Jego kontrargumenty były nie do podważenia…
– Wpadliśmy w akt samozaorania…
– Nie byliśmy gotowi na merytoryczną dyskusję…
– Sam nie wiem, z której strony ugodziła mnie jego racja…
Wytwornie ubrany mężczyzna siedział w sercu salki niczym ostatni ocalały. Nawet odwrócony plecami w pozycji lotosu promieniował prestiżem etycznym i schludnością wziętego warszawskiego adwokata. Ani drgnął, gdy Yakin przystanął, zachowując bezpieczny odstęp.
– Mecenasie Yngh? – Ponaglający ton Szkarłatnego Strażnika był pełen godności. – Już czas.
– Czas? – Prawy człowiek nieznacznie zerknął przez ramię. – Nawet czas nie ma nade mną władzy. I nawet czas podlega odpowiednim paragrafom. Wybacz bałagan. Debata o relokacji Południc na północ wymknęła się spod… moderacji. Broniłem swojego stanowiska żelaznym rozumowaniem. Nie sądziłem, że wywrze to aż taki wpływ.
– Dobra, niech będzie coś z pesto.
Kiedy tylko kierownik oddalił się z triumfalnym wyrazem twarzy na bezpieczną odległość, Szincza nachylił się do druha:
– Piękna odegrane. Teraz posłuchamy sobie, co wyprawia się u nich w kuchni i naślemy im na łby Sanepid.
Dyskretnie umieścili sobie w uszach bezprzewodowe słuchawki. Dostroili je do mikroskopijnego podsłuchu, który trafił na kierowniczy kołnierz w chwili nieuwagi wąsacza.
Trzask w słuchawkach zapewne był trzaskiem drzwi.
– Ten przystojny w okularach chyba coś podejrzewa. – Rozpoznali w niewyraźnym pisku głos kelnerki. – Musimy zagęszczać ruchy.
– Lojalna stażystko, to wszystko nie ma już znaczenia.
– Tamburmajorze, ale jak to?
Tajemnicy chrzęst zidentyfikowali jako gest podkręcania sobie wąsów.
– Daj znać bufetowemu, że zostało 13 minut do frontalnego ataku na Szkarłatną Twierdzę. Niech zagrają bębny!
Patrol i Szincza wymienili spojrzenia, w których zaczęła otwierać się czeluść.
– Powaga? – Ten pierwszy aż się poderwał. – Jeszcze nawet nie podali zakąski!