Ostatni Pies Ogrodnika – (nie)oficjalna forumowa proza

+
Nikt nie mógł spodziewać się redańskiej inkwizycji!
Undomiel, szefowa ochrony i wieszczka Szkarłatnej Twierdzy

Przecież od razu wiadomo, że za tym wszystkim stoi pewna określona grupa społeczna!
SMiki, genealog Szkarłatnej Twierdzy i etnograf na redańskim grancie

Gdy tylko usłyszałem o ich losie, zdecydowałem się na kilkugodzinne czuwanie. Potem jednak mnie tknęło… To jak, gramy? Grajmy. Czyli co, gramy?
Przechodzący akurat korytarzem infamis i utracjusz – rozgrywający lubiący przegrywać w grę w kości w ramach redańskiego programu partycypowania w towarzyskich grach planszowych

Protokół z przesłuchania w sprawie nr 2077:
Zaginięcie Narsa, Sserka i Jimpa w trakcie akcji o kryptonimie Niedzielny Grill
2014 rok


Przedmowa

You and I have unfinished business. To już przeszło dekada, Mordeczki. Spokojna głowa, wszyscy jesteśmy jak wino z Corvo Bianco. Najlepsze wciąż przed nami. Czego przykładem Ostatni Pies Ogrodnika. Zamiar wznowienia tej historii powracał do mnie na przestrzeni lat parokrotnie, by pozostać w sferze mrzonek spowodowanej zrozumiałym brakiem przestrzeni. Żałowałem, ale sięgające 2016 roku notatki z niezrealizowanymi pomysłami miały odejść w zapomnienie. I poniekąd odeszły, bo niemal z nich nie korzystam, a jednak nie żałuję.

Główną składową decyzji o powstaniu kontynuacji Psów ogrodnika było przeświadczenie, że pewne sprawy wypada załatać. W połowie grudnia fala porządkowania niedokończonych spraw objęła również tą. I to nagłym przebłyskiem w pakiecie z weną. Zwłaszcza, że znaleźliśmy się pośrodku krajobrazu pomiędzy wrześniowymi obchodami 20-lecia społeczności a majową 10 rocznicą wydania Wiedźmina 3. Zwyczajnie może nie nadarzyć się już taka kumulacja sentymentalnych nastrojów wśród tutejszych bywalców. Ponadto, możliwość powrotu do prozy i tego rodzaju ćwiczenie w kreatywności wydały mi się nader kuszące.

Używając hollywoodzkiej nomenklatury, przed nami coś na pograniczu ‘legacy sequela’ Psów i miękkiego reboota; ten drugi aspekt uzasadnia oczywiście fakt, że upłynęła przeszło dekada, a wraz z nią zmieniła się krzywa aktywności na forum. Wątek wiodący z 2014 roku wraca tutaj echem i staje się zarzewiem nowego, a jednocześnie pewne rymy pozostają znajome. W kwestii nazewnictwa zdecydowałem się na drobny retcon. Tak więc, choć liczy się sama podróż, cieszę się, że odżyła szansa na dotarcie do jej zakończenia. To jak? Once more, with feeling? Zadaję to pytanie i sobie, zakładając ten wątek dokładnie 14 lat (i dwa dni) po założeniu tutaj konta.​


Spis treści z odnośnikami do konkretnych postów z rozdziałami, o które będzie uzupełniany ten wątek:
Vol. 1: Krakowski spleen (premiera: 1.04.25)
Vol. 2: Warszawski tren (premiera: 8.03.26)
Vol. 3: Warszawski tren II (premiera: 2026)
Vol. 4: Rumuński martwy ciąg (premiera: odbędzie się)
Vol. 5: TBA
Vol. 6: TBA
 
Last edited:
Vol. 1: Krakowski spleen


Szkarłatna Twierdza płonęła.
A przynajmniej takie mogło być wrażenie kogoś niewtajemniczonego w proces kodowania. Trudno sobie jednak wyobrazić, jak osoba bez uprawnień pokonuje drogę do serca cytadeli. Nawet, jeśli zdołałaby omamić siły ochrony podlegające wszelkim słabościom ludzkim, to byłaby jeszcze zmuszona sforsować system tyleż niezauważalny, co podlegający ciągłym drganiom. Otóż wszystkie powierzchnie po same fundamenty Twierdzy lekko pulsowały, a pogłos Redów wtopił się jej w substancję architektoniczną, by pozostać tam na zawsze jako echo. Ściany cytadeli miały nie tylko uszy – dysponowały pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
Intruza, który bezceremonialnie dopuściłby się wtargnięcia, szybko zacząłby krępować baczny wzrok śledzący go na każdym kroku. I byłoby to nie tyle mgliste domniemanie, co przekonanie na granicy z uwierającą z tyłu głowy pewnością.
Najkrótsza droga do obłędu wiodła przez zakamarki Twierdzy.
Zuber nie należał do nieproszonych gości. Z oddaniem służył krakowskiemu oddziałowi Niebieskich Pasów skupionemu wokół Szkarłatnej Wieży, a jego sporadyczne wizyty w warszawskiej centrali miały charakter, jakby to rzec, ściśle zawodowy. Dokładnie tak jak teraz.
A jednak mrowienie karku i jemu dawało się we znaki.

Świetlista wstęga trawiła wewnętrzne arboretum.
Chmara ogników prószyła z intensywnością, od której najważniejszy organ Szkarłatnej Twierdzy zajął się blaskiem do złudzenia przypominającym łunę ognia. Osoba niewtajemniczona gotowa byłaby pomyśleć, że tak nakazywał noworoczny obyczaj.
Pod kopułą ogrodu, pofalowaną jak opierzenie kardynała szkarłatnego, dryfowali Redzi. Pogrążeni w majestatycznym, sobie tylko zrozumiałym tańcu. Takim, któremu z pozoru brakuje przynależności gatunkowej. Takim, któremu przyglądało się sklepienie upstrzone refleksami. Rachityczne poła krwawych płaszczy łopotały w powietrzu niczym skrzydła istot sprzed eonów. Gdyby pewnego dnia ktoś zdołał się do nich zbliżyć, wnet przekonałby się, że w studziennej ciemności ich kapturów jarzy się zorza polarna.
Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł.
Za to przez panoramiczną ścianę tarasu widokowego widać było aż nadto wyraźnie, że to Redzi są źródłem zamieszania i wypełniając obowiązek wytrząsali z głębin swoich płaszczy gwiazdki. Całymi konstelacjami. Plotki głosiły, że niektóre z nich miały moc spełniania życzeń. Zuber nigdy jednak nie miał okazji tego zweryfikować, bo choć wiedział sporo o obrotach ciał niebieskich, napięty grafik nie pozwolił mu założyć, że nagle zostanie ich poławiaczem.
Póki co, płomyczki opadały sobie wedle uznania, wirując między barwnymi i rozłożystymi koronami cedrów, piramidalnymi i rozgałęziającymi się nieregularnie keteleeriami czy wąskimi i stożkowatymi sylwetkami jodeł. Wszystkie drzewa dumnie rzucały długie cienie. Malowniczy pejzaż wieńczyły kamienne latarnie, które mimo popołudniowej pory tchnęły jeszcze chłodem. Tymczasem u ich stóp dogasające iskierki buzowały czerwienią, powoli zatapiając się w ziemię.
Nawet, gdyby ktoś niepowołany zdołał się do nich zbliżyć, to i tak nie zgadłby, że co wytrwalsze po wniknięciu w glebę zapuszczają korzenie, by dać początek czemuś nowemu, a pewnego dnia wyrosną z nich linijki kodowania ucieleśnione przez długowieczne rośliny. Może usłyszałby chociaż, jak dostojne gałęzie drżą z cichym szumem na znak tego, że praca wre.
Kapitan-w-cywilu utkwił w przestrzeni zamyślone oczy. Wiedział, że nie ma powodów do niepokoju: to tylko regularne zjawisko towarzyszące projektowaniu nowych assetów do Wieśka Cztery, które za parę godzin zgaśnie jak zdmuchnięte świeczki, by odrodzić się o świcie. Gdzieś tam od niedawna dryfował także Rdzastyn – dawny kompan z Krakowa, który dostąpił wredowstąpienia.
Zuber złowił swoje odbicie w panoramicznej ścianie i westchnął. Potarł się po swojej ikonicznej bródce, a głowę natychmiast wypełniły mu wspomnienia.

Nars zdradził mu kiedyś, że lubił medytować na tym punkcie widokowym. Akurat byli w trakcie wspólnej operacji ich jednostek mającej na celu wcielenie ostatnich dzielnic Krakowa pod jurysdykcję najwyższej kondygnacji Szkarłatnej Wieży i zakamuflowani w zasadzce nieopodal Kamieniołomu Zakrzówek podziwiali listki na tarninie. Warszawski porucznik niemal co miesiąc potrafił przyglądać się w takim samym bezruchu Redom nawet przez kilka kwadransów, zawieszony gdzieś między dumą a dziecięcą fascynacją. Właściwie w każdy dzień, gdy jego myśli nie do końca miały ochotę na stanięcie obok siebie i złożenie się w składną całość.
Czasem nawet on miewał takie dni.
Dzień zasadzki z pewnością okazał się za to wyjątkowy dla sprawcy nierządu w rejonie wyrobiska, czyli adepta nekromancji, który poranną porą nieświadomy pułapki wracał na rowerze z bułkami z piekarni, by ni stąd, ni zowąd wyłapać w cymbał. Po kipiszu w jego kryjówce lokalna geomantka Jagoda przystawiła ucho do trawy i nasłuchiwała dłuższą chwilę, co też w niej piszczy, no i rzekomo doniesiono jej, że należy puścić z dymem grymuary stręczyciela, tyle że tam nie było żadnych tomisk ani rycin, no chyba, że chodziło o bambusową podstawkę pod herbatę. Pozostało jej więc ostrzec ich przed skażeniem lokalnej fauny, które objawić mogło się nawet z dekadą opóźnienia, lecz Nars miał już co innego na głowie.
Parę tygodni później wyruszył na akcję Niedzielny Grill i słuch o nim zaginął. Wraz z Jimpem mieli ocalić premierę Wieśka Trzy i pomóc kadetowi Sserkowi stać się prawdziwym chłopcem; dzieciak pragnął uwolnić się spod klątwy, która zmuszała go do mimowolnego zaspamowywania życia innych. Dni stopiły się w tygodnie, a te wkrótce zlały się w miesiące, które niepostrzeżenie zainicjowały zmiany pór roku. Czas posuwał się bezszelestnie, a na myśl o jego upływie Zubera dopadał kłujący ból w sercu. Kwietniowe deszcze poświadczyły o tym, że to już rok i zaczęły rozmywać wspomnienia o chłopakach. A gdy w maju po paru opóźnieniach spowodowanych niewypałem Niedzielnego Grilla wyszedł Wiesiek Trzy, wszyscy w niego pykali i nigdy już miało nie być takiego lata.
Zwłaszcza, że cała Szkarłatna Twierdza stała się jedną wielką nieobecnością tria śmiałków.
Upamiętniono wyrwę, którą pozostawili, a jakże. Uwieczniono ich jako popiersia zdobiące tutejsze Hall of Fame. Te Narsa zajmowało nieco bardziej prestiżową pozycję, w końcu piastował on zaszczytną funkcję Szkarłatnego Strażnika. Pamiętający dzieje edycji kolekcjonerskiej Wieśka Dwa mogli odetchnąć z ulgą, gdy podobizna sławnego porucznika spoczęła szczęśliwie na wyznaczonym postumencie bez żadnego uszczerbku.
Do Krakowa dotarły niesione wiatrem plotki, że w następstwie zaginięcia chłopaków doszło do przewrotu pałacowego. Szerzące się spekulacje niespecjalnie interesowały Zubera, podobnie jak dworskie intrygi. Trzymał się miasta królów, skupiony na swoim zadaniu i życiu rodzinnym, a do kwatery głównej wpadał jedynie od święta. Dokładnie tak jak teraz.
Tym razem nie było jednak czego świętować.

– Und i Zi3lona już dyrdają, ale Wielkiemu Watomierzowi trzeba jeszcze chwili w medytacyjnej.
Spolegliwy komunikat wyrwał Zubera ze sfery rozmyślań. Nieśpiesznie przyjrzał się odbiciu Yakina, przedstawiciela obecnej Szkarłatnej Straży. Yakin stał za nim godnie i powściągliwie, a dłoń jakby od niechcenia trzymał w pogotowiu na rękojeści miecza przepasanego przy boku. Yakin należał również do entuzjastów podróży i nigdy nie chodził wytyczonymi szlakami. Zdaje się, że dopiero co wrócił z urlopu w Indiach. Świeża szrama na prawym policzku musiała być pamiątką z ostatniej wyprawy.
– Yakim cudem ktoś dosięgnął lico Szkarłatnego?
– Takim, że to lico samo pochyliło się do licha. Ryzyko pasjonata wjechało za mocno. Kto z nas nigdy nie próbował pogłaskać tygrysa bengalskiego, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ty się bawisz w rekonstruowanie średniowiecznego mordobicia, a ja w survivalowe heheszki.
Zuber uznał, że nie zada pytania, które samo się nasuwa, czyli w jakiej kondycji był wzmiankowany kicior. Przecież wiedział, że musi wyglądać gorzej: został co najmniej poczochrany za uchem i nosił szramy na honorze. Pewnie właśnie przechwalał się w stadzie, że przetrwał spotkanie ze Szkarłatnym. O ile nie odebrało mu mowy tak, że nie był już zdolny do artykułowania mruczenia. Zuber odwrócił się więc, by wyrazić bardziej zasadną wątpliwość:
– Vatt medytuje? Musi być naprawdę niedobrze.
Yakin zmierzył go uważnym, lecz łagodnym spojrzeniem.
– Gdyby nie było – odparł bez cienia bufonady – to poczekałby chociaż do drugiego stycznia.

Zaczęło się jak zwykle.
Od przebudzenia ze stłamszoną kołdrą naciągniętą na głowę. I funkcji poznawczymi zmąconymi ciężarem poranka. W pościeli rozwichrzonej od małżeńskiej namiętności.
Spokojnie drzemała tuż obok. Jej ramiona miarowo unosiły się i opadały.
Usiadł w mlecznej poświacie z podkuloną nogą. Przez chwilę błądził myślami po różnych sprawach. Rozpamiętywał sen, w którym skryta w półmroku postać tańczyła do rave’owego covera motywu przewodniego Plebanii. Nieproszony gość wydawał mu się znajomy, ale logika stanu nie ułatwiała zakotwiczenia go w rzeczywistości.
W końcu złożył pocałunek delikatny jak poranna rosa – albo raczej, kryształek szronu – na czole śpiącej ukochanej. Która wymruczała na to „światło wolumeryczne, mmm” przez sen i przewróciła się na drugi bok.
Następnie bezgłośnie uchylił drzwi do pokoju kilkuletniej latorośli, by stwierdzić, że i tam wszystko było w jak najlepszym porządku. I tak właśnie na tym podmiejskim ranczu dzień po dniu żyćko jego toczyło się. Work-life balance został osiągnięty. Zapanował ten rzadki moment, kiedy wszystko się zgadzało i można było zaznać spokoju ducha. Czego chcieć więcej? Hmm.
Pozostało przygotować noworoczne śniadanie-niespodziankę, a następnie pozbierać rozrzucony po salonie sprzęt do średniowiecznej rekonstrukcji, by cichaczem udać się na trening – wszak wyznaczono już termin Zimowego Turnieju Sportowych Walk Rycerskich w Chrzanowie. Był w połowie naoliwiania nieodzownego atrybutu BHP, czyli przyłbicy, jak i rozmyślań nad tym, czy nie porąbać jeszcze drewna na opał, gdy poczuł pojedynczą wibrację telefonu. Wiadomość. I to od samego Mecenasa Yngha. Nawet jego słowa na ekranie promieniowały prestiżem etycznym i schludnością wziętego warszawskiego adwokata:
„Wstawaj, Zuber, Szyberdach próbuje wykręcić Twój numer <emotka z chupacabrą>”.
Rzeczywiście: nieodebrane od Szypka. Oddzwonił, pełen najgorszych przeczuć.

Gdy Zuber wysiadł z LightningBolta na krakowskim Zabłociu, którego terytorium wciąż należało do zimy, brzemienne od śniegu chmury zdążyły już ustąpić, a rozproszone światło słoneczne nabrało na sile. Pogodne niebo mogło zwiastować rok czysty jak poemat haiku.
W kontraście do lokalnej mordowni, to znaczy przybytku użyteczności publicznej, którego orbita przyciągała klimaciarskie środowisko skupione wokół podziemnego rapu. Wokół której walały się pozostałości po imprezie sylwestrowej. Dla jasności, okolica była podła, ale ludzie dobrzy. Zuber został więc namierzony pośrodku krajobrazu księżycowego i nawoływań zimowego ptactwa, gdy zapatrzył się w odblask rozmigotanej Wisły.
– O, proszę mi aresztować tego tu wariacika! Mieliśmy zgłoszenie kradzieży. Wielu niewieścich serc, hehe! Jak kruszy kopie na tych turniejach, to wszystkie panny odgrywające dworki wzdychają do niego. Czarosław, no gdzie ty masz kajdanki? Do parteru go, ale już! Tylko uważaj, żeby ci nie zanurkował w zaspę, bo dalej to rura stąd pod nogami i tyle go widzieli! Nie chcę potem znowu słuchać, że ktoś przeczołgał się pod śniegiem! Uważasz?!
Zuber najpierw go usłyszał, a potem zobaczył. Uniósł dłonie w obronnym geście:
– Odmawiam zeznań. I przypominam – kwiat forumowej społeczności. Oraz głowa rodziny.
Komisarz Szypek „Szyberdach” ofuknął usiłującego nadążyć za nim przybocznego i zbliżał się dziarskim krokiem. Dumnie wypięta pierś z metalową przypinką w kształcie gwiazdy szeryfa działała w tandemie z nakryciem głowy: kowbojskim kapeluszem o absurdalnie szerokim rondzie. Zupełnie, jakby omiótł wzrokiem z Kopca Kościuszki panoramę miasta w zadumie spod znaku: „I to wszystko jest moje”. Ktoś musiał być root adminem na tym dancingu.
Tak, Szypek porzucił barwy Redów, by przyodziać niebieskie, przynajmniej symbolicznie. Nie oznaczało to przynależnictwa do Niebieskich Pasów. Tę rolę pełnił boysband Zubra, którym sumiennie dowodził Hunt. Hunt, który cieszył się nie tylko najdłuższym stażem spośród lokalnych Szkarłatnych, ale w ogóle uznawany był za redańskiego namiestnika w tym regionie. Do oddziału należało jeszcze dwóch przedstawicieli Straży, czyli rzecz jasna Patrol i Szincza. Zuber pielęgnował swój status cywila i pomimo zaangażowania opierał się jego zmianie. Byli jeszcze Kalen oraz Rdzastyn, którzy zajmowali się kodowaniem. Ten drugi ostatnimi czasy, jak już wiemy, wręcz latająco.
Szypek natomiast wciągnął na siebie przepisowy policyjny mundur, który szybko zastąpił jego brakiem charakterystycznym dla innych wydziałów. Błyskawicznie został kierownikiem sekcji zespołu operacyjno-rozpoznawczego i równie skutecznie awansował na znaczącą pozycję wśród kryminalnych. W ten sposób miał dodać swoim dawnym kompanom prestiżu moralnego oraz wesprzeć ich logistycznie. Jeśli Łoles pilnujący porządku w neo-noirowym Gotham City mógł podeprzeć się o lokalną glinę, tak samo Niebieski Pasy potrzebowały Szypka. A jak powszechnie było wiadomo, Szybek szypki jest. Znaczy, szybki: Szypek, no bo kto?
Przywitali się prawilnie, jak przystało na krakowską ulicę, z wrażenia wypuszczając w powietrze białe, gęste chmurki oddechu. Komisarz wyjaśnił zdawkowo, że ciało znaleziono za winklem, gdzie Zubera odprowadzi teraz nieodstępujący go przyboczny Czaro i gdzie czynnościami zawiaduje druga przyboczna, aspirant Tola Borewicz, która nie daje sobie w kaszę dmuchać.
– Także dawaj za garaże, wariacik i rozruszaj mi towarzystwo poddające zwłoki oględzinom, ponieważ coś się jakaś dziwna niemrawość wdała, a sam muszę tymczasem zahaczyć jeszcze o wnętrze, by przesłuchać właściciela. Jeśli już wdepniecie w materiał dowodowy, to postarajcie się przynajmniej mi go nie roznieść po całym terenie.
Pomimo chłodu, aż zakasał rękawy. Zuberowi ze wzruszeń pozostało wzruszenie ramionami.
Czarosław oszczędnym gestem polecił mu więc podążać za nim. Zubera zastanowiło, dlaczego zaufanym Szypka jest łapserdak z rumianą cerą i odstającymi uszami oraz błyskiem nagminnego wyrywacza w oku, ale nie miał też powodu, żeby podważać skrupulatną naturę komisarza. Może po prostu został mu narzucony?
Z analizy wyrwał go znowu wibrujący telefon. Kolejna wiadomość, tym razem od partnerki:
„Kochanie, czy Ty znowu wymknąłeś się na warsztaty z jednym czy drugim urwipołciem od rekonstrukcji? Wracaj szybko. Kupisz proszę po drodze napój bio na bazie śródziemnomorskiego migdału pomieszanego z ekstraktem z lembasów?”.
Naciągnął czapkę głębiej na uszy.
Krzątanina towarzysząca czynnościom trwała za garażami, a ich zakres wyznaczała taśma policyjna. Nieopodal z silnikami na chodzie stały cztery fury, w tym nieoznakowane, a obok krzątała się cała kompania, czyli kilku mundurowych, technik z walizeczką, kichający prokurator i biegły lekarz. Oraz wystawały dwie znajome mordeczki.
Szincza usłyszał chrupot jego podeszw na szronie jako pierwszy, ale to Patrol zareagował przed nim: inspektor wdzianka obrócił się gibko i zmierzył stylówę Zubera wnikliwym spojrzeniem spod designerskich przyciemnianych szkieł z filtrem światła niebieskiego. Jak widać, patrol stylizacyjny trwał. W końcu jego twarz konesera rozjaśnił werdykt: milczący szacun. Stojący z nim niemal ramię w ramię Szincza – spod którego kurtki wystawał tradycyjny strój treningowy do ju-jitsu – na widok Czarosława przewrócił oczyma. Przyboczny Szypka jakby wyczuwając jego rezerwę, zwrócił się do Szkarłatnego jowialnie:
– Chyba nas sobie nie przedstawiono. Czaro jestem. To zaszczyt pracować z…
– Czy ty w ogóle masz konto na forum?
– Naajak!
– A jakiś nick?
– Charrujący_Charizard?
– Nie kojarzę.
– A, bo wiesz, ostatnio odpoczywam.
W oczach Szinczy malowała się niegasnąca łowiecka ambicja pogromcy trolli.
– Czy ja przypadkiem nie wlepiłem tobie z miesiąc temu bana za okultystyczne memy?
– Nie. – Czarosław odpowiedział zbyt szybko.
– A-ha. – Szincza był jeszcze szybszy.
– Ty, Zubi? – rzucił dyskretnie Patrol podczas przywitania. – A Hunta to żeś ostatnio nie widział? Najlepiej się rozeznajesz jak tam z nim, c’nie? Jak coś, to od razu sprawdziłem i nie, to nie on się rozkłada tam za taśmą.
Zuber wyglądał na kogoś, kto rozeznawał się aż nazbyt dobrze. Uczciwie się nad tym zastanowił. W tym momencie dotarło do niego, kogo widział w rave'owym koszmarze.
– Jak tak pomyślę, to ostatnio tylko we śnie… W sensie, na plebanii. Nieważne. I tak mi nie uwierzycie.
– A, bo balowaliśmy wczoraj na Sylwka, miał pobrylować z nami i cosik nie ma z nim kontaktu.
– E tam, pewnie jest z kobitą. Albo na afterze z normikami. Odezwie się lada dzień. No i jak tam, udane balety? – Obdarzył swoich chłopaków przeciągłym spojrzeniem.
Patrol aż znacząco przycisnął przyciemniane okulary, by ukryć, jak bardzo udane. Wymienili z Szinczą ukradkowe spojrzenia. Które oczywiście nie umknęły Zuberowi.
– No? – Aż rozłożył ręce w oczekiwaniu. – Co żeście nawywijali tym razem?
– Głupia sprawa – mruknął Patrol – ale jakoś tak wyszło, że w ogólnym rozweseleniu puściliśmy z dymem Sukiennice. Na szczęście zamówiliśmy u Redów cofanie w czasie, więc gdzieś tam w równoległej rzeczywistości rośnie właśnie ciekawa odnoga. Dobre wieści są takie, że przynajmniej wreszcie mamy pewność – nie żyjemy w najgorszym timelinie, c’nie?
Zuber wyglądał na kogoś, kto z pewnością nie żył w najlepszym. O ile dobrze się orientował, raz na kwartał magia Redów pozwala na takie zaklęcie. Można było skoczyć w przeszłość maksymalnie dwanaście godzin wstecz, o czym pomyślano z troski o backup danych:
– Żeby tak cofnąć czas, to chyba musiała pójść zrzutka większości personelu Szkarłatnej Wieży, a może i jeszcze kogoś z Twierdzy. To wyście wszyscy tak zabalowali?
– Ja, na ten przykład, tylko połowicznie.
Niesforna czupryna przywodząca na myśl Boba Dylana wystawała z okna jednego z radiowozów i nieodmiennie należała do Kalena, podobnie jak zachrypnięty głos.
Zuber ruszył do niego szybkim krokiem. Programista próbował poczochrać włosy prawą dłonią, ale w połowie tego bezwiednego gestu wstrzymała go obręcz kajdanek na przegubie.
– Kalen? Przecież ty jesteś złoty chłopak. Co jest grane, ktoś podrzucił ci fisstech?
– To długa historia – skwitował. – Zaczęło się od tego, że kodowanie wymknęło mi się spod kontroli i zawinęło w spaghetti. Tak poleciałem z tematem, że aż linijki się ugotowały. Musiałem zrobić sobie przerwę, by oczyścić umysł.
Zuber pochylił się nad okienkiem i dopiero teraz zauważył, że łącznik kajdanek wiódł do przegubu należącego do drugiej osoby. A mianowicie driady, która ze zblazowaną miną zatopiła się w tapicerce. Sylfida miała na sobie wdzianko, któremu Patrol z pewnością wystawił już maksymalną notę: cekinowo-szyszkowaty garnitur. Jej nieprzeniknione kocie oczy lustrowały właśnie zdjęcia jakiejś alternatywki na portalu społecznościowym. Cedziła przy tym pod nosem: „Niedoczekanie twoje, lambadziaro”.
– Chłopy namówili mnie na gniotownik w Sukiennicach – kontynuował Kalen. – A że miałem potrzebę uwolnić głowę, to nie mogłem pominąć w tłumie imprezowiczów grupy driad. Akurat Patrol do nich podbił z bajerą, że niby nie wymówisz Pat Patrolewicz bez „lew” czy że Pat rymuje się z szach-mat. Znaczy, nie wiem, na tym etapie mogłem już coś źle zrozumieć. Pewne jest to, że jedna go nie słuchała, więc prawilnie do niej zagadałem.
– Chyba wiem, dokąd to zmierza. – Zuber znacząco zerknął na spajające ich kajdanki.
– Mnie też w ogóle nie zdziwiło, kiedy zaczęła recytować kontemplacyjne eseje Thoreau hołdujące bliskości natury. No i teraz ludzie Szypka wożą nas po całym mieście w poszukiwaniu ślusarza, który jest otwarty w święto. Albo chociaż trzeźwy. Ubawu co niemiara. Nawet pracownia artystycznych ram stylowych okazała się dzisiaj zaplombowana. No i zanim podjęliśmy nowy trop, dostali to zgłoszenie, a tymczasem Tola, to znaczy aspirant Borewicz, jej czymś podpadła.
Zuber miał nieodparte wrażenie, że Kalen pominął w tym wszystkim niezwykle istotny detal, ale ostatecznie znowu wzruszył ramionami: może życie naprawdę było lepsze, gdy otaczał je nimb tajemnicy? Grunt, że przynajmniej jedna osoba z ekipy wyglądała na szczęśliwą.
– Myślicie, że ta bagieta kiedykolwiek czytała Dostojewskiego? – Driada spiorunowała wzrokiem z dystansu studentkę o wyglądzie Britney Spears, która naganiała resztę zespołu Szypka i w której Zuber rozpoznał alternatywkę ze zdjęć. – Albo choć raz widziała go na żywo?
Zuber podniósł głowę, jakby nagle mu coś do niej przyszło. Wyciągnął telefon, by odpisać ukochanej jako posłaniec alarmujący: „Kochanie, gdzie ja Ci znajdę napój bio ze śródziemnomorskim lembasem w dzień świąteczny?”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Migdałem. A zaglądałeś do Salamandry? Przecież mają otwarte codziennie”.
No jasne. Nie tak łatwo było zapomnieć o sieci sklepów spożywczych typu convenience. Cynobrowy logotyp z sympatycznym ga–płazem rozświetlał jak neon każdą ulicę. Niegdyś podstawowe węzły struktury społecznej, a obecnie lokalne punkty orientacyjne i niezatarty element krajobrazu. Zuber nie miał w zwyczaju zawodzić swoich bliskich, więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i ukrócić wydłużające się czynności, by czym prędzej zagrzebać się z powrotem w domowych pieleszach.
– Wystarczy mitrężenia! – ogłosił wszem i wobec. – Miejmy już z głowy te oględziny.
By zaznaczyć pełną gotowość, Patrol na wszelki wypadek znacząco zdjął i ponownie założył okulary, a Szincza naprężył muskuły. Nim jednak dane im było cokolwiek przedsięwziąć, ich myśli zagłuszyło rześkie chrzęszczenie butów. Kogo tu jeszcze brakowało?
Wąsaty sześćdziesięciopięcioletni kombatant dreptał sobie w wojskowym obuwiu przez sąsiadujące pole, wyrywając się naprzód tak krewko, że nawet Szypek z trudem dotrzymywał mu kroku. Właściciel przybytku widocznie tylko czekał na wizję lokalną, bowiem wnet oskarżycielsko wycelował dłoń w kierunku włazu do studzienki kanalizacyjnej, wydając wyrok:
– Stąd strzygowie wylgnęli!
– Z pańskiej wcześniejszej relacji wyłonił się raczej szkic dystyngowanego staropolskiego wąpierza, a jednak poszlaki jednoznacznie wskazują na udział – po twarzy Szypka przemknął cień – Wojowniczych Żółwi Ninja?
– Poszlaki? – Stary wiarus zbył go machnięciem ręki. – Panie, a idź pan w… Kiedyś to były poszlaki, nie to co teraz.
Chwilę później Zuber naciągnął na dłonie jednorazowe rękawiczki, pochylił się nad ciałem i otoczony kordonem ciekawskich stróżów prawa rozpoczął skrzętną dłubaninę.
– Co my tu mamy? Niepozorny jak na dilera kręcącego się przy dzieciarni od rapsów. Jesteście pewni, że tak był ułożony? Widzę rany cięte na krtani. Mm-hm. Kolejne obrażenia tutaj… Obsłużyli klienta maczetą, poprawili skalpelem i odfajkowane. Chirurgiczna precyzja. Przecież od razu widać, że to jakieś porachunki gangów. Tutaj przebiega czyste cięcie. I tutaj kolejny przebieg. A jeszcze tutaj na bruku macie posokę układającą się w znak zapytania. Wycelowany w ciebie, Szyberdach. Pyta, co my tutaj, u licha, robimy. I dlaczego pisał do mnie sam Yngh?
– Moim zdaniem to robota skolopendromorfa – oświadczył tonem znawcy komisarz. – Niedługo wiosna, więc zaczęły wyłazić na żer. Czarosław jako ekspert od egzotycznej fauny nie zadał kłamu tym spekulacjom. A jeśli nie skolopendromorfa, to już z całą pewnością wąpierza.
– Gdzie ty widzisz tutaj ślady picia krwi? To typowe obrażenia od egzekucji maczetą.
– No, przecież mówię. Wąpierz z maczetą. Nihil novi.
– Szypek, ja tu nie widzę wykwitu innej sfery. A Niebieskie Pasy Szkarłatnej Wieży wzywa się do spraw koniunkcji sfer, czyli nie koniunkcji między drugorzędnymi gangusami, którzy pomnażają towar blenderem w piwnicy wujka. Nie stawaj w szranki z rycerzami, przyjacielu.
Zuber wymienił z Patrolem i Szinczą ukradkowe spojrzenia. Które oczywiście nie umknęły Szypkowi. Komisarz uznał za stosowne dać za wygraną. Gestem przyciągnął do siebie trio, a następnie tuż nad gnijącymi zwłokami dilera objął chłopków przytulasem serdecznym oraz pojemnym tak, że znalazłoby się w nim miejsce jeszcze przynajmniej dla Kalena, oczywiście pod warunkiem, że w okolicy znalazłby się też ślusarz.
– Otwieramy 2025 rok, więc po prostu chciałem na przywitanie zobaczyć moich wariacików w komplecie. Bo wiecie, męska przyjaźń jest taka męska. Szorstka jak futro na niedźwiedziu, ale także pluszowa jak to misia, a nawet misiaczka. Męska przyjaźń to wszak rzecz wielka i piękna. Więc… co tak nagle zamilkliście?
Skrępowany Zuber nie wyglądał na kogoś z rozmachem otwierającego nowy rok, tylko jakby już chciał go szczelnie zamknąć. Obok w plątaninie kończyn Patrolowi aż zaparło dech, niekoniecznie na skutek wzruszenia. Szincza znosił oznaki czułości dzielnie, a przynajmniej skoncentrował się na staraniach, żeby trzymać fason pomimo krwi pulsującej mu w skroniach. Ratunek, jak to często bywa, przyszedł z najmniej spodziewanej strony – ocalił ich Charrujący_Charizard człapiący z radiem policyjnym przy swoim odstającym uchu:
– Tej, no nie uwierzycie. Przyszło kolejne zgłoszenie. Na Zakrzówku znaleźli topielca!
– Kurczę, szefie, kolejny trup w ciągu paru godzin? – Tola aż zapiszczała z niekłamanym podziwem. – Ty to masz jednak szczęście!
Szypek natychmiast rozluźnił uścisk, by jako racjonalny facet zacieśnić erupcję nastrojów oraz zacisnąć dłoń na swojej gwieździe szeryfa.
– Doceniam wasz animusz, ale wolałbym jednak, gdybyśmy zachowali szacunek do majestatu śmierci. Jesteśmy na służbie. Nie chcemy problemów natury wizerunkowej. Uważacie?!
Wiwatowanie zamarło z impetem zatrzymującej się gramofonowej płyty.
– Ale co prawda, to prawda – dokończył komisarz, z grzeczności nie śmiejąc zaprzeczyć. – Złote rozdanie, ha.
Ogólny zapał wrócił błyskawicznie. Na jego fali aż wzniósł się nasłuchujący radia Czarosław:
– Ej, świadek relacjonuje, że ten dzik, co to wpadł do kamieniołomu i się utopił właśnie ożył, a od kilku minut pływa w kółko motylkiem. Czyli jakie są teraz procedury?
– Czarosław, co to za krakowska zamota? – Szypek zdobył się na pedagogiczny ton. – Jeśli dzik utonął, a teraz pływa motylkiem, to nie uważasz, że jego klasyfikacja zmieniła się z topielca na utopca? Topielec z pulsem? Może jeszcze precel bez dodatków? Albo mimika kolana?
– No pewka, że kolana – zaperzyła się aspirantka, majtając lewą nogą. – Moje potrafi się uśmiechać i smucić na zawołanie. Wiecie, ile to ćwiczyłam?
Komisarz Szyberdach rozważył jej słowa z nagłym rozkojarzeniem. Właśnie lustrował swój telefon, pochłonięty nową wiadomością.
– Aspirantko Borewicz, na nieumarłego dzika uśmiechnięte kolano jak znalazł. – Przeniósł wzrok na chłopaków. – A wam proponuję sprawdzić pocztę. Nie wiem, jak to przeżyję, ale centrala nakazuje odstąpić Czarosława. Ma być kierowcą, który zabierze was do Wwa.
W tym momencie raz jeszcze zawibrował telefon Zubera. I nie tylko jego; do swoich kieszeni unisono sięgnęli także Patrol i Szincza, a na ich wyświetlaczach rozbłysła pewna słynna żółta plansza. Zuber czuł się tak, jakby wpatrywał się w swój przez teleskop, a wszystko docierało do niego z ogromnej dali. Oto dostali wspólne wezwanie do Szkarłatnej Twierdzy. A wezwanie do kwatery głównej, siostro i bratku, jest nieodwołalne. I tyle ze spokojnego początku roku u boku rodziny. Nie miał oczywiście pretensji do Redów; wiedział, że to była przykra konieczność podyktowana okolicznościami niezależnymi od nich. Rajzefiber wpłynął nie tylko na jego oblicze.
– Akurat teraz? – żachnął się Patrol. – A miałem zaraz wbić na Kleparz, by zrecenzować jakieś stylówki, c’nie?
– A ja udać się na trening do mojego dojo – zawtórował mu Szincza. – Leakerzy nie śpią.
Szypek otaksował zebranych bez choćby jednej łzy.
– Nie patrzcie tak na mnie, Borewicz. Zagramy w międzywydziałowy turniej w Scrabble dopiero, kiedy miasto będzie bezpieczne. Pomyśl lepiej o tym, że dawno nie przelatywaliśmy przez Ruczaj na bombach. They see me rollin', they hatin', hehe. Ej, co wy tam jaracie i kitracie po kieszeniach, Stopczyk? A może by się tak zacząć dzielić się z resztą w ramach postanowień?
Zuber nie wyglądał jak ktoś, kto… Dajmy na chwilę spokój Zuberowi i pozwólmy mu odejść na stronę celem przekazania partnerce, żeby nie czekała na niego z noworocznym obiadem.
Ludzie Szypka – rzecz jasna z pominięciem Charizarda – rzucili się do samochodów niczym hałastra rodem z Mad Maxa; ktoś nawet zaklinował się w bagażniku i wierzgał nogami. Tymczasem protesty Kalena grzecznie przypominającego o potrzebie rozkucia go i uwolnienia od driady zgubiły się w kakofonii zagrzewanych silników, pisku opon i jazgotu ruszających na sygnale pojazdów. Oraz deklamującej mu wiersze Coleridge’a samej dziwożony. Pęd, a przede wszystkim poezja aż przyszpiliły go do siedzenia. I tyle go widzieli.
Owszem, przynajmniej jeden członek ekipy wydawał się być w dobrych rękach: Szincza znowu przewrócił oczyma, gdy Czarosław wszedł im w klarę, machając nieśmiało kluczykami do auta. Zuber nawet tego nie zauważył. Kiedy chwilę później z rozwianą grzywą wpatrywał się w krajobraz umykający za uchylonym oknem, usiłował złowić znaczenie swojego bytu, który może byłby lżejszy, gdyby po prostu udać się na łowy za tym przeklętym bio nerkowcem.
Chwila, a nie chodziło o żurawinę?

Na razie jednak udał się tropem Yakina, porzucając panoramiczną ścianę, za którą dogorywało kodowanie. Jego odbicie i tym razem nie zostawiło na niej żadnych śladów.
– To brzmi jak zadanie dla Hunta. Dlaczego Vatt chce rozmawiać akurat ze mną? Przecież nie zostałem Szkarłatnym. I ani myślę. Nie mogliście wezwać naszego krakowskiego szefuńcia? Nie bez powodu mówią o nas „junta Hunta”. To on jest decyzyjny.
Yakin po raz pierwszy posłał mu zrezygnowane spojrzenie, a Zubera – który przecież nosił taką ewentualność z tyłu głowy – uderzyło nagle, że znalazł się bliżej prawdy, niż sobie tego życzył.
Cała Szkarłatna Twierdza stała się jedną wielką nieobecnością Hunta.
 
Last edited:
Vol. 1: Krakowski spleen


Szkarłatna Twierdza płonęła.
A przynajmniej takie mogło być wrażenie kogoś niewtajemniczonego w proces kodowania. Trudno sobie jednak wyobrazić, jak osoba bez uprawnień pokonuje drogę do serca cytadeli. Nawet, jeśli zdołałaby omamić siły ochrony podlegające wszelkim słabościom ludzkim, to byłaby jeszcze zmuszona sforsować system tyleż niezauważalny, co podlegający ciągłym drganiom. Otóż wszystkie powierzchnie po same fundamenty Twierdzy lekko pulsowały, a pogłos Redów wtopił się jej w substancję architektoniczną, by pozostać tam na zawsze jako echo. Ściany cytadeli miały nie tylko uszy – dysponowały pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
Intruza, który bezceremonialnie dopuściłby się wtargnięcia, szybko zacząłby krępować baczny wzrok śledzący go na każdym kroku. I byłoby to nie tyle mgliste domniemanie, co przekonanie na granicy z uwierającą z tyłu głowy pewnością.
Najkrótsza droga do obłędu wiodła przez zakamarki Twierdzy.
Zuber nie należał do nieproszonych gości. Z oddaniem służył krakowskiemu oddziałowi Niebieskich Pasów skupionemu wokół Szkarłatnej Wieży, a jego sporadyczne wizyty w warszawskiej centrali miały charakter, jakby to rzec, ściśle zawodowy. Dokładnie tak jak teraz.
A jednak mrowienie karku i jemu dawało się we znaki.

Świetlista wstęga trawiła wewnętrzne arboretum.
Chmara ogników prószyła z intensywnością, od której najważniejszy organ Szkarłatnej Twierdzy zajął się blaskiem do złudzenia przypominającym łunę ognia. Osoba niewtajemniczona gotowa byłaby pomyśleć, że tak nakazywał noworoczny obyczaj.
Pod kopułą ogrodu, pofalowaną jak opierzenie kardynała szkarłatnego, dryfowali Redzi. Pogrążeni w majestatycznym, sobie tylko zrozumiałym tańcu. Takim, któremu z pozoru brakuje przynależności gatunkowej. Takim, któremu przyglądało się sklepienie upstrzone refleksami. Rachityczne poła krwawych płaszczy łopotały w powietrzu niczym skrzydła istot sprzed eonów. Gdyby pewnego dnia ktoś zdołał się do nich zbliżyć, wnet przekonałby się, że w studziennej ciemności ich kapturów jarzy się zorza polarna.
Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł.
Za to przez panoramiczną ścianę tarasu widokowego widać było aż nadto wyraźnie, że to Redzi są źródłem zamieszania i wypełniając obowiązek wytrząsali z głębin swoich płaszczy gwiazdki. Całymi konstelacjami. Plotki głosiły, że niektóre z nich miały moc spełniania życzeń. Zuber nigdy jednak nie miał okazji tego zweryfikować, bo choć wiedział sporo o obrotach ciał niebieskich, napięty grafik nie pozwolił mu założyć, że nagle zostanie ich poławiaczem.
Póki co, płomyczki opadały sobie wedle uznania, wirując między barwnymi i rozłożystymi koronami cedrów, piramidalnymi i rozgałęziającymi się nieregularnie keteleeriami czy wąskimi i stożkowatymi sylwetkami jodeł. Wszystkie drzewa dumnie rzucały długie cienie. Malowniczy pejzaż wieńczyły kamienne latarnie, które mimo popołudniowej pory tchnęły jeszcze chłodem. Tymczasem u ich stóp dogasające iskierki buzowały czerwienią, powoli zatapiając się w ziemię.
Nawet, gdyby ktoś niepowołany zdołał się do nich zbliżyć, to i tak nie zgadłby, że co wytrwalsze po wniknięciu w glebę zapuszczają korzenie, by dać początek czemuś nowemu, a pewnego dnia wyrosną z nich linijki kodowania ucieleśnione przez długowieczne rośliny. Może usłyszałby chociaż, jak dostojne gałęzie drżą z cichym szumem na znak tego, że praca wre.
Kapitan-w-cywilu utkwił w przestrzeni zamyślone oczy. Wiedział, że nie ma powodów do niepokoju: to tylko regularne zjawisko towarzyszące projektowaniu nowych assetów do Wieśka Cztery, które za parę godzin zgaśnie jak zdmuchnięte świeczki, by odrodzić się o świcie. Gdzieś tam od niedawna dryfował także Rdzastyn – dawny kompan z Krakowa, który dostąpił wredowstąpienia.
Zuber złowił swoje odbicie w panoramicznej ścianie i westchnął. Potarł się po swojej ikonicznej bródce, a głowę natychmiast wypełniły mu wspomnienia.

Nars zdradził mu kiedyś, że lubił medytować na tym punkcie widokowym. Akurat byli w trakcie wspólnej operacji ich jednostek mającej na celu wcielenie ostatnich dzielnic Krakowa pod jurysdykcję najwyższej kondygnacji Szkarłatnej Wieży i zakamuflowani w zasadzce nieopodal Kamieniołomu Zakrzówek podziwiali listki na tarninie. Warszawski porucznik niemal co miesiąc potrafił przyglądać się w takim samym bezruchu Redom nawet przez kilka kwadransów, zawieszony gdzieś między dumą a dziecięcą fascynacją. Właściwie w każdy dzień, gdy jego myśli nie do końca miały ochotę na stanięcie obok siebie i złożenie się w składną całość.
Czasem nawet on miewał takie dni.
Dzień zasadzki z pewnością okazał się za to wyjątkowy dla sprawcy nierządu w rejonie wyrobiska, czyli adepta nekromancji, który poranną porą nieświadomy pułapki wracał na rowerze z bułkami z piekarni, by ni stąd, ni zowąd wyłapać w cymbał. Po kipiszu w jego kryjówce lokalna geomantka Jagoda przystawiła ucho do trawy i nasłuchiwała dłuższą chwilę, co też w niej piszczy, no i rzekomo doniesiono jej, że należy puścić z dymem grymuary stręczyciela, tyle że tam nie było żadnych tomisk ani rycin, no chyba, że chodziło o bambusową podstawkę pod herbatę. Pozostało jej więc ostrzec ich przed skażeniem lokalnej fauny, które objawić mogło się nawet z dekadą opóźnienia, lecz Nars miał już co innego na głowie.
Parę tygodni później wyruszył na akcję Niedzielny Grill i słuch o nim zaginął. Wraz z Jimpem mieli ocalić premierę Wieśka Trzy i pomóc kadetowi Sserkowi stać się prawdziwym chłopcem; dzieciak pragnął uwolnić się spod klątwy, która zmuszała go do mimowolnego zaspamowywania życia innych. Dni stopiły się w tygodnie, a te wkrótce zlały się w miesiące, które niepostrzeżenie zainicjowały zmiany pór roku. Czas posuwał się bezszelestnie, a na myśl o jego upływie Zubera dopadał kłujący ból w sercu. Kwietniowe deszcze poświadczyły o tym, że to już rok i zaczęły rozmywać wspomnienia o chłopakach. A gdy w maju po paru opóźnieniach spowodowanych niewypałem Niedzielnego Grilla wyszedł Wiesiek Trzy, wszyscy w niego pykali i nigdy już miało nie być takiego lata.
Zwłaszcza, że cała Szkarłatna Twierdza stała się jedną wielką nieobecnością tria śmiałków.
Upamiętniono wyrwę, którą pozostawili, a jakże. Uwieczniono ich jako popiersia zdobiące tutejsze Hall of Fame. Te Narsa zajmowało nieco bardziej prestiżową pozycję, w końcu piastował on zaszczytną funkcję Szkarłatnego Strażnika. Pamiętający dzieje edycji kolekcjonerskiej Wieśka Dwa mogli odetchnąć z ulgą, gdy podobizna sławnego porucznika spoczęła szczęśliwie na wyznaczonym postumencie bez żadnego uszczerbku.
Do Krakowa dotarły niesione wiatrem plotki, że w następstwie zaginięcia chłopaków doszło do przewrotu pałacowego. Szerzące się spekulacje niespecjalnie interesowały Zubera, podobnie jak dworskie intrygi. Trzymał się miasta królów, skupiony na swoim zadaniu i życiu rodzinnym, a do kwatery głównej wpadał jedynie od święta. Dokładnie tak jak teraz.
Tym razem nie było jednak czego świętować.

– Und i Zi3lona już dyrdają, ale Wielkiemu Watomierzowi trzeba jeszcze chwili w medytacyjnej.
Spolegliwy komunikat wyrwał Zubera ze sfery rozmyślań. Nieśpiesznie przyjrzał się odbiciu Yakina, przedstawiciela obecnej Szkarłatnej Straży. Yakin stał za nim godnie i powściągliwie, a dłoń jakby od niechcenia trzymał w pogotowiu na rękojeści miecza przepasanego przy boku. Yakin należał również do entuzjastów podróży i nigdy nie chodził wytyczonymi szlakami. Zdaje się, że dopiero co wrócił z urlopu w Indiach. Świeża szrama na prawym policzku musiała być pamiątką z ostatniej wyprawy.
– Yakim cudem ktoś dosięgnął lico Szkarłatnego?
– Takim, że to lico samo pochyliło się do licha. Ryzyko pasjonata wjechało za mocno. Kto z nas nigdy nie próbował pogłaskać tygrysa bengalskiego, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ty się bawisz w rekonstruowanie średniowiecznego mordobicia, a ja w survivalowe heheszki.
Zuber uznał, że nie zada pytania, które samo się nasuwa, czyli w jakiej kondycji był wzmiankowany kicior. Przecież wiedział, że musi wyglądać gorzej: został co najmniej poczochrany za uchem i nosił szramy na honorze. Pewnie właśnie przechwalał się w stadzie, że przetrwał spotkanie ze Szkarłatnym. O ile nie odebrało mu mowy tak, że nie był już zdolny do artykułowania mruczenia. Zuber odwrócił się więc, by wyrazić bardziej zasadną wątpliwość:
– Vatt medytuje? Musi być naprawdę niedobrze.
Yakin zmierzył go uważnym, lecz łagodnym spojrzeniem.
– Gdyby nie było – odparł bez cienia bufonady – to poczekałby chociaż do drugiego stycznia.

Zaczęło się jak zwykle.
Od przebudzenia ze stłamszoną kołdrą naciągniętą na głowę. I funkcji poznawczymi zmąconymi ciężarem poranka. W pościeli rozwichrzonej od małżeńskiej namiętności.
Spokojnie drzemała tuż obok. Jej ramiona miarowo unosiły się i opadały.
Usiadł w mlecznej poświacie z podkuloną nogą. Przez chwilę błądził myślami po różnych sprawach. Rozpamiętywał sen, w którym skryta w półmroku postać tańczyła do rave’owego covera motywu przewodniego Plebanii. Nieproszony gość wydawał mu się znajomy, ale logika stanu nie ułatwiała zakotwiczenia go w rzeczywistości.
W końcu złożył pocałunek delikatny jak poranna rosa – albo raczej, kryształek szronu – na czole śpiącej ukochanej. Która wymruczała na to „światło wolumeryczne, mmm” przez sen i przewróciła się na drugi bok.
Następnie bezgłośnie uchylił drzwi do pokoju kilkuletniej latorośli, by stwierdzić, że i tam wszystko było w jak najlepszym porządku. I tak właśnie na tym podmiejskim ranczu dzień po dniu żyćko jego toczyło się. Work-life balance został osiągnięty. Zapanował ten rzadki moment, kiedy wszystko się zgadzało i można było zaznać spokoju ducha. Czego chcieć więcej? Hmm.
Pozostało przygotować noworoczne śniadanie-niespodziankę, a następnie pozbierać rozrzucony po salonie sprzęt do średniowiecznej rekonstrukcji, by cichaczem udać się na trening – wszak wyznaczono już termin Zimowego Turnieju Sportowych Walk Rycerskich w Chrzanowie. Był w połowie naoliwiania nieodzownego atrybutu BHP, czyli przyłbicy, jak i rozmyślań nad tym, czy nie porąbać jeszcze drewna na opał, gdy poczuł pojedynczą wibrację telefonu. Wiadomość. I to od samego Mecenasa Yngha. Nawet jego słowa na ekranie promieniowały prestiżem etycznym i schludnością wziętego warszawskiego adwokata:
„Wstawaj, Zuber, Szyberdach próbuje wykręcić Twój numer <emotka z chupacabrą>”.
Rzeczywiście: nieodebrane od Szypka. Oddzwonił, pełen najgorszych przeczuć.

Gdy Zuber wysiadł z LightningBolta na krakowskim Zabłociu, którego terytorium wciąż należało do zimy, brzemienne od śniegu chmury zdążyły już ustąpić, a rozproszone światło słoneczne nabrało na sile. Pogodne niebo mogło zwiastować rok czysty jak poemat haiku.
W kontraście do lokalnej mordowni, to znaczy przybytku użyteczności publicznej, którego orbita przyciągała klimaciarskie środowisko skupione wokół podziemnego rapu. Wokół której walały się pozostałości po imprezie sylwestrowej. Dla jasności, okolica była podła, ale ludzie dobrzy. Zuber został więc namierzony pośrodku krajobrazu księżycowego i nawoływań zimowego ptactwa, gdy zapatrzył się w odblask rozmigotanej Wisły.
– O, proszę mi aresztować tego tu wariacika! Mieliśmy zgłoszenie kradzieży. Wielu niewieścich serc, hehe! Jak kruszy kopie na tych turniejach, to wszystkie panny odgrywające dworki wzdychają do niego. Czarosław, no gdzie ty masz kajdanki? Do parteru go, ale już! Tylko uważaj, żeby ci nie zanurkował w zaspę, bo dalej to rura stąd pod nogami i tyle go widzieli! Nie chcę potem znowu słuchać, że ktoś przeczołgał się pod śniegiem! Uważasz?!
Zuber najpierw go usłyszał, a potem zobaczył. Uniósł dłonie w obronnym geście:
– Odmawiam zeznań. I przypominam – kwiat forumowej społeczności. Oraz głowa rodziny.
Komisarz Szypek „Szyberdach” ofuknął usiłującego nadążyć za nim przybocznego i zbliżał się dziarskim krokiem. Dumnie wypięta pierś z metalową przypinką w kształcie gwiazdy szeryfa działała w tandemie z nakryciem głowy: kowbojskim kapeluszem o absurdalnie szerokim rondzie. Zupełnie, jakby omiótł wzrokiem z Kopca Kościuszki panoramę miasta w zadumie spod znaku: „I to wszystko jest moje”. Ktoś musiał być root adminem na tym dancingu.
Tak, Szypek porzucił barwy Redów, by przyodziać niebieskie, przynajmniej symbolicznie. Nie oznaczało to przynależnictwa do Niebieskich Pasów. Tę rolę pełnił boysband Zubra, którym sumiennie dowodził Hunt. Hunt, który cieszył się nie tylko najdłuższym stażem spośród lokalnych Szkarłatnych, ale w ogóle uznawany był za redańskiego namiestnika w tym regionie. Do oddziału należało jeszcze dwóch przedstawicieli Straży, czyli rzecz jasna Patrol i Szincza. Zuber pielęgnował swój status cywila i pomimo zaangażowania opierał się jego zmianie. Byli jeszcze Kalen oraz Rdzastyn, którzy zajmowali się kodowaniem. Ten drugi ostatnimi czasy, jak już wiemy, wręcz latająco.
Szypek natomiast wciągnął na siebie przepisowy policyjny mundur, który szybko zastąpił jego brakiem charakterystycznym dla innych wydziałów. Błyskawicznie został kierownikiem sekcji zespołu operacyjno-rozpoznawczego i równie skutecznie awansował na znaczącą pozycję wśród kryminalnych. W ten sposób miał dodać swoim dawnym kompanom prestiżu moralnego oraz wesprzeć ich logistycznie. Jeśli Łoles pilnujący porządku w neo-noirowym Gotham City mógł podeprzeć się o lokalną glinę, tak samo Niebieski Pasy potrzebowały Szypka. A jak powszechnie było wiadomo, Szybek szypki jest. Znaczy, szybki: Szypek, no bo kto?
Przywitali się prawilnie, jak przystało na krakowską ulicę, z wrażenia wypuszczając w powietrze białe, gęste chmurki oddechu. Komisarz wyjaśnił zdawkowo, że ciało znaleziono za winklem, gdzie Zubera odprowadzi teraz nieodstępujący go przyboczny Czaro i gdzie czynnościami zawiaduje druga przyboczna, aspirant Tola Borewicz, która nie daje sobie w kaszę dmuchać.
– Także dawaj za garaże, wariacik i rozruszaj mi towarzystwo poddające zwłoki oględzinom, ponieważ coś się jakaś dziwna niemrawość wdała, a sam muszę tymczasem zahaczyć jeszcze o wnętrze, by przesłuchać właściciela. Jeśli już wdepniecie w materiał dowodowy, to postarajcie się przynajmniej mi go nie roznieść po całym terenie.
Pomimo chłodu, aż zakasał rękawy. Zuberowi ze wzruszeń pozostało wzruszenie ramionami.
Czarosław oszczędnym gestem polecił mu więc podążać za nim. Zubera zastanowiło, dlaczego zaufanym Szypka jest łapserdak z rumianą cerą i odstającymi uszami oraz błyskiem nagminnego wyrywacza w oku, ale nie miał też powodu, żeby podważać skrupulatną naturę komisarza. Może po prostu został mu narzucony?
Z analizy wyrwał go znowu wibrujący telefon. Kolejna wiadomość, tym razem od partnerki:
„Kochanie, czy Ty znowu wymknąłeś się na warsztaty z jednym czy drugim urwipołciem od rekonstrukcji? Wracaj szybko. Kupisz proszę po drodze napój bio na bazie śródziemnomorskiego migdału pomieszanego z ekstraktem z lembasów?”.
Naciągnął czapkę głębiej na uszy.
Krzątanina towarzysząca czynnościom trwała za garażami, a ich zakres wyznaczała taśma policyjna. Nieopodal z silnikami na chodzie stały cztery fury, w tym nieoznakowane, a obok krzątała się cała kompania, czyli kilku mundurowych, technik z walizeczką, kichający prokurator i biegły lekarz. Oraz wystawały dwie znajome mordeczki.
Szincza usłyszał chrupot jego podeszw na szronie jako pierwszy, ale to Patrol zareagował przed nim: inspektor wdzianka obrócił się gibko i zmierzył stylówę Zubera wnikliwym spojrzeniem spod designerskich przyciemnianych szkieł z filtrem światła niebieskiego. Jak widać, patrol stylizacyjny trwał. W końcu jego twarz konesera rozjaśnił werdykt: milczący szacun. Stojący z nim niemal ramię w ramię Szincza – spod którego kurtki wystawał tradycyjny strój treningowy do ju-jitsu – na widok Czarosława przewrócił oczyma. Przyboczny Szypka jakby wyczuwając jego rezerwę, zwrócił się do Szkarłatnego jowialnie:
– Chyba nas sobie nie przedstawiono. Czaro jestem. To zaszczyt pracować z…
– Czy ty w ogóle masz konto na forum?
– Naajak!
– A jakiś nick?
– Charrujący_Charizard?
– Nie kojarzę.
– A, bo wiesz, ostatnio odpoczywam.
W oczach Szinczy malowała się niegasnąca łowiecka ambicja pogromcy trolli.
– Czy ja przypadkiem nie wlepiłem tobie z miesiąc temu bana za okultystyczne memy?
– Nie. – Czarosław odpowiedział zbyt szybko.
– A-ha. – Szincza był jeszcze szybszy.
– Ty, Zubi? – rzucił dyskretnie Patrol podczas przywitania. – A Hunta to żeś ostatnio nie widział? Najlepiej się rozeznajesz jak tam z nim, c’nie? Jak coś, to od razu sprawdziłem i nie, to nie on się rozkłada tam za taśmą.
Zuber wyglądał na kogoś, kto rozeznawał się aż nazbyt dobrze. Uczciwie się nad tym zastanowił. W tym momencie dotarło do niego, kogo widział w rave'owym koszmarze.
– Jak tak pomyślę, to ostatnio tylko we śnie… W sensie, na plebanii. Nieważne. I tak mi nie uwierzycie.
– A, bo balowaliśmy wczoraj na Sylwka, miał pobrylować z nami i cosik nie ma z nim kontaktu.
– E tam, pewnie jest z kobitą. Albo na afterze z normikami. Odezwie się lada dzień. No i jak tam, udane balety? – Obdarzył swoich chłopaków przeciągłym spojrzeniem.
Patrol aż znacząco przycisnął przyciemniane okulary, by ukryć, jak bardzo udane. Wymienili z Szinczą ukradkowe spojrzenia. Które oczywiście nie umknęły Zuberowi.
– No? – Aż rozłożył ręce w oczekiwaniu. – Co żeście nawywijali tym razem?
– Głupia sprawa – mruknął Patrol – ale jakoś tak wyszło, że w ogólnym rozweseleniu puściliśmy z dymem Sukiennice. Na szczęście zamówiliśmy u Redów cofanie w czasie, więc gdzieś tam w równoległej rzeczywistości rośnie właśnie ciekawa odnoga. Dobre wieści są takie, że przynajmniej wreszcie mamy pewność – nie żyjemy w najgorszym timelinie, c’nie?
Zuber wyglądał na kogoś, kto z pewnością nie żył w najlepszym. O ile dobrze się orientował, raz na kwartał magia Redów pozwala na takie zaklęcie. Można było skoczyć w przeszłość maksymalnie dwanaście godzin wstecz, o czym pomyślano z troski o backup danych:
– Żeby tak cofnąć czas, to chyba musiała pójść zrzutka większości personelu Szkarłatnej Wieży, a może i jeszcze kogoś z Twierdzy. To wyście wszyscy tak zabalowali?
– Ja, na ten przykład, tylko połowicznie.
Niesforna czupryna przywodząca na myśl Boba Dylana wystawała z okna jednego z radiowozów i nieodmiennie należała do Kalena, podobnie jak zachrypnięty głos.
Zuber ruszył do niego szybkim krokiem. Programista próbował poczochrać włosy prawą dłonią, ale w połowie tego bezwiednego gestu wstrzymała go obręcz kajdanek na przegubie.
– Kalen? Przecież ty jesteś złoty chłopak. Co jest grane, ktoś podrzucił ci fisstech?
– To długa historia – skwitował. – Zaczęło się od tego, że kodowanie wymknęło mi się spod kontroli i zawinęło w spaghetti. Tak poleciałem z tematem, że aż linijki się ugotowały. Musiałem zrobić sobie przerwę, by oczyścić umysł.
Zuber pochylił się nad okienkiem i dopiero teraz zauważył, że łącznik kajdanek wiódł do przegubu należącego do drugiej osoby. A mianowicie driady, która ze zblazowaną miną zatopiła się w tapicerce. Sylfida miała na sobie wdzianko, któremu Patrol z pewnością wystawił już maksymalną notę: cekinowo-szyszkowaty garnitur. Jej nieprzeniknione kocie oczy lustrowały właśnie zdjęcia jakiejś alternatywki na portalu społecznościowym. Cedziła przy tym pod nosem: „Niedoczekanie twoje, lambadziaro”.
– Chłopy namówili mnie na gniotownik w Sukiennicach – kontynuował Kalen. – A że miałem potrzebę uwolnić głowę, to nie mogłem pominąć w tłumie imprezowiczów grupy driad. Akurat Patrol do nich podbił z bajerą, że niby nie wymówisz Pat Patrolewicz bez „lew” czy że Pat rymuje się z szach-mat. Znaczy, nie wiem, na tym etapie mogłem już coś źle zrozumieć. Pewne jest to, że jedna go nie słuchała, więc prawilnie do niej zagadałem.
– Chyba wiem, dokąd to zmierza. – Zuber znacząco zerknął na spajające ich kajdanki.
– Mnie też w ogóle nie zdziwiło, kiedy zaczęła recytować kontemplacyjne eseje Thoreau hołdujące bliskości natury. No i teraz ludzie Szypka wożą nas po całym mieście w poszukiwaniu ślusarza, który jest otwarty w święto. Albo chociaż trzeźwy. Ubawu co niemiara. Nawet pracownia artystycznych ram stylowych okazała się dzisiaj zaplombowana. No i zanim podjęliśmy nowy trop, dostali to zgłoszenie, a tymczasem Tola, to znaczy aspirant Borewicz, jej czymś podpadła.
Zuber miał nieodparte wrażenie, że Kalen pominął w tym wszystkim niezwykle istotny detal, ale ostatecznie znowu wzruszył ramionami: może życie naprawdę było lepsze, gdy otaczał je nimb tajemnicy? Grunt, że przynajmniej jedna osoba z ekipy wyglądała na szczęśliwą.
– Myślicie, że ta bagieta kiedykolwiek czytała Dostojewskiego? – Driada spiorunowała wzrokiem z dystansu studentkę o wyglądzie Britney Spears, która naganiała resztę zespołu Szypka i w której Zuber rozpoznał alternatywkę ze zdjęć. – Albo choć raz widziała go na żywo?
Zuber podniósł głowę, jakby nagle mu coś do niej przyszło. Wyciągnął telefon, by odpisać ukochanej jako posłaniec alarmujący: „Kochanie, gdzie ja Ci znajdę napój bio ze śródziemnomorskim lembasem w dzień świąteczny?”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Migdałem. A zaglądałeś do Salamandry? Przecież mają otwarte codziennie”.
No jasne. Nie tak łatwo było zapomnieć o sieci sklepów spożywczych typu convenience. Cynobrowy logotyp z sympatycznym ga–płazem rozświetlał jak neon każdą ulicę. Niegdyś podstawowe węzły struktury społecznej, a obecnie lokalne punkty orientacyjne i niezatarty element krajobrazu. Zuber nie miał w zwyczaju zawodzić swoich bliskich, więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i ukrócić wydłużające się czynności, by czym prędzej zagrzebać się z powrotem w domowych pieleszach.
– Wystarczy mitrężenia! – ogłosił wszem i wobec. – Miejmy już z głowy te oględziny.
By zaznaczyć pełną gotowość, Patrol na wszelki wypadek znacząco zdjął i ponownie założył okulary, a Szincza naprężył muskuły. Nim jednak dane im było cokolwiek przedsięwziąć, ich myśli zagłuszyło rześkie chrzęszczenie butów. Kogo tu jeszcze brakowało?
Wąsaty sześćdziesięciopięcioletni kombatant dreptał sobie w wojskowym obuwiu przez sąsiadujące pole, wyrywając się naprzód tak krewko, że nawet Szypek z trudem dotrzymywał mu kroku. Właściciel przybytku widocznie tylko czekał na wizję lokalną, bowiem wnet oskarżycielsko wycelował dłoń w kierunku włazu do studzienki kanalizacyjnej, wydając wyrok:
– Stąd strzygowie wylgnęli!
– Z pańskiej wcześniejszej relacji wyłonił się raczej szkic dystyngowanego staropolskiego wąpierza, a jednak poszlaki jednoznacznie wskazują na udział – po twarzy Szypka przemknął cień – Wojowniczych Żółwi Ninja?
– Poszlaki? – Stary wiarus zbył go machnięciem ręki. – Panie, a idź pan w… Kiedyś to były poszlaki, nie to co teraz.
Chwilę później Zuber naciągnął na dłonie jednorazowe rękawiczki, pochylił się nad ciałem i otoczony kordonem ciekawskich stróżów prawa rozpoczął skrzętną dłubaninę.
– Co my tu mamy? Niepozorny jak na dilera kręcącego się przy dzieciarni od rapsów. Jesteście pewni, że tak był ułożony? Widzę rany cięte na krtani. Mm-hm. Kolejne obrażenia tutaj… Obsłużyli klienta maczetą, poprawili skalpelem i odfajkowane. Chirurgiczna precyzja. Przecież od razu widać, że to jakieś porachunki gangów. Tutaj przebiega czyste cięcie. I tutaj kolejny przebieg. A jeszcze tutaj na bruku macie posokę układającą się w znak zapytania. Wycelowany w ciebie, Szyberdach. Pyta, co my tutaj, u licha, robimy. I dlaczego pisał do mnie sam Yngh?
– Moim zdaniem to robota skolopendromorfa – oświadczył tonem znawcy komisarz. – Niedługo wiosna, więc zaczęły wyłazić na żer. Czarosław jako ekspert od egzotycznej fauny nie zadał kłamu tym spekulacjom. A jeśli nie skolopendromorfa, to już z całą pewnością wąpierza.
– Gdzie ty widzisz tutaj ślady picia krwi? To typowe obrażenia od egzekucji maczetą.
– No, przecież mówię. Wąpierz z maczetą. Nihil novi.
– Szypek, ja tu nie widzę wykwitu innej sfery. A Niebieskie Pasy Szkarłatnej Wieży wzywa się do spraw koniunkcji sfer, czyli nie koniunkcji między drugorzędnymi gangusami, którzy pomnażają towar blenderem w piwnicy wujka. Nie stawaj w szranki z rycerzami, przyjacielu.
Zuber wymienił z Patrolem i Szinczą ukradkowe spojrzenia. Które oczywiście nie umknęły Szypkowi. Komisarz uznał za stosowne dać za wygraną. Gestem przyciągnął do siebie trio, a następnie tuż nad gnijącymi zwłokami dilera objął chłopków przytulasem serdecznym oraz pojemnym tak, że znalazłoby się w nim miejsce jeszcze przynajmniej dla Kalena, oczywiście pod warunkiem, że w okolicy znalazłby się też ślusarz.
– Otwieramy 2025 rok, więc po prostu chciałem na przywitanie zobaczyć moich wariacików w komplecie. Bo wiecie, męska przyjaźń jest taka męska. Szorstka jak futro na niedźwiedziu, ale także pluszowa jak to misia, a nawet misiaczka. Męska przyjaźń to wszak rzecz wielka i piękna. Więc… co tak nagle zamilkliście?
Skrępowany Zuber nie wyglądał na kogoś z rozmachem otwierającego nowy rok, tylko jakby już chciał go szczelnie zamknąć. Obok w plątaninie kończyn Patrolowi aż zaparło dech, niekoniecznie na skutek wzruszenia. Szincza znosił oznaki czułości dzielnie, a przynajmniej skoncentrował się na staraniach, żeby trzymać fason pomimo krwi pulsującej mu w skroniach. Ratunek, jak to często bywa, przyszedł z najmniej spodziewanej strony – ocalił ich Charrujący_Charizard człapiący z radiem policyjnym przy swoim odstającym uchu:
– Tej, no nie uwierzycie. Przyszło kolejne zgłoszenie. Na Zakrzówku znaleźli topielca!
– Kurczę, szefie, kolejny trup w ciągu paru godzin? – Tola aż zapiszczała z niekłamanym podziwem. – Ty to masz jednak szczęście!
Szypek natychmiast rozluźnił uścisk, by jako racjonalny facet zacieśnić erupcję nastrojów oraz zacisnąć dłoń na swojej gwieździe szeryfa.
– Doceniam wasz animusz, ale wolałbym jednak, gdybyśmy zachowali szacunek do majestatu śmierci. Jesteśmy na służbie. Nie chcemy problemów natury wizerunkowej. Uważacie?!
Wiwatowanie zamarło z impetem zatrzymującej się gramofonowej płyty.
– Ale co prawda, to prawda – dokończył komisarz, z grzeczności nie śmiejąc zaprzeczyć. – Złote rozdanie, ha.
Ogólny zapał wrócił błyskawicznie. Na jego fali aż wzniósł się nasłuchujący radia Czarosław:
– Ej, świadek relacjonuje, że ten dzik, co to wpadł do kamieniołomu i się utopił właśnie ożył, a od kilku minut pływa w kółko motylkiem. Czyli jakie są teraz procedury?
– Czarosław, co to za krakowska zamota? – Szypek zdobył się na pedagogiczny ton. – Jeśli dzik utonął, a teraz pływa motylkiem, to nie uważasz, że jego klasyfikacja zmieniła się z topielca na utopca? Topielec z pulsem? Może jeszcze precel bez dodatków? Albo mimika kolana?
– No pewka, że kolana – zaperzyła się aspiranka, majtając lewą nogą. – Moje potrafi się uśmiechać i smucić na zawołanie. Wiecie, ile to ćwiczyłam?
Komisarz Szyberdach rozważył jej słowa z nagłym rozkojarzeniem. Właśnie lustrował swój telefon, pochłonięty nową wiadomością.
– Aspirantko Borewicz, na nieumarłego dzika uśmiechnięte kolano jak znalazł. – Przeniósł wzrok na chłopaków. – A wam proponuję sprawdzić pocztę. Nie wiem, jak to przeżyję, ale centrala nakazuje odstąpić Czarosława. Ma być kierowcą, który zabierze was do Wwa.
W tym momencie raz jeszcze zawibrował telefon Zubera. I nie tylko jego; do swoich kieszeni unisono sięgnęli także Patrol i Szincza, a na ich wyświetlaczach rozbłysła pewna słynna żółta plansza. Zuber czuł się tak, jakby wpatrywał się w swój przez teleskop, a wszystko docierało do niego z ogromnej dali. Oto dostali wspólne wezwanie do Szkarłatnej Twierdzy. A wezwanie do kwatery głównej, siostro i bratku, jest nieodwołalne. I tyle ze spokojnego początku roku u boku rodziny. Nie miał oczywiście pretensji do Redów; wiedział, że to była przykra konieczność podyktowana okolicznościami niezależnymi od nich. Rajzefiber wpłynął nie tylko na jego oblicze.
– Akurat teraz? – żachnął się Patrol. – A miałem zaraz wbić na Kleparz, by zrecenzować jakieś stylówki, c’nie?
– A ja udać się na trening do mojego dojo – zawtórował mu Szincza. – Leakerzy nie śpią.
Szypek otaksował zebranych bez choćby jednej łzy.
– Nie patrzcie tak na mnie, Borewicz. Zagramy w międzywydziałowy turniej w Scrabble dopiero, kiedy miasto będzie bezpieczne. Pomyśl lepiej o tym, że dawno nie przelatywaliśmy przez Ruczaj na bombach. They see me rollin', they hatin', hehe. Ej, co wy tam jaracie i kitracie po kieszeniach, Stopczyk? A może by się tak zacząć dzielić się z resztą w ramach postanowień?
Zuber nie wyglądał jak ktoś, kto… Dajmy na chwilę spokój Zuberowi i pozwólmy mu odejść na stronę celem przekazania partnerce, żeby nie czekała na niego z noworocznym obiadem.
Ludzie Szypka – rzecz jasna z pominięciem Charizarda – rzucili się do samochodów niczym hałastra rodem z Mad Maxa; ktoś nawet zaklinował się w bagażniku i wierzgał nogami. Tymczasem protesty Kalena grzecznie przypominającego o potrzebie rozkucia go i uwolnienia od driady zgubiły się w kakofonii zagrzewanych silników, pisku opon i jazgotu ruszających na sygnale pojazdów. Oraz deklamującej mu wiersze Coleridge’a samej dziwożony. Pęd, a przede wszystkim poezja aż przyszpiliły go do siedzenia. I tyle go widzieli.
Owszem, przynajmniej jeden członek ekipy wydawał się być w dobrych rękach: Szincza znowu przewrócił oczyma, gdy Czarosław wszedł im w klarę, machając nieśmiało kluczykami do auta. Zuber nawet tego nie zauważył. Kiedy chwilę później z rozwianą grzywą wpatrywał się w krajobraz umykający za uchylonym oknem, usiłował złowić znaczenie swojego bytu, który może byłby lżejszy, gdyby po prostu udać się na łowy za tym przeklętym bio nerkowcem.
Chwila, a nie chodziło o żurawinę?

Na razie jednak udał się tropem Yakina, porzucając panoramiczną ścianę, za którą dogorywało kodowanie. Jego odbicie i tym razem nie zostawiło na niej żadnych śladów.
– To brzmi jak zadanie dla Hunta. Dlaczego Vatt chce rozmawiać akurat ze mną? Przecież nie zostałem Szkarłatnym. I ani myślę. Nie mogliście wezwać naszego krakowskiego szefuńcia? Nie bez powodu mówią o nas „junta Hunta”. To on jest decyzyjny.
Yakin po raz pierwszy posłał mu zrezygnowane spojrzenie, a Zubera – który przecież nosił taką ewentualność z tyłu głowy – uderzyło nagle, że znalazł się bliżej prawdy, niż sobie tego życzył.
Cała Szkarłatna Twierdza stała się jedną wielką nieobecnością Hunta.
W końcu Ferdydurke doczekało się godnego następcy.
 
confused-im.gif
 
Lektura tego rozdziału to jak czesanie grzebieniem z wiotkiej gumy strumienia sosu pieczeniowego - jest to umami, WIEM, że to umami, ale dopiero jak co jakiś czas o ząb się zahaczy kawałek mięska w postaci znajomego nicka albo okoliczności (Yakin z tygrysem!), to mam pełną kompatybilnosć.
To nie z tekstem jest coś nie tak, tylko z narzędziem, w tym przypadku z moim nie dość pofałdowanym mózgiem.
...ale jak się skupię...

Ogólnie lektura sprawiła mi sporą przyjemność, tylko muszę kilka razy powtórzyć, żeby skumać, dlaczego.

Dzięki :D
 
W kwestii formalnej chciałbym oświadczyć, że można mnie roastować.

Zawsze jestem ciekawy odbioru i tego, co można poprawić, żeby był lepszy. Osobiście wychodzę z założenia, że robiąc coś twórczo czy kreatywnie, powinienem traktować to z najwyższą powagą, inaczej jaki byłby w tym sens. Taka proza spod znaku fan-fiction nie jest tutaj wyjątkiem. Tzn. absolutnie zaakceptowałem kiedyś fakt, że wszelkie formy pisarskie to nieskończone dupogodziny, na które składają się ciągłe poprawki, udoskonalenia, przycinanie "tłuszczyku", zmiany narracyjne, itd., a nawet ten przypadek wymaga przestrzeni godnej pracy na etat, ha. Reasumując, ile bym serca w to nie włożył, to nie tylko pozostaję otwarty na krytykę, ale i wręcz do niej zachęcam.

Być może tymi ciągłymi korektami trochę zagmatwałem sytuację, niemniej, tak to pewnie wygląda, kiedy zakłada się luźną rozrywkę, a łączy perfekcjonizm z festiwalem nawiązań, bombardowaniem smaczkami, itd.: domyślam się, że wątpliwości budzić mogą ramy narracyjne. Zuber skaczący we wspomnieniach o przeszło dekadę, a potem do początku teraźniejszego, feralnego dnia wydawał mi się idealnym wprowadzeniem.

Moja strategia w stosunku do tego, co było 11 lat temu zmieniła się przynajmniej o tyle, że nie ma tu już radosnej spontaniczności, więc każda wzmianka jest po coś, a infantylny humor wyparły w dużym stopniu cienie żyćka (wiadomo, teraz to już tylko poważne schadzki z driadami!). Fajnie było w trakcie Vol. 1 wrócić pisarskiego rytmu i stopniowo odzyskiwać flow, ubawiłem się przednio. Na pewno będzie już tylko lżej, choć od czasu do czasu wjedzie flashback.​
W końcu Ferdydurke doczekało się godnego następcy.
Ach, to ten spin-off mojej ulubionej mangi? Wciąż do nadrobienia! /s

EDIT: Dziękować każdemu, kto dał temu szansę, no i co, stick with us?
 
Ja mam w zasadzie tylko dwa pytania do autora :D. Mocno było pite? Czy może poszukiwania weny miały inny charakter? :coolstory:
 
Kiedy wydanie w papierze? :)
Jeśli Redzi są zainteresowani, to na pewno się jakoś dogadamy. :howdy:
Ja mam w zasadzie tylko dwa pytania do autora :D. Mocno było pite? Czy może poszukiwania weny miały inny charakter? :coolstory:
Nie po drodze mi z jakimikolwiek wspomagaczami. :cool:

Otóż proces kreatywny przeprowadziłem w stu procentach o moich własnych siłach, jedyne co, to do pisania ubierałem mokasyny, marynarkę i czapkę foliową, niekoniecznie w tej kolejności.
 
Bardzo dobre ... bardzo rzekłbym zastanawiając się ... rzekłbym zastanowiwszy się, że jednak nie bardzo ... bo gdzie jest Wallace? :p Ale zastanowiwszy się zastanawiając się zastanowiłem się i doszedłem do wniosku, że nawet bez Wallace`a to jest dobre bardzo :)
 
Bardzo dobre ... bardzo rzekłbym zastanawiając się ... rzekłbym zastanowiwszy się, że jednak nie bardzo ... bo gdzie jest Wallace? :p Ale zastanowiwszy się zastanawiając się zastanowiłem się i doszedłem do wniosku, że nawet bez Wallace`a to jest dobre bardzo :)
Może ta postać pojawi się w głównym akcie?
 
W kwestii formalnej chciałbym oświadczyć, że można mnie roastować.​
Okeeeeeeej

Słabo znam się na piłce nożnej, ale wiem, że żył sobie kiedyś taki Bill Shankly. Prawdziwa legenda Liverpoolu, tak mówią. W każdym razie on kiedyś powiedział coś takiego - "Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz". Krakowski spleen, powiedzmy sobie szczerze, nie jest najlepszy, ale to chyba nie jest twój ostatni mecz, prawda? To wygląda bardziej jak wprowadzenie.
Ta historia ma w sobie jakiś ukryty potencjał, tylko trzeba go jeszcze wydobyć. Nie chcę się bawić w górnika, ale powiem tobie, że podoba mi się to jak wykreowałeś ten świat, tylko nie bardzo go rozumiem. To jest jakiś matrix, w którym Redzi, hmm, eee, co oni właściwie robią? Tworzą gry, obejmują władzę nad różnymi dystryktami? Nie bardzo to rozumiem, ale chyba z czasem to się wyjaśni. Prawdaż, czy nieprawdaż? Funkcję Niebieskich Pasów rozumiem, jest to w miarę czytelne i zrozumiałe. Jeśli jednak miałbym oceniać całość to stwierdziłbym, że lubisz Gombrowicza, co @Szincza trafnie zauważył. Tylko czy to jest wada? Dobrze byłoby pewne kwestie rozjaśnić i wprowadzić nieco dłuższą opowieść. A i smaczki zawarte - fajnie było to wyłapać. Czekam na więcej.
 
Ta historia ma w sobie jakiś ukryty potencjał, tylko trzeba go jeszcze wydobyć. Nie chcę się bawić w górnika, ale powiem tobie, że podoba mi się to jak wykreowałeś ten świat, tylko nie bardzo go rozumiem. To jest jakiś matrix, w którym Redzi, hmm, eee, co oni właściwie robią? Tworzą gry, obejmują władzę nad różnymi dystryktami? Nie bardzo to rozumiem, ale chyba z czasem to się wyjaśni. Prawdaż, czy nieprawdaż?
Najprościej byłoby stwierdzić, że to przełożenie na literacką kanwę myśli: "To świat Redów, a my w nim tylko żyjemy".
Z czasem będzie się wyjaśniać; na pewno w razie czego dopowiem do dawkowanej ekspozycji swoje. :)

Zaktualizowałem spis treści z otwierającego wpisu. Z łatwością można z niego wyczytać, że Vol. 2 uświetni pewną zacną okazję. Pierwotnie miałem zamiar opublikować drugi rozdział na Walentynki, w końcu i w nim "love is in the air", ale cieszę się ostatecznie, że jeszcze chwilę się z nim wstrzymałem. Co zabawne, spora część drugiej odsłony powstała jeszcze przed zeszłoroczną publikacją Vol. 1. Jednocześnie to, co pierwotnie miało znaleźć się w Vol. 2 rozrosło się tak, że obejmie i Vol. 3 (i to pomimo tego, że Vol. 2 długością bije Vol. 1 na głowę). I tak to sobie leci.

W Vol. 1 wytrąciliśmy już naszego bohatera z rutyny, więc teraz pomóżmy mu dotrzeć do zawiązania właściwej akcji. Zdaję sobie sprawę z niezręczności związanej z faktem, że te dwa rozdziały rozdzieli przeszło 11 miesięcy, podczas gdy w świecie, w którym toczy się akcja nie minęło nawet 11 minut (podejmujemy niemal od razu), ale spróbujmy. Początkowo napotkacie jeszcze odrobinę meandrów literackich, przez które będzie trzeba przebrnąć, ale z biegiem tej odsłony zapewne i Wy poczujecie wiatr w żaglach. Choćbym miał wrzucać kolejne rozdziały rokrocznie, to dlaczego nie; radość tworzenia obecna, proces rozłożony w czasie, więc dopóki znajdzie się przynajmniej kilku czytelników... Do zobaczenia wkrótce!​
 
Vol. 2: Warszawski tren


Zuber szedł na dno jeziora.
Przynajmniej wrażenie było takie, jakby porwał go wir wodny. Zasysający niczym czarna dziura przez zderzenie prądów o przeciwnych kierunkach. W jedną stronę podążał człowiek usiłujący zapanować nad własną rutyną, a w drugą zmierzała proza życia. Ujmijmy to inaczej: jeśli jeszcze przed kilkoma chwilami Kapitan Niebieskich Pasów usiłował zdążyć na pociąg, tak teraz, na jego oczach, spowity obłokami pary wodnej odjeżdżał już cały peron.
Wdech, wydech.
Od samego ranka w jego głowie narastało crescendo partii skrzypcowych. Aż do dławiącej krtań kulminacji, czyli wieści o zaginięciu Hunta i wdrożeniu dyrektywy C-77. Hunta, który najwyraźniej podzielić miał los wiadomego tria z operacji Niedzielny Grill, to znaczy stać się wielkim nieobecnym. Wspomnienie po każdym z nich ciążyło. Nie dziwota, że Zuber czuł się tak, jakby kieszenie wypełnione miał kamieniami. Wdech, wydech.
Skoro najkrótsza droga do obłędu wiodła przez zakamarki Twierdzy, to jakim cudem nie postradał jeszcze zmysłów? System tajnych korytarzy biegnących do gabinetu Vatta zdawał się nie mieć końca. Na domiar złego, był kręty, spowity czernią i tchnął przenikliwym chłodem. A może zimno było wrażeniem towarzyszącym hiobowym wieściom? Wdech.
Cień maszerującego przed nim Yakina surfował po rozmieszczonych w równych odstępach kinkietach ściennych. Subtelny blask ich mlecznego brokatu wytyczał w ciemności zarys szlaku. Utwierdzał w przekonaniu, że oto przemykają przez zapomniane pogranicze równowagi i szaleństwa. Zuber na chwilę doznał złudzenia, że sylwetka jego przewodnika zmienia kształt i kolejno staje się Narsem, Jimpem, Sserkiem, aż wreszcie Huntem. Wydech.
Nagle kontur skrzydlatej bestii pochłonął Yakina, a Zuber stanął jak wryty. Coś gwałtownie w nim runęło, a świat jakby na komendę wyostrzył się niczym w soczewce. Nad jego głową wisiał kinkiet stylizowany na pochodnię, wokół którego odbywał się rozedrgany taniec trzepoczących skrzydełek. Sprawczynią optycznego figla okazała się być ćma. Zafiksował na niej wzrok, snując domysły, jaką to niosła dla niego wiadomość. Wdech, wydech, wdech.
Do pionu postawił go ponaglający z kurtuazją głos Yakina. Wydech.
– Kapitanie, nie pora na pit stop. Obaj wiemy, że tymi korytarzami błąkają się nie tylko żywi. A przynajmniej niezupełnie żywi. Dyrdajmy.
Zuber był skłonny się z nim zgodzić: spotkanie z panem Iwanem Marcińskim w tej chwili jawiło się jako raczej średni pomysł. Teraz wypadła kolej Yakina, by się zawahać:
– Trzy odnogi temu skręciliśmy w prawo, czyż nie?
– Raczej tak. – Kapitan zamarł. – Znaczy, przez chwilę szliśmy po diagonalu, a potem do tyłu, więc wtedy wybraliśmy prawo, co chyba oznacza twoje lewo, ale jakby nie patrzeć…
U Yakina nie było wolnych przebiegów: nie próżnując, uaktywnił wyćwiczonym gestem elektroniczny gadżet na nadgarstku.
– Jak to jest – zwrócił się chyba do samego siebie – że intuicja zawsze podpowiada mi bezpieczną przeprawę przez prażone słońcem azjatyckie stepy, najgłębsze kaniony Europy i zwodnicze równiny aluwialne Ameryki Południowej, a Szkarłatna Twierdza jak zwykle swoje? Tutaj musi być tunel czasoprzestrzenny, coś jak pod sarkofagiem w Czarnobylu.
– Mm-hm. Nie widzę innego trzymającego się kupy wytłumaczenia.
– Korytarze znowu musiały zamienić się miejscami, skubane. Już odpalam minimapę.
W półmroku zapełgała błękitna iskierka, migiem podświetlając obwódkę tarczy zegarka. Wnet podjęli wędrówkę, ale po chwili Yakin ze wzrokiem wbitym w interfejs zwolnił kroku:
– Zuber, dwie odnogi stąd mamy pytajnik oznaczający zadanie poboczne.
– Nie pękaj. Tylko wspólnymi siłami zdołamy oprzeć się pokusie.
– Oczywiście, w końcu jaki normalny człowiek zajmuje się marginalnymi wątkami, gdy życiu bliskiej osoby grozi niebezpieczeństwo? Dyrdajmy.
– Wyglądam, jakby trzeba było mnie przekonywać?
– Nie wiem. Skupiam się na prowadzeniu nas przez czarnobylskie ciemności. Najkrótszą drogą.
– Nie jestem przekonany. Co do tego ostatniego.
– Nie ma lekko. W dorosłym życiu główna nitka narracyjna rozwija się tak chyżo, że nie wiem, kto ma niby przestrzeń na side questy.
– No ba. Jestem w tym wieku, że promocja na Skyr ze Skellige 2+2 w tanie środy w Salamandrze powoduje przyspieszone bicie serca.
Przez krótką chwilę ciszę przerywały jedynie miarowe oddechy i wydechy.
– Zuber? – W głosie Yakina zadrżała dziwna nuta ekscytacji.
– Tak, to nadal ja. Jeszcze nie zamieniłem się w babę cmentarną, ale daj mi chwilę.
– Sprawdziłem i… to jest misja eskortowa, której cel prowadzi w tym samym kierunku.
Westchnięcie Zubera dało się usłyszeć na drugim końcu Szkarłatnej Twierdzy.
Droga do pytajnika liczyła ostatecznie pięć odnóg. Druga z nich okazała się być ogonem czegoś uśpionego, kolonialnego i pradawnego, więc trzeba było nadłożyć drogi. Pomimo gęstego półcienia, postać kucająca pod kinkietem u celu okazała się być znajomym. Pochylony nad pajęczyną pęknięć wyrytą w kamiennej posadzce, najwyraźniej skanował przestrzeń w poszukiwaniu jakiegoś drobiazgu, być może zguby, prowadząc przy tym głośne rozważania.
– Izengrin? – Zuber nie posiadał się ze zdziwienia. – Czego ty tutaj szukasz, hasła do konta?
– Nie, hasło już znalazłem. Zapomniałem loginu. Dziękuję. Przypomniałeś mi o nim…
Zuber zadumał się nad tym. W przełożeniu na własną sytuację. Sam nie nadążał już chyba za tym, kim dokładnie się stał: człowiekiem rodzinnym, człowiekiem zbrojnym? Nic dziwnego, że gdy chwilę po wznowieniu marszu dyrdał w ślad za eskortowanym, zamykając mini-pochód, zapomniał o wdechach. Tak naprawdę podążał tropem zjaw. Kolejne widziadła uruchomiły w nim ciąg zmian percepcji i kolejne kroki stawiał, brodząc po łydki w kipieli własnych wspomnień. Wydawało mu się, że dotyka dna zasobów swojej pamięci. Wdech.

Jakiś rok przed Niedzielnym Grillem, gdy Szkarłatna Wieża zaludniona była zaledwie adeptami życia i nie pięła się jeszcze w górę z pełnym majestatem, w odwiedziny do miasta królów wpadł genNighty, wybraniec Cylonów.
Powodowani młodzieńczym idealizmem Krakusi dopiero co odpalili proces unifikacji ducha społeczności i konsolidowania regionu. Zuber nie potrafił sobie jeszcze wyobrazić własnego wesela, a co dopiero zasilającego ich szeregi Szypka. Z kolei temu drugiemu nie przemknęło nawet przez myśl, że pewnego dnia przyjdzie mu zapanować nad tamtejszą ulicą w roli komisarza, nie wspominając o katakumbach w kanalizacji.
Cierpiący na niedobór ludzi Hunt ruszył w tour po lokalnych mediach, wysuwając tezę o pozostawiającej wiele do życzenia infrastrukturze Krakowa, która nie pozwala mu rozwinąć wszystkich żagli. Co przecież powinno być w interesie miasta, wszak służył okolicznej ludności.
– Skoro przybyłeś, to może wspomożesz naszą słuszną sprawę w imię koleżeńskiej solidarności – namiestnik zagadnął Nighty’ego. – Szkarłatnej Wieży brak nie tylko aprowizacji, na domiar złego nasi rekruci zmuszeni są trenować po jakichś szopach! Po szopach, kumasz?
Następnego wywiadu udzielił więc asekurowany przez niego oraz geomantkę Jagodę w ramach programu na żywo w telewizji śniadaniowej, grzmiąc niczym z ambony:
– Nasi ludzie nie mają godnych warunków ku treningom! Muszą ćwiczyć po jakichś szopach!
Huntowi po spełnieniu tego obowiązku pozostało udać się na stadion Cracovii i rozstawić na trybunach delegację dziennikarzy, żeby dowieść ponad wszelką wątpliwość, z czym muszą mierzyć się Zuber, Patrol, Kalen, Rdzastyn, Galadh oraz ten Sebix z długim nickiem, którzy grzali ławki rezerwowych, wodząc markotnym wzrokiem za gałą. Gałą, którą z jednego skrzydła zielonej murawy na drugie w najlepsze podawały sobie antropomorficzne szopy pracze. Sebix w końcu nie wytrzymał tego haniebnego jarmarcznego spektaklu:
– Chłopaki, kurdebalans, możemy już?
– Przecież ustaliliśmy – warknął szop-trener doglądający drużyn – że wchodzicie po nas!
Oj tak, byczku. Koniunkcja sfer to jednak okrutna kochanka. A może i najgorsza ladacznica.
Przez tę swoją napinkę Sebix aż zaczął się jąkać, więc zaniepokojony namiestnik raptem zapomniał o treningu-po-szopach i nazajutrz wpakował swoich pretorian do Pendolino pod pozorem półkolonii, rzecz jasna na koszt firmy, no bo co w końcu, kurczę blade. Nad morzem uśpił ich czujność goframi, oczywiście w oparciu o kolejną fakturę, więc nim się zorientowali, chwilę później jakimś przedziwnym trafunkiem znaleźli się ramię w ramię na plaży z ustami nabrzmiałymi od kamieni (te akurat okazyjnie upchnął im dynamiczny lokalny przedsiębiorca) i jak jeden mąż zaczęli przekrzykiwać fale (i cyk, mandacik), żeby nikomu z obecnych drżący głos już nigdy nie zakłócił artykułowanej mowy. Huntowi trzeba było oddać jedno: nigdy nie poprosił o coś, czego sam by nie nawywijał.
– I pamiętajcie: żeby stać się Niebieskim Pasem, niezbędna jest nadzieja. A nadzieja to gotowość. Serce otwarte na to, że wyzwania nie są problemem, tylko szansą na rozwój!
Może to dlatego firma zafundowała im też potem gremialnie proces regeneracyjny, gdy wyszło na jaw, że kamienie były gorzej niż omszałe, a nawet, że to, co trzymali w ustach właściwie nie było kamieniami. Sebix po nadmorskiej próbie zdezerterował, ale to akurat należało przyjąć za dobrą monetę: system odsiewania personelu zdawał test, więc nikt już nawet się nie zająknął.

Jakby na potwierdzenie, przez mętną toń wspomnień Zubera popłynęło gromkim echem: „Kto mi tu stąpa przy skrzynce rozdzielczej?!”
Zuber zahamował tak ostro, że aż wyrzuciło go na powierzchnię świadomości. Wydech.
Przez swoją reminiscencję przeoczył moment pokonania labiryntu sekretnych przejść i z rozpędu o mały włos nie wpakował się w połyskliwy, trzymetrowy monolit, który poprzedzał wysokie drzwi do gabinetu Vatta zwanego Wielkim Watomierzem. Oczywiście to Yakin – a nie Izengrin, który jakimś przedziwnym trafunkiem zaginął po drodze, pomimo uformowania szpaleru o metrowych odstępach, co jest historią na następną misję poboczną – uchronił go przed kolizją. Szkarłatny Strażnik w ostatniej chwili zacisnął dłoń na kapitańskiej łydce, zachowując przy tym zimną krew.
Blok mienił się lustrzanymi runami i miałby zupełnie gładką fakturę, gdyby nie jeden martwy piksel: szeroko otwarty panel, w którym gmerała właśnie szczupła postać. Elegancka marynarka i stylowe beanie w kolorze indygo wydawały się pulsować w synergii. Na skrzynce narzędziowej zalśnił zaś wypastowany męski sztyblet.
– Zacz kto? – zadudniło z monolitu.
– Osierocony kapitan – wypalił Zuber, porzucając konwenanse. – Skromny syn Krakowa.
Oblicze Galadha wynurzyło się z rozdzielczej i w mgnieniu oka rozjaśniło:
– Wielki mąż!
– Wielki, bo w cywilnym wdzianku.
– Zuberroza! Salve bracie!
Charakterystyka męskiej przyjaźni została już zawczasu wyłożona, więc zamiast się powtarzać, zilustrujemy scenę niedźwiedzim pomrukiem, w którego akompaniamencie panowie wpadli sobie w ramiona. Trudno było wyrokować, którego z nich bardziej uradowało to spotkanie.
Aż do momentu, gdy Zuber odnotował na ramieniu kleks mazi zostawiony przez dłoń szykownego konserwatora.
– Co ty tak smarujesz czeluść tej skrzynki? – Yakin bacznie zlustrował wnętrze panelu.
– Szukam licznika gazu, miałem spisać pomiar.
– Przecież – zaprotestował Szkarłatny Strażnik – w tym skrzydle nie ma licznika gazu.
– To tłumaczyłoby, dlaczego siedzę tu od trzech godzin. Nie no, tak serio, udrażniam kanały komunikacyjne. Administracja jakby oszalała. Ruch jak na Marszałkowskiej, wszyscy zrobili się dzisiaj rozmowni. Najpierw zaczęło nadawać Szkarłatne Atrium w Vancouver, a potem Szkarłatny Port w Bostonie dokonał kalibracji. Niby mamy 1 stycznia, ale instynkt podszeptuje mi, że nie rozchodzi się o życzenia noworoczne? Ciekawe, co będzie na 1 kwietnia.
Wymiana ukradkowych spojrzeń z Yakinem oczywiście nie umknęła Galadhowi.
– Co prawda ogarniam temat smarowania hobbystycznie, ale jeśli możecie komuś zaufać, to gościowi od obsługi i konserwacji radarów.
– Czyli właściwie czym się zajmujesz? – Kapitan-w-cywilu uznał za stosowne zmienić temat.
– Jestem... niezależnym kontraktorem z zewnętrznej firmy. Obowiązuje mnie klauzula poufności. Powiem tak: coś jakby łączę ludzi. Aby społeczność rosła w siłę, a użytkownicy żyli dostatniej.
– Wprost chwalebne.
– Ale przede wszystkim, co mam ci powiedzieć, szukam dziury w całym.
– To akurat musi być męczące.
– Ej! – Oblicze Galadha ożywił entuzjazm. – W ogóle myślałem ostatnio o Huncie. Naszkicowałem serial na motywach jego życia. Roboczy tytuł: „Hunt. Astralna nominacja”. Weź mu tam wspomnij następnym razem, jak go zobaczysz. Muszę wykupić prawa do jego życiorysu.
Zuber uciekł wzrokiem, uświadomiwszy sobie na nowo, że przecież Galadh nie mógł mieć o niczym pojęcia. Nawet o tym, że kolejnego razu może już nie być.
– Będę miał z tyłu głowy – rzucił wymijająco. – Panowie, to była przyjemność. Mam nadzieję, że nie ostatnia, jaka mnie dzisiaj czeka. Wzywa mnie natomiast coś więcej, niż obowiązki.
Yakin położył swoją dłoń Szkarłatnego Strażnika na kołatce do drzwi gabinetu Vatta i przybrał pozę powściągliwej godności. Potem było rozstanie zaakcentowane pożegnalnym klepnięciem Kapitana w ramię (i nagłą potrzebą Yakina, by otrzeć dłoń z resztek mazi), raz w dupala na drogę od Galadha (po którym chłopaki udali się w przeprawę do innego skrzydła Twierdzy), a za zamkniętymi wrotami subtelny szum grzejnika, intensywny zapach mahoniu łaskoczący nozdrza i w końcu głęboki ukłon w wykonaniu samego Zubera.
– Nadobna Undomiel. Słowiki gloryfikują śpiewem twoje piękno.
♪ Mile gładzi uszy me słów twych czar
Jednak nie rozgoni on grożących nam mar
Sprawdźmy jakie karty los i opatrzność nam rozdały
Zewrzyjmy szyki w obliczu tej konkret kabały. ♪

Niewzruszona upływem lat, Undomiel, szefowa ochrony centrali, a więc dowódczyni amazonek-myrmidonek jak zawsze wydawała się obca i jakby nie na miejscu. Z eteryczną urodą zaakcentowaną burzą rudych loków spowijających smukłą twarz zastygła w rogu komnaty niczym śnieżna rzeźba, nie dając po sobie poznać – wyłączywszy śpiewne przywitanie z zachowaniem rymów – że w ogóle odnotowała obecność krakowskiego kapitana. Gwoli uczciwości, podobnie jak pozostała dwójka obecnych w pomieszczeniu.
Zi3lona majstrowała przy kołnierzu swojego nieodłącznego pikowanego wamsu, drugą ręką mieszając w filiżance przy stoliku kawowym. Zuber wnet dostrzegł w niej oznaki wyczerpania fizycznego, a za jego sprawcę, być może pochopnie, uznał Czarosława. Jak pamiętali co niektórzy (lub woleliby zapomnieć), przyboczny Szypka o niejasnej forumowej przeszłości został oddelegowany z Krakowa w charakterze kierowcy celem przewiezienia go do Szkarłatnej Twierdzy wraz z Patrolem i Szinczą, czyli wojakami krakowskich plant. Teraz zaznaczył swoją obecność w gabinecie szefa i trzepotał odstającymi uszami, niepomny kontynuując nawijkę.
– Charmeleon? – Zuber nie po raz pierwszy tego sądnego dnia został wzięty z zaskoczenia. – A ty nie powinieneś teraz łupać orzechów w firmowej kantynie?
Gdy tylko zajechali pod kwaterę główną, Czarek ku zgorszeniu chłopaków zaczął mielić ozorem, że to nawet dobrze się składa, że wysłano go z misją do stolicy, bo w ramach noworocznych postanowień będzie mógł wreszcie rozpocząć „polowanie na łanie”, co spotęgowało w Kapitanie potrzebę znalezienia się w ciszy i samotności. Już w połowie drogi Patrol z Szinczą zaczęli grzać silniki, by nauczyć tego przychlasta moresu, lecz Zuber ich powstrzymał; zamierzał dojechać do Warszawy w całości, licząc na szybki powrót w rodzinne pielesze. Opinie co do aktywności Charrującego_Charrizarda na forum były podzielone, jednak farmazony, które wygadywał, zjednały trio w konsensusie. Kiedy za bramą wjazdową Twierdzy dodał, że obiecał sobie „zagaić do laseczek wyższych od niego”, zgorszony Kapitan mógł już tylko zawędrować na taras widokowy, gdzie zastaliśmy go na początku tej całej hecy. Chłopaki oddelegowali natomiast farmazoniarza do lokalnej kantyny znanej jako Hoplanka.
– Chciałeś powiedzieć, agent specjalny Czarosław – poprawił go własny kierowca, siląc się na pokorę, a trzepotanie uszami zintensyfikowało się. – Należę do forpoczty samego prezesa: przywiodły mnie tutaj tajne wytyczne. Twoi koleżkowie nie podlegają tak nerwalgicznym–nerw-- dyrektywom, więc porzuciłem ich na pastwę losu w tej waszej jadłodajni. Nie bój jednak żaby, szefuńciu: dopiero co zmieniono ekipę restauracyjną, to i może odkryją chociaż nowe smaki?

Wyraz twarzy Patrola i Szinczy sugerował, że panowie nie byli pod szczególnym wrażeniem, ale pozostawali chociaż w synchronizacji. Siedzieli ramię w ramię, w tym samym rytmie bębniąc palcami o blat stołu, kubek w kubek zasłuchani i wnikliwie taksujący kelnerkę, której makeup zdradzał przynależność do subkultury gotyckiej, podobnie jak czarny fascynator na głowie.
– Nasza kulinarna podróż po aromatach z różnych sfer wiedzie dalej przez kotleciki z gryfa faszerowane pietruszką eksportowaną na pokładzie Catriony – perorowała studentka. – Wraz z nimi waszemu podniebieniu, a raczej waszym podniebieniom, poleca się kaszotto okraszone baby marchewką. Te akurat z targowiska przy Służewcu. Na deser wybór może być tylko jeden: do kawki mielonej przez naszego kuchennego kobolda podamy… yyy, faworki?
– Dobra – wycedził Pat Patrolewicz w ciszy nabrzmiałej od oczekiwania – a można prosić z kierownikiem sali? W mojej zupie z mandragory pływa coś więcej, niż włos.
Kelnerka nie straciła rezonu i ukłoniła się z zaskakującą gracją.
– W imieniu bufetowego Hoplanki, składam najszczersze przeprosiny. Jednak pan kierownik nie ma w zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi.
W oczach Szinczy raz jeszcze rozbłysła czujność kogoś, kto nigdy nie opuszcza gardy.
– A od kiedy to w redańskiej kuchni panuje zwyczaj zatrudniania koboldów?
Tym razem zmieszała się. Na ułamek sekundy. Wystarczająco długo, by odnotowali to obaj.
– Nie, nie. Nasz pomocnik kuchenny ma na imię Kobold. Rodzice to mieli fantazję, hehe? Szkoda, że nie zabrakło jej moim, gdy jak miałam pięć lat próbowali wyleczyć mnie z kataru siennego wjazdem do pieca chlebowego na dwie zdrowaśki. To wtedy oddałam cześć nowemu panu i to faktycznie wyszło mi na zdrowie, ale… moja historia życia panów nie interesuje.
Patrol przycisnął swoje designerskie okulary w geście, który nie wróżył nic dobrego.
– Proszę przekazać kierownikowi, że chcemy znaleźć się w gronie jego znajomych.

Zi3lona podeszła z parującą filiżanką do Zubera, jakby wypuszczając jednym uchem przechwałki łapserdaka Czarka i przechyliła głowę, żeby przyjrzeć się Kapitanowi z bliska:
– Jak się masz? Pociecha daje odsapnąć?
– Coraz częściej nawet odespać. A ty kiedy ostatni raz zmrużyłaś oczy?
– Szafnę gitusia – wydała z siebie westchnienie głębokie jak elficka studnia – i będzie kawa. Znaczy, na odwrót. Czy jakoś tak. You know the drill.
Zuber bezwiednie przytaknął, choć tak naprawdę nie był pewien, czy miał okazję poznać Dedrila. Pozostawała nadzieja, że to nie on odpowiadał za stan posadzki w systemie korytarzy. Gitusiowy stan ducha, jak to często bywa, poprzedził ambaras: nagle z fałdów wamsu Zi3lonej wysunęła się teczka z papierami, a te w rozsypce legły u jej stóp, więc najwyraźniej antycypujący rozwój sytuacji Czarosław błyskawicznie zanurkował przez pół gabinetu, oferując, a właściwie narzucając swoje dżentelmeństwo. Tyle że po drodze wyrżnął potylicą w meblościankę. Tym samym jego zbłąkana, lecz pomocna dłoń raptem napotkała dłoń opadającej w kucki Zi3lonej. By powędrować po jej przegubie. I vice versa.
Charizard pokraśniał jeszcze bardziej, nawet blade policzki Strażniczki zaróżowiły się nieco.
– Nie! – wybełkotał mężczyzna, wzdrygając się teatralnie. – To uczucie jest zakazane!
Jakby zadając kłam podobnym spekulacjom, na głowę Czarka spadł bukiet jemioły. I oczywiście w blasku tej boskiej interwencji, najpewniej przyzwany emisją elektronów przechodzącą ich splecione dłonie, próg przekroczył Wielki Watomierz. Z twarzą zastygłą w wyrazie absmaku:
– Ach tak. No ludzie kochani, czy w obliczu kryzysu wymagającego zjednoczenia, w komnacie, która świadkowała najwznioślejszym chwilom, wypada dać się złapać niemalże in flagranti?
Wiszący nad kominkiem Keth zdawał się mówić, że nie, nie wypada. Portret olejny uwydatniał łagodne oblicze blondyna, który nosił okulary z ozdobnymi oprawkami oraz tajemnice w sercu.
Zi3lona powiodła za to dłonią, nakreślając pradawną runę facepalmu.
– Vatt, przecież ja z tego wszystkiego po prostu upuściłem papierologię. Widzisz, co ja tu mam. Jak to mawiała Tygryska Iwona? Wojaczka piórem i atramentem nigdy się nie kończy.
– Nie mówiąc o tym, co nas połączyło – usłużnie przypomniał pod nosem Czaro, ale jego sympatia nie złapała przynęty i zerwała nić widmo, to znaczy uwolniła dłoń z jego uścisku.
Vatt zaszeleścił na to reklamówką z logotypem kardynała szkarłatnego.
– Chciałbym wam osłodzić to, w co pakujemy się tym razem i przywołać choć odrobinę noworocznego ducha, takim, drobnym wprawdzie, ale upominkiem jak się patrzy…
Obdarował więc wszystkich na dobry i motywujący początek batonem proteinowym Jaskółka odnawiającym ubytek żywotności oraz papierowymi czapeczkami sylwestrowymi połyskującymi złotem. W trymiga znalazły się one na ich głowach; Und ani drgnęła, gdy Zi3lona przeprowadziła instalację w jej burzy loków. W pakunku były też kalendarze, ale jedynie do maja, no a bo to wiadomo, co będzie po obchodach 10. rocznicy Wieśka 3?
– Kochani, jak już wiecie, a przynajmniej się domyślacie – podjął Watomierz – znaleźliśmy się w patowej sytuacji. Wydam teraz adekwatne dyspozycje, które łączy niecierpiący zwłoki charakter. Zi3lona, dopilnuj proszę, że Yakin stawi się po asa w rękawie do sali treningowej. Następnie jedziesz z tym koksem do Hoplanki celem wtajemniczenia naszych krakowskich przyjaciół. A ty, Charmander, w podskokach do podziemi i uruchamiać mi tam plan B5. Ach! Nie tak szybko, kawalerze. Najpierw wypadałoby posprzątać porozrzucane dekoracje świąteczne. W końcu dostęp do tego wnętrza jako woźny masz nie od parady. Ma być czysto jak w lochach. Jesteś i ty, Zuber. Najwyższa pora na małe tête-à-tête.
– Yakin, Yakin – rzuciła w ustnik na odchodnym Zi3lona. – Zapraszam do medytacyjnej.
Czarosław łypnął na przełożonego spode łba i pośpiesznie uporządkował fanty, po czym wysoce niestosownym tonem odezwał się do Undomiel:
– Dość tych gierek, czy ja wyglądam jak cartridge od Nintendo Switch? Wpadłem ci już w oko, Szkarłatna Maruderko, czy mam przejść obok ciebie jeszcze raz?
Undomiel absolutnym brakiem jakiejkolwiek reakcji zasugerowała mu, by przeszedł jeszcze raz, więc Charrujący_Charizard przeszedł jeszcze raz i wówczas odwinął się dywan, a wykonujący krok w jej stronę niespełniony adorator zakałapućkał się nad zapadnią i niezgrabnie wturlał w czeluść, której odnogi, jak można było się domyślić, prowadziły do podziemi i planu B5.

Uszy Patrola i Szinczy nie złowiły bodźców audialnych, które wywołał przelatujący okolicznym rurociągiem Czarosław, ponieważ koncentrowali właśnie uwagę na słowach kierownika sali. Facet w średnim wieku o stalowym spojrzeniu i sylwetce służbisty napiął się tak, że aż zakręciło mu opadające po bokach, starannie pielęgnowane wąsy.
– Panowie, wymieniliśmy wam zupę, spakowaliśmy na wynos drugie danie, przyznaliśmy vouchery na kolejną wizytę, a przy waszym stoliku dalej niespokojnie?
– A przy którym ma być życie, jak nie przy naszym? – zaoponował Patrol. – Jesteśmy jedynymi klientami. Dzisiaj święto, c'nie?
Świerszcze zaśpiewały gdzieś z przeciwległego końca sali.
– Otóż to, a ja zamiast dzień święty święcić, słucham was, koledzy sympatyczni, co na zakąskę?
– Ja to może nawet focaccię bym zjadł – zreflektował się Szincza. – Jakby była.
– Bez takich. – Patrol ani myślał dać za wygraną. – Ja tam zjem obiad na kolację w chałupie, jak już wrócimy. Nie będziemy tutaj tracić REDcoinów na jakieś majonezy.
– Zakąska obowiązkowa – krótko ustawił go kierownik. – Inaczej nie mogę podać napoju wyskokowego. To znaczy kombuchy.

Gdy już wymienili oszczędne uprzejmości i zostali sami – posągowa Und wkomponowała się w teksturę gabinetu niczym kameleon – panowie zajęli miejsca przy mahoniowym biurku monstrualnej wielkości. Zuber poczuł w piersi gęstniejące napięcie, a Vatt zgarbił się jak ktoś, na kogo barkach spoczywają losy całej ludzkości:
– Nie mamy czasu na rozwlekanie gry wstępnej. Dziękuję za przybycie, Szkarłatny Strażniku.
– Przecież ja nie jestem Szkarłatnym, tylko zwykłym gościem, który jest w posiadaniu zbroi płytowej, należy do Niepołomickiego Bractwa Rycerskiego i musi dzisiaj kupić napój bio.
– Musisz też mieć trochę pytań, Kapitanie.
Choć Zuber nigdy nie zapytał oficjalnie przełożonego, skąd właściwie wziął się przydomek Watomierz, nie wykorzystał i tej okazji. Zadowoliła go wersja mówiąca, że Vatt dzięki DNA Redów zyskał nadprzyrodzoną zdolność, która pozwala mierzyć czynną moc wszystkich i wszystkiego co do ostatniego impulsu. Czy to nie właśnie dlatego Kapitan uwielbiał tą społeczność? Mierzenie mocy, kolejny czadowy akcent. Zresztą, wystarczyło docenić, że przydomek Vatta nie brzmiał Wielki VAT-omierz. Skupił się więc na bardziej palącej kwestii:
– Owszem, dla przykładu… Co wy takiego trzymacie w piwnicy, że wysłałeś tam tego tam?
– Tego nie mogę zdradzić komuś, kto nie jest Szkarłatnym.
Zuber wziął aluzję na klatę. Bardziej nurtował go zresztą inny wątek:
– Dlaczego Galadh hobbystycznie zajmuje się ręczną konserwacją radarów?
– ZNOWU SZUKA WENY W NIEWŁAŚCIWYCH MIEJSCACH. Sorry, Caps. Widzisz, dobrze się składa, że przywołałeś jego przykład. Tak, zdarza się i comeback. Zawsze kolejna osoba, która coś tam tupnie i coś tam mruknie. Niewielu rokuje nadzieje na powrót do gmerania w naszym gronie. Ostatnio moje myśli krążą wokół tych, których dawno już nie widziałem. Zi3lona napomknęła Iwonę: widział ją ktoś w ogóle ostatnio? No właśnie. Czasy zmieniły się nie do poznania, ludzie mają nowe priorytety, niektórzy pozakładali rodziny, a era świetności for przeminęła bezpowrotnie… Dorobiliśmy się co prawda odświeżonej obsługi kantyny, ale to co innego. Ach, zupełnie osobną kwestią jest Robert Siedemdziesiąt Er. Niepowetowana strata. Uczcijmy pamięć członka społeczności Szkarłatnej Twierdzy minutą ciszy.
Rozmyślali nad ludźmi, którzy po raz ostatni zjawili się online z parę lat temu, jeśli nie lepiej.
Po upływie nieskończenie długiej chwili refleksji, Watomierz bezsilnie pokręcił głową, a potem sięgnął do szafki pod blatem i zręcznym ruchem postawił na nim butelkę brandy oraz dwie szklaneczki. Po ułamku sekundy zawahania dołożył i trzecią. Kapitan nawet nie zarejestrował momentu, w którym Undomiel zmaterializowała się nad jego ramieniem. Wznieśli toast w trójkę.
– Robert sprezentował mi ten zacny trunek, gdy obejmowałem to stanowisko. Zachowałem go na szczególną okazję. Wąż owijający swoim cielskiem nas wszystkich właśnie po raz kolejny chwycił paszczą własny ogon. Warta Roberta Siedmdziesiąt Er dobiegła końca.
Przypieczętowali ten fakt szybkiem haustem.
Vatt rozłożył na blacie plik papierów. Wzrok przykuwał pożółkły przywołujący na myśl weksel z innego czasu i miejsca.
– Podobno ta butelka pochodzi ze skrzynki, którą Robert otrzymał od Chełmońskiego, gdy dobijał z nim targu jako marszand w biegu Salonu Paryskiego. Dożył pięknego wieku.
Wypili duszkiem i za to.
– A skoro już oddajemy się wspomnieniom, to poznajesz jegomościa na tym zdjęciu, Kapitanie?
Zuber rzucił okiem na podsunięte mu zdjęcie. Sserka nie dało się pomylić z nikim innym. Odziany w biały fartuch i czapkę kucharską, z łobuzerskim uśmiechem podkreślonym szczeciną.
– Nie wiedziałem – skomentował z ociąganiem – że parał się kulinarnymi przygodami. Ani że wyhodował pod nosem koper. Wiadomo, kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów.
– Nie mogłeś wiedzieć – odparł beznamiętnie Watomierz. – Młody Fetta otworzył ten etap swojego życia dopiero po Niedzielnym Grillu.
Do Zubera pełne znaczenie jego słów dotarło dopiero po kilku sekundach. Doznał wrażenia, jakby cały gabinet zachwiał się w posadach.
– Zaraz. Co, proszę?
Watomierz zapadł się głębiej w fotel, a konkretnie w rewizjonistyczny nastrój, splatając ręce na wysokości klatki piersiowej.
♪ Wiesz już, co szarpie twe serce
Skąd biorą się łaskotki na nerce
Kiedy zastaje cię po latach eventów
List z przeszłości głębokich odmętów? ♪

Ucho kapitana pogłaskała fala wibracji, ale nim podniósł wzrok, Undomiel z powrotem zajmowała swoją zwyczajową pozycję w narożniku. Ani drgnęła.
Za to Vatt wyprostował się. Powiódł wzrokiem po obrazie przedstawiającym Ketha.
– Mój poprzednik nie powinien był wysyłać ich w tym składzie. Popełnił błąd, ale to zrozumiałe. Nie był Redem, a jedynie człowiekiem. Należy mu oddać, że odnosił sukcesy, takie jak kampania w Łomży przeciwko borostworom. Nawet spinoff Wiesiek: Elektryczne Bugaloo, którego był pomysłodawcą, rokował nadzieje. Aż jego passę przerwała decyzja o uformowaniu tego tria. Sserek nosi w sobie gen Starszej Krwi. A ten objawia się na przeróżne sposoby. Niektórzy powodowani nim chcieli zobaczyć, jak świat płonie, a jeszcze inni, jak tonie, w spamie. Powinien był najpierw przejść trening warunkujący. Gdy wspólnie przepadli bez śladu, musieliśmy przygotować się na każdą okoliczność. Również taką, że zostali renegatami. Jednak gdy po upływie miesięcy, nic nie wskazywało na wyciek wrażliwych danych, a nasze operacje wywiadowcze nie przyniosły wymiernych rezultatów, pozostało uznać ich za poległych bohaterów. Nie odzyskaliśmy jednak kluczowych assetów. Dlatego Wiesiek Trzy po dwóch opóźnieniach trafił do sprzedaży bez contentu z Iorwethem. Grunt, że na świecie na chwilę zapanował pokój, w końcu wszyscy dowiedzieli się, co oznacza zwrot „nocka jest grana”. Pamiętasz jeszcze tamtą epokę, Kapitanie? To se ne vrati…
Zuber na chwilę zapomniał już nawet, czym jest artykułowana mowa. Z trudem znalazł słowa.
– Czyli… jaka historia stoi za tym zdjęciem?
– Tuż po premierze Krwi i wina otrzymaliśmy wezwanie pomocy. Sygnał alarmowy. Nars skontaktował się z nami poufnym kanałem. Okazało się, że dwa lata wcześniej udało im się wniknąć w szeregi Stefani Majeranek. Nie wychylali się i po roku byli już z jej wampirzą kohortą za pan brat. Efekty widać jak na dłoni: słupki popularności Majeranek dramatycznie oklapły, a płoche umysły młodzieży w jakimś stopniu zostały uchronione przed zgubnym wpływem jej prozy. Próbując pojąć, co niweczy jej starania, Nocna Dzierla popadła w obłęd, choć sprawców miała przecież pod własnym nosem. Ba, paradoksalnie już na tamtym etapie nasi zaskarbili sobie jej zaufanie tak bardzo, że nawet regularnie wracali na urlopy do Polski. Wartościowy czas z rodziną. Czego dusza zapragnie. Oczywiście nie mogliśmy podać tego do informacji z troski o ich dobrobyt. Niedzielny Grill trwał latami, choć jego podstawowy cel uległ zmianie: poniechaliśmy próby odzyskania danych, w końcu i tak przeszliśmy na inny silnik graficzny. Od tej pory strzegliśmy pogranicza Transylwanii. Aby nie przelazło przez nie nic niepożądanego. W ogniu grilla, jak w trakcie każdego udanego weekendu na działce, usmażono niejednego skurczybyka. Według raportów Narsa, Majeranek przyświecał zamiar przywołania przez portal w swoim zamczysku kaiju, którym miała rzucić światowe mocarstwa na kolana. Jak się jednak okazało, majster na etapie projektowania nie doszacował wymiarów sklepienia i milusiński nie przecisnął się przez portal. Wniosek? Patodeweloperka nie popłaca. Sserek na dokładkę doprawił wampirzemu kardynałowi Nocnej Dzierli kolację zwielokrotnioną porcją maggi, no i cóż, ten dokonał żywota na, nomen omen, tronie. To z tego dnia pochodzi to zdjęcie. Wraz z Jimpem po tej akcji musieli się w końcu zerwać. Obecnie prowadzą przykładne życie w Polsce po zmianie danych osobowych, ten ostatni odpalił nawet własny startup: rodzinny interes się kręci. Posterunku w Transylwanii dogląda już tylko Nars. No i masz ci los, kilka dni temu dostaliśmy kolejne wezwanie pomocy.
Zuber spodziewał się co prawda, że czeka go environmental storytelling, a nawet exposition dump, jednak retcon to już była lekka przesada.
– I tu cały na biało, razem z drzwiami wchodzi Hunt.
– Właśnie tak. Nars w zasadzie domykał już tę operację, aż tu nagle został narażony na szwank w dniach pomiędzy przerwą świąteczną a Sylwestrem. Zrządzenie losu, proza życia. W kwaterze głównej 30 grudnia przebywał akurat Hunt zdający roczny bilans Szkarłatnej Wieży. Sam zgłosił się na ochotnika i wspólnie zaplanowaliśmy staranną ewakuację. Nars przyczaił się w tej krainie zjaw, właściwie zaszył w pradawnej puszczy. Oczekiwał bycia ewakuowanym przez Hunta droga lądową w ostatnią noc roku, gdy oczy całego świata zwrócone były ku niebu. To miała być szybka i pewna akcja. Jednak historia – jak wiedzą zwłaszcza niektóre przeglądarki w trybie incognito – lubi się powtarzać.
Kapitan rozważył jego słowa z powagą. Ale Vatt jeszcze nie skończył.
– Kiedyś martwiliśmy się o wampiry, a teraz mamy inne troski, dla przykładu nielojalne adaptacje. – Zubera aż przeszły dreszcze. – Ktoś za tym wszystkim stoi. Stefania Majeranek jest cieniem osoby, którą była jeszcze w 2014 roku. Wraz z otoczeniem najbardziej lojalnych sług porzucała kolejne kryjówki, a jej ostatni bastion murszeje. Nie wiemy, jaki jest los Hunta i Narsa, poza tym, że ich sygnatury nie opuściły Rumunii. Za to wiele świadczy o tym, że w rejonie Transylwanii dzieją się dziwne rzeczy. Rozgorzała seria zaginięć. Wraz z nocną mgłą lasami niosą się plotki o istotach z instrumentami dętymi zamiast głów. Skorumpowani lokalni politycy w konszachtach z naszymi rodzimymi YouTuberami podobno planują sprzedaż tamtejszych ziem na rzecz pseudo-ekologicznego ośrodka glampingowego. I nie zrozum mnie źle, nie mówię tutaj o pracowitych YouTuberach, którzy w pocie czoła zarywają kolejne nocki, by dostarczyć widzom jakościowe materiały. Mówię tutaj o celebrytach-obibokach, którzy ciamkają jogurt w trakcie nagrywania, dzięki czemu dobijają do miliona subskrypcji, a z tej okazji ogłaszają linię ciuchów. Takich jak Licz Kong czy T-Rekt.
– Nie kojarzę. Nie oglądam kanałów z letsplayerami po trzy godziny dziennie, w końcu jestem dorosły.
– To wszystko musi być ze sobą powiązane. Pokładam w tobie wielkie nadzieje, Kapitanie. Jak niegdyś Keth w Narsie. Od początku istnienia krakowskiego oddziału pielęgnowałeś ducha społeczności. To ty jako jeden z pierwszych odkryłeś talent Rdzastyna, który dostąpił wREDowstąpienia. Ocal naszych chłopaków. Kontynuuj nasze wspólne dzieło.
Zuber nie wydawał się przekonany.
– Czyli co, wysłaliście Hunta jako jednoosobową eskapadę ratunkową tropem Narsa, a teraz my, to znaczy ja, Patrol i Szincza zostaniemy oddziałem ratunkowym mającym wyciągnąć stamtąd Hunta, a raczej Hunta i Narsa?
I na to Vatt miał gotowy odzew.
– Szkarłatni Strażnicy na razie nie mogą opuścić Twierdzy. Obowiązek spada na was, Krakusów skupionych wokół Szkarłatnej Wieży. Hunt to zresztą Wasz bezpośredni przełożony. Kamień węgielny. Wasz przyjaciel. Obowiązek. Poza tym przecież nie puszczam was w trójkę.
– Czyli leci z nami Galadh?
– Skąd, przecież jest zewnętrznym kontraktorem niezależnej firmy. Ma tutaj ważne zadanie.

Patrol i Szincza jeszcze nawet dobrze nie wykoncypowali, jak zinfiltrować kuchenne zaplecze, gdy w progu Hoplanki szyku zadał znajomy konserwator radarów:
– Co jeszcze musi uczynić fan smarowania, żeby doczekać się w tym przybytku soczku marchwiowego?
Póki co został obdarzony wnikliwym spojrzeniem Patrola, które oznaczać mogło tylko jedno – patrol stylizacyjny doścignął i jego. Koneserowi stylów aż zaparowały designerskie szkła:
– Ty, właśnie tak sobie dumałem, kogo tu jeszcze brakuje. Na pewno nie zbytku elegancji.
Spotkanie z Zuberem najwyraźniej nie wyczerpało entuzjazmu Galadha:
– Oho, nicponie małopolscy dwoją mi się w oczach. A Hunt gdzie się zawieruszył? Co to za obyczaje, wycieczka do centrali bez niego?
Wojacy krakowskich plant wymienili porozumiewawcze spojrzenia w strategicznym momencie wymiany uprzejmości, co akurat mogło umknąć Galadhowi.
– Chcesz powiedzieć, że miałeś z nim ostatnio kontakt? – Rysy Szinczy wyostrzyła podejrzliwość.
– Tak się składa, że miałem nawet bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Widzicie, panowie, kilka nocy temu wstąpił do mnie na rejon. Niczym spadająca gwiazda.
– Hę? – Łowca trolli wstąpił na wyższy poziom zaalarmowania. – Słucham raportu taktycznego! A było tak: w jedną z ostatnich nocy minionego roku Galadh poderwał się, gwałtownie rozbudzony. Trochę na takiej zasadzie, że komar budzi cię w nocy – jeśli komary wyrywały ze snu zimą – po czym przewrotnie cichnie, więc zastygasz i przysłuchujesz się w gotowości do przypuszczenia ataku. Normalnie pomyślałby, że spać nie daje mu jak zwykle sumienie, ale nagle ni z gruchy, ni z pietruchy, jego pokój zalała błękitna poświata i olśniony jej blaskiem świadkował, jak na tle drzwi balkonowych półmrok wypluwa smukłą dwumetrową sylwetkę. Nawet ktoś zmorzony snem dostrzegłby skórę o barwie popiołu i owalne czarne migdały w miejscu oczodołów bez powiek. A że Galadh był tym kimś, to i w zamroczeniu wypalił:
– Zawiodłeś mnie, Hunt. To, że zwierzyłem ci się ze swojej wiary w cywilizacje pozaziemskie nie oznacza zaproszenia do uskuteczniania psikusów i to jeszcze o takiej porze! Kto to widział?
Odpowiedziała mu cisza. Ponieważ niespodziewany gość przyglądał mu się w milczeniu i bezruchu, sytuacja nabrała zwyrolskiego odcienia. Galadh wytknął przybyszowi, że maska mu się chyba przekrzywiła, ale ten bez słowa uparcie gapił się na niego dalej. W końcu rozbrzmiał kojący jak deszcz ulgi eteryczny głos. Gospodarz nie od razu zorientował się, że delikatny tembr rezonował w jego głowie jako telepatyczny przekaz, stąd nie omieszkał pogratulować intruzowi fachowej modulacji artykułowanej mowy. Na co ten poleciał w zaparte na całego:
– Galaktyczna. Federacja. Oznaczyła. Twój. Świat. Znamieniem. Śmierci. Wasze. Negatywne. Myśli. Wylewają się. Do oceanu. Gwiazd. Wybraliśmy. Ciebie. Galadh. Ponieważ. Często. Podrywasz. Głowę. W kierunku. Nieboskłonu. Ponieważ. Wodzisz. Wzrokiem. W zamyśleniu. Daj nam. Jeden. Powód. By. Ziemia. Ocalała. Stań się. Ambasadorem. Ludzkości.
Galadha od tego telepatycznego perorowania na ciągłej pauzie aż zaczęło odcinać, więc naciągnął na oczy maskę do spania, wcisnął na głowę poduszkę i przewrócił się na drugi bok:
– Mam nadzieję, że Federacja zafunduje ci opiekę medyczną, jak zaraz dostaniesz mukę. Wiesz, Hunt, nie czuję się upoważniony do oceniania kogokolwiek, ale to naprawdę słabe, że wykorzystujesz moje marzenie o nawiązaniu kontaktu z obcymi w bezpardonowy sposób.
– Śpiesz się. Flotylla. Federacji. Nie. Będzie. Czekać. Długo. Zegar. Tyka. Głęboka. Refleksja. Niepodważalny powód. Jedna. Złota. Myśl. Powód-powód.
– A bo ja wiem? Nadal nie doczekaliśmy się GTA VI. Ludzkość zasłużyła chociaż, żeby zarwać dla szóstki trochę nocek, no nie? Możesz już przerwać ten osobliwy cosplay?
Przybysz zamruczał, co również zdawało się rozbrzmieć w głowie, po czym przysiadł w cieniu skoncentrowanym w narożniku łóżka, a w jego czteropalczastej dłoni rozbłysł metaliczny e-papieros. Po chwili nozdrza Galadha połaskotał aromat bzu i agrestu. Przygarbiony natręt zaczął kopcić, przykładając vape’a do wąskiego otworu w miejscu nosa.
– Regularnie. Zaszczycam. Obecnością. Subreddit. Poświęcony Half-Life. Z konkluzją. Valviarz. Panicznie. Boi się. Liczby. Trzy. Zakładam. Że jak już. W niedalekiej przyszłości. Zapowiedzą. Kolejną. Wiekopomną. Premierę. To okaże się. Że wydają. Ricochet 2. Jak czytam. Te wszystkie. Błagalne posty. Twoich pobratymców. To nie mogę. Się nadziwić. Ile. Można. Czekać. Watażko. Gabenie. Ile? A ty? Czym wypełniasz? Pustkę? Po? Episode Two?
Galadhowi brakowało przede wszystkim snu, o czym niezawodnie świadczyło chrapanie. Przybysz niesłusznie nazywany Huntem aż wydał z siebie telepatyczny pomruk.
– Galaktyczna. Federacja. Wróci. Do tej. Rozmowy. Jak już. Ruszą. Preordery. GTA VI.
Spoczynek Galadha wkrótce ponownie zakłóciła jakaś ponura okoliczność, czyli koszmar o czymś, co nawywijał jako gimnazjalista, a może zagubiony w grudniu komar. Jego sklejonym snem oczom ukazały się już tylko uchylone okno i markotnie powiewająca zasłona.
– Ty to jednak jesteś alien z planety przypałowców, Hunt.
I to były znamienne ostatnie słowa, ponieważ wnet zapadł w niezmącony niczym spoczynek. Rano jego głowa była już cięższa o pomysł na biografię Hunta.
Nie mógł wiedzieć, że gdy intruz po opuszczeniu jego sypialni zmaterializował się na swoim statku-matce, w kolektywnym umyśle załogi okrętu flagowego rozbrzmiał prosty przekaz:
– Byt. Znany. Jako. Hunt. Godnie. Wytrenował. Ziemski. Ruch. Oporu. Odradzam. Konfrontację.
– Coś niewiarygodnego. – Opowieść wywarła na Szinczy takie wrażenie, że aż pokręcił głową.
– Jak zwykle w sedno, druhu – przytaknął Patrol. – GTA VI zamiast Wieśka 4? Serio? Ty, ale w sumie nieźle żeś to wykombinował. Przynajmniej Galaktyczna Federacja nie rzuci się od razu na kolekcjonerki z limitowaną figurką Ciri.
– Lecę dalej, panowie. Mam...

– ...Ważne zadanie? – Zuber nie musiał nawet zastanawiać się nad znaczeniem tych słów. – Konserwacja radarów. To się rozumie.
– Skąd. Dezynsekcja. Galadh nie pochwalił się, czym się zajmuje zawodowo? Ostatnio nawet przyznano mu nową rangę za 50. odpluskwianie w kamienicy. Ktoś musi być wieśkiem w naszych czasach. Poleci za to as ze sztuką retoryki będący za pan brat – as, nie AS.

W sterylnej sali medytacyjnej panowało rzadko występujące tam pobojowisko.
Yakin nie uląkł się, lawirując pomiędzy wijącymi się na parkiecie w sennych konwulsjach użytkownikami. Nawet wówczas, gdy niektórzy delikatnie czepiali się jego nóg. Zachował powściągliwość, choć jego własna dłoń jakby od niechcenia w profilaktycznym geście powędrowała do rękojeści miecza. Odwiedził w dotychczasowym życiu sporo miejsc i świadkował wielu dziwom, lecz na to, co robiła z ludźmi konstruktywna wymiana zdań nigdy nie był do końca przygotowany. Spowiła go tkanina urwanych szeptów, mowa stresu pourazowego:
– Jego kontrargumenty były nie do podważenia…
– Wpadliśmy w akt samozaorania…
– Nie byliśmy gotowi na merytoryczną dyskusję…
– Sam nie wiem, z której strony ugodziła mnie jego racja…
Wytwornie ubrany mężczyzna siedział w sercu salki niczym ostatni ocalały. Nawet odwrócony plecami w pozycji lotosu promieniował prestiżem etycznym i schludnością wziętego warszawskiego adwokata. Ani drgnął, gdy Yakin przystanął, zachowując bezpieczny odstęp.
– Mecenasie Yngh? – Ponaglający ton Szkarłatnego Strażnika był pełen godności. – Już czas.
– Czas? – Prawy człowiek nieznacznie zerknął przez ramię. – Nawet czas nie ma nade mną władzy. I nawet czas podlega odpowiednim paragrafom. Wybacz bałagan. Debata o relokacji Południc na północ wymknęła się spod… moderacji. Broniłem swojego stanowiska żelaznym rozumowaniem. Nie sądziłem, że wywrze to aż taki wpływ.

– Dobra, niech będzie coś z pesto.
Kiedy tylko kierownik oddalił się z triumfalnym wyrazem twarzy na bezpieczną odległość, Szincza nachylił się do druha:
– Piękna odegrane. Teraz posłuchamy sobie, co wyprawia się u nich w kuchni i naślemy im na łby Sanepid.
Dyskretnie umieścili sobie w uszach bezprzewodowe słuchawki. Dostroili je do mikroskopijnego podsłuchu, który trafił na kierowniczy kołnierz w chwili nieuwagi wąsacza.
Trzask w słuchawkach zapewne był trzaskiem drzwi.
– Ten przystojny w okularach chyba coś podejrzewa. – Rozpoznali w niewyraźnym pisku głos kelnerki. – Musimy zagęszczać ruchy.
– Lojalna stażystko, to wszystko nie ma już znaczenia.
– Tamburmajorze, ale jak to?
Tajemnicy chrzęst zidentyfikowali jako gest podkręcania sobie wąsów.
– Daj znać bufetowemu, że zostało 13 minut do frontalnego ataku na Szkarłatną Twierdzę. Niech zagrają bębny!
Patrol i Szincza wymienili spojrzenia, w których zaczęła otwierać się czeluść.
– Powaga? – Ten pierwszy aż się poderwał. – Jeszcze nawet nie podali zakąski!​
 
Last edited:
Top Bottom