Najdziwniejsze dla wszystkich jest to, że gra Chwalińskiej wydaje się bardzo prosta do przezwyciężenia, takie nic specjalnego, że wystarczy po prostu mocno zaserwować, dwa, trzy razy szybciej zagrać przy linii bocznej i powinien być punkt. A tu nic z tego. Returnuje, do piłek dobiega, swoje posyła tak, że nie bardzo jest z tego jakoś mocniej przyłożyć, trzeba się męczyć, robić kilometry, denerwować, bo ona uparcie nie chce popełniać własnych błędów. Robi te irytujące balony, skróty, slajsy i loby. I skąd jeszcze ma na to wszystko siłę?
Jak już chyba wszędzie powiedziano i napisano, jest to dziwny w obecnych czasach tenis z zupełnie innej bajki. Całkowicie niepospolity, wyłamujący się z trenowanych schematów, coś czego 95% tenisistów w życiu nie doświadczyło. Bo większość gra mocno, płasko, szybko, kątowo i właściwie bardzo jednakowo. Gra, jaką proponuje i narzuca Chwalińska, została porzucona dwadzieścia lat temu jako nieefektywna w sporcie, w którym za priorytet uznano moc uderzenia i to, jak szybko piłka przemieści się pomiędzy strunami rakiety a powierzchnią kortu. Miejmy nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będziemy mogli pozachwycać się tym dziwnym tenisem i że nie był to jednostkowy wyskok.
Przyszło mi do głowy, że ona gra w taki sposób, jakby amator przebijający sobie rekreacyjnie piłkę na korcie, osiągnął w tym nieprawdopodobne mistrzostwo i skuteczność tak wysoką, że pokonuje całkowicie zaskoczonych tym profesjonalistów, którzy nie są w stanie zejść na ten amatorski poziom i się gubią próbując jakoś ogarnąć sytuację, w jakiej niespodziewanie się znaleźli.