Byłem na Polconie przez cały piątek, 24 sierpnia. Jak już wspominałem wcześniej, impreza odbywała się w budynku głównym wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego jeszcze przed kilkoma laty znanego jako Akademia Rolnicza. Przybyłem na miejsce bez przeszkód około 9:30, tylko nieco niepokojony przez mżawkę, która zaskoczyła mnie w drodze z przystanku na pl. Grunwaldzkim, pośrodku ronda Reagana, zwanego także jego Jajem.
Przez wejście główne wejść mogli jedynie szczęśliwcy z wykupioną pełną akredytacją - można ich było poznać po dużych identyfikatorach zawieszonych na szyi. Ci, którzy z różnych względów nie mogli sobie pozwolić na dłuższe uczestnictwo w Polconie, nabywali bilet jednodniowy (kosztował 25-30 zł i uprawniał do wejścia na wszystkie atrakcje z jednym wyjątkiem - ale o tym za chwilę). Do punktu akredytacyjnego można było dotrzeć wchodząc na teren kampusu od podwórka w pobliżu smakowicie pachnącej stacji gastronomicznej.
Wszyscy chętni wpuszczani byli małymi grupkami, gdzie musieli po raz drugi odczekać swoje w drodze do stolika biletowego. Po uiszczeniu stosownej opłaty dostałem olbrzymi harmonogram spotkań, warsztatów, zabaw i innych zajęć. Tylko piątek rozpisany był w tabeli wielkości kartki A3 z niemal mikroskopijną czcionką. Do tego zielona plakietka oznajmiająca, że osobnik ją posiadający jest UCZESTNIKIEM. Była niesłychanie pomocna przy pokonywaniu bramki strzeżonej przez żołnierzy Wojska Polskiego.
Windy, jako kluczowy element budynku w komunikacji międzykondygnacyjnej, również miały swojego strażnika:
Tak więc o bezpieczeństwo nie musiałem się martwić, zwłaszcza że w moim otoczeniu było wiele przyjaźnie nastawionych dusz.
Gwoździem programu był oczywiście AS - to jego obecność skłoniła mnie do udziału w Polconie. Spotkanie rozpoczęło się zgodnie z planem o 10. Problem polegał na tym, że wielkość sali była odwrotnie proporcjonalna do liczby zainteresowanych - dość powiedzieć, że z braku wolnych miejsc część słuchaczy stała, siedziała na podłodze lub tłoczyła się w korytarzu. Jest dla mnie kompletną zagadką, dlaczego organizatorzy nie wybrali auli, która była w tym czasie wolna i spokojnie pomieściłaby wszystkich ciekawskich. A na dodatek jest klimatyzowana.
"Wyborcza" dość dobrze zrelacjonowała to spotkanie, aczkolwiek dodam że Sapkowski, ciągnięty za język przez Wojtka Sedeńkę, wspominał dawne konwenty. M.in. problemy z trafianiem do własnego łóżka, litewski bagażnik pełen okowity i uroki biwakowania nad jeziorem. Porównywał też konwenty zagraniczne - hiszpańskie z obowiązkową sjestą i bardzo krótkie rosyjskie (start 9:00, koniec 9:15). Opowiadał również o tym, dlaczego zaczął pisać i czemu akurat fantastykę. Niestety spotkanie zakończyło się po godzinie, choć uczestnicy mieli jeszcze wiele pytań. Nie powiem, pozostawiło to trochę niedosytu, bo gość wart był solidnego przemaglowania. Zaraz potem ustawiła się długa kolejka po autografy. Po ponad 20 minutach w końcu przyszła kolej na mnie - do podpisania miałem "Ostatnie życzenie", "Miecz przeznaczenia" i
Fantastykę z grudnia 1986 roku z pierwszym wydrukowanym opowiadaniem wiedźmińskim. Andrzej Sapkowski na widok 26-letniego numeru stwierdził, że sam nie ma tak dobrze zachowanego egzemplarza. Nie wiem czemu, ale jestem skłonny mu uwierzyć w tej materii.
(wybaczcie, że B&W, ale balans bieli sfiksował w moim antycznym sprzęcie)
O 12:00 udałem się na wykład Darka Domagalskiego pt.
Vlad Dracula. Mit i rzeczywistość.. Bardzo ciekawa i skomplikowana historia autentycznego władcy Wołoszczyzny, który z powodu swojej polityki, wybujałej wyobraźni i świadomej konfabulacji stał się jednym z najbardziej rozpoznawanych bohaterów popkultury. Nic zatem dziwnego, że sala była pełna, zwłaszcza sporo było miłośniczek muzyki gotyckiej w wiktoriańskich kreacjach. Wszyscy chcieli poznać faktyczne losy arcywampira!
13:00 to z kolei spotkanie z redakcją wydawnictwa
Dobre Historie. Panowie Łukasz Śmigiel, Jakub Wiśniewski i Sebastian Zakrzewski opowiadali o książkowych planach wydawniczych i pracach nad dwumiesięcznikiem
Coś na Progu. Pismo to zajmuje się
weird fiction, a więc horrorem, kryminałem i szeroko pojętą fantastyką
niesamowitą. Można tam również znaleźć eseje, komiks, teksty analityczno-krytyczne, a nawet wiersze. Kupiłem dwa pierwsze numery (w sumie ukazały się 3) otrzymując w nagrodę plakietkę z napisem "I'm weird!". Am I?
Godzina 14:00 - na planie oznaczona jako początek 2-godzinnego wykładu najgłośniej reklamowanej gwiazdy tegorocznego Polconu - Ericha von Dänikena. Niestety, wstęp do auli miały wyłącznie osoby z wykupioną pełną akredytacją w przedsprzedaży internetowej. Do identyfikatora dołączono osobny bilet na spotkanie ze szwajcarskim pisarzem. Wszystkie 500 miejsc zostało zarezerwowanych. Próbowałem wprawdzie przekonać obsługę, że jedna osoba w tę czy we w tę różnicy nie robi, ale najwyraźniej nie byłem wystarczająco przekonujący.

Nic to, postanowiłem w tym czasie się posilić, bo i żołądek zaczął marsza grać. Niewątpliwą zaletą umiejscowienia Polconu przy
Grunwaldzie jest bliskość wielu sklepów i lokali - jeśli komuś nie pasował asortyment gastronomii konwentowej, zawsze mógł udać się do pobliskiej galerii.
Powróciwszy na pola konwentowe udało mi się wkręcić do auli, gdzie Däniken zaczął właśnie podpisywać swoje książki. Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wielu czytelników podsuwało pisarzowi pod nos komiksy o przygodach Ais.
Sympatyczny starszy pan nieco się zdziwił, gdy, w przeciwieństwie do większości, podałem mu kolejne egzemplarze do podpisania. Swoje autografy kaligrafował z pietyzmem, tak jakby wykuwał je na kamiennych tablicach, gdzie najmniejszy błąd oznacza chłostę lamią.
W tym samym miejscu jakieś pół godziny później odbył się pokaz
tribal dance - pod tą nieco enigmatyczną nazwą kryje się m.in. taniec brzucha i tym podobne wygibasy w rytm muzyki etniczno-elektronicznej. Kuso odziana tancerka hasająca po scenie z szablą na głowie to nieczęsty widok - szkoda tylko, że w auli było nieco zbyt ciemno dla mojego aparatu - dlatego fotek nie będzie.

Niestety, występ miał ponad 15-minutowy poślizg (pierwsze opóźnienie, którego doświadczyłem na imprezie), przez co musiałem wyjść wcześniej, by zdążyć na spotkanie z Bogusławem Polchem, znanym chyba wszystkim autorem polskich komiksów SF. Prowadzącym był Filip Bąk, dziennikarz Radia Afera.
Szczerze mówiąc spotkanie to było dla mnie znacznie ciekawsze niż pogadanka z ASem. Dowiedziałem się m.in. jak rysownik został wystawiony do wiatru przez ZAiKS. Film i serial "Wiedźmin" w wielu miejscach był jednym wielkim plagiatem komiksu - ale ZAiKS wypiął się na jego twórców (tzn. na B. Polcha i Macieja Parowskiego), gdy przyszła pora na dochodzenie praw autorskich przed sądem. Wobec konfliktu interesów, Związek postanowił trzymać stronę producenta filmowego, niejakiego Rywina, i nie robić w tej sprawie kompletnie NIC. Drugą ciekawostką dla miłośnika Wiedźminlandu jest fakt, że Bogusław Polch i M. Parowski sprzedali CD Projektowi prawa do komiksu i wszelkich patentów tam zawartych. Dzięki temu deweloperzy nie musieli się martwić ewentualnymi roszczeniami, a trzeba Wam wiedzieć, że nie tylko kitka została zapożyczona z komiksów; jest tego więcej np. medalion w kształcie wilczej głowy (a właściwie nie medalion, a wisiorek - medalion jest bowiem płaski i okrągły, ewentualnie lekko wypukły). Rysownik wspominał też, że przez cały czwartek rozmawiał z Adamem Kicińskim na temat odzyskania praw do komiksu. Cha, no właśnie. Redzi na Polconie byli! Szefa studia, Adama Badowskiego widziałem na dziedzińcu w otoczeniu współpracowników. Ale wracając do komiksów - prowadzący zapytał twórcę, czy zapoznał się z nowym komiksem wiedźmińskim "Racja stanu", po czym ten odparł, że nie, bo wystarczająco dużo komiksów już w życiu przeczytał. Poproszony o szybką ocenę stwierdził, że styl autora (Arkadiusza Klimka) jest nieco pretensjonalny, ale ma niezły, mroczny klimat. Polch opowiadał też o swoim koronnym dziele - Funkym Kovalu - w tym również o filmie, który ma powstać na jego podstawie. Niestety, nie mógł zdradzić nic więcej poza tym, że film jest w pre-produkcji. Generalnie było to bardzo ciekawe spotkanie - na sali siedział też M. Parowski, wieloletni szef
Nowej Fantastyki, który od czasu do czasu dodawał nowe szczegóły. Niestety, nie udało mi się zdobyć autografów, gdyż obu panów dosłownie wywiało, bo właśnie dochodziła 18:00.
Rozpoczął się wówczas drugi 2-godzinny blok Eryka Dänikena, na który udało mi się wśliznąć dzięki uprzejmości załogi Polconu i niepełnej sali. Facet ma 77 lat, a przemawiał z pasją i charyzmą, której mógłby mu pozazdrościć niejeden wybitny polityk. Tłumaczka niemieckiego nie miała tak dobrej kondycji i wymiękła po godzinie, ale organizatorzy byli na to przygotowani - zastępca przejął pałeczkę. Szwajcarski pisarz opowiadał, jak to jego zdaniem kosmici przyspieszyli rozwój cywilizacyjny pradawnych ludzi. Dokładnie analizował zapisy w Biblii, wskazywał na pomiary starożytnej Grecji, przedstawiał kalendarz Majów i wyśmiewał filmy Emericha. Tezy Eryka są, delikatnie mówiąc, dość kontrowersyjne, ale i tak słuchało się tego świetnie. Nie wiem tylko dlaczego na wykładzie nie można było robić zdjęć ani filmować - plecaki należało zostawić przed aulą! Dziwne i zabawne ograniczenie w czasach, gdy komórki potrafią nagrywać filmy w HD. Klimatyzacja pod koniec nie dawała sobie rady, bo w sali było już dość duszno - ale to i tak pryszcz, bo po wejściu na korytarz czekała uczestników niemal sauna.

Mimo tych niedogodności udało mi się w końcu złapać wychodzącego z wykładu rysownika. Pan Boguś okazał się przemiłym człowiekiem i podpisał mi wówczas wszystkie moje komiksy i antologie opowiadań wiedźmińskich, choć był już bardzo zmęczony.
Bardzo się cieszę, że go poznałem. Przy ASie, który rano odstawił bufonadę, Polch jest wręcz ucieleśnieniem skromności. Miałem okazję jeszcze później z nim porozmawiać m.in. o Dänikenie, którego hipotezy były przyczynkiem do powstania serii komiksów o przybyszach z planety Des. Obaj panowie
dobrze się znają.
I na tym zakończył się mój udział w konwencie. Świetnie spędziłem czas, choć żałuję, że nie miałem go wystarczająco dużo, by zasiąść do karcianek i planszówek (Horror w Arkham szczególnie mnie zainteresował), a przecież była to zaledwie kropla w oceanie przygotowanych atrakcji.