Niby mrrru ma rację, ale każdy kij ma dwa końce. Osobiście coraz bardziej się obawiam narastającego wokół przekonania, że można robić, co się chce (w granicach własnej wolności, z braku lepszego słowa), bo za moment to już nie będzie pańswo Polska z taką a taką historią i tradycjami, a zacznie być państwo no-name, bo nikogo nic nie będzie obchodziło i będzie miał do tego jego własne, święte prawo.
Trochę jakby umyka coś bardzo ważnego.
A żeby się dać lepiej zrozumieć: ostatnio byłam w kościele na chrzcie. I stoi parka, dumny ojciec w dżinsach, a mama w koszulce bez rękawów, w panterkowy wzór i z wycięciem na plecach, że aż widać stanik.
I teraz tak: można sobie nie wierzyć w nic, a chrzcić dziecko dla sąsiadów czy odwiedzać kościół z okazji ślubu znajomego albo podziwiania zabytków. Można mieć religię i bogów w nosie, jasne, wolny kraj (jw. o wolności, ale mniejsza teraz). Ale czy to oznacza, że można demonstrować swój brak szacunku dla spraw, które są dla kogoś innego ważne? Świecić, za przeproszeniem, tyłkiem w bocznej nawie i wylatywać z mordą na kogoś, kto się zatrzymał na skrzyżowaniu, bo wspomina z resztą narodu coś niezwykle ważnego dla historii państwa, w którym się, do cholery, mieszka?
Jest wolność i wolność. Niektórzy dawno przestali rozróżniać i huk z nimi, ale serio na tym to ma polegać?