Oto mam rzeczywistość, w której dyrektor szkoły mówi mi, że cała ta reforma to jedna wielka tragedia, nieprzemyślana, niedorobiona, wdrażana na hurra i bez sensu, na szkoły zrzucona potężną odpowiedzialność za dobrostan dzieci i za budżet; większość znajomych nauczycieli, zwłaszcza nowej daty, łapie się za głowę, bo wiedzą, jak będzie wyglądała nauka dzieci w klasie I, a jak w IV; w Poradni pani doktor jest w szoku, ile się szykuje w szkole klas pierwszych i jak to będzie – z musu – źle rozwiązane logistycznie.
Czyli co, nie jestem głupi ciemnogród, nie jestem oczadziała matka-kwoka i jednak widzę, jak bardzo zły jest to pomysł, tak?
Tylko co z tego, skoro pani minister, absolwentka rolnictwa i dziennikarka (czyli kompetencje pełną gębą) mówi oficjalnie i twardo – wiemy, co robimy i robimy dobrze? Podręcznika nie ma, ale będzie, się pisze, się zrecenzuje, się wydrukuje i się rozprowadzi w ciągu kilku miesięcy i z całą pewnością będzie to wspaniała publikacja, nic, tylko przykład brać z takiego opracowywania metodyki.
Co z tego, skoro wokół rodzice pchają swoje dzieci do szkoły, bo: 1. No skoro kazali, to trzeba… 2. Ojtam, da sobie radę! 3. No idzie koleżanka córki, to my też idziemy! 4. Będzie szybciej mądre moje dziecko? Nie, nie będzie szybciej mądre, nie w IV klasie, kiedy wejdzie w nauczanie przedmiotowe o rok wcześniej (i na 80% zniesie to źle, są na to badania); może jedno dziecko na ileśtam da sobie radę, ale co z resztą?; no, jak koleżanka idzie, to faktycznie jej to pomoże w ślęczeniu do nocy nad czytankami; no ba, że kazali! To w istocie najważniejsze!
Ja rozumiem, na czym polega państwo i delegowanie decyzyjności przez elektorat. Ale nie rozumiem, kto powiedział, że skoro rząd/parlament został wybrany, to z automatu i z awansu każda jego decyzja jest mądra i dobra? Duch Święty natchnął czy jak? I jakim w ogóle prawem deprecjonuje i ucisza się głosy tak rodziców, jak i kompetentnych autorytetów w zakresie psychologii rozwojowej, przyczepiając łatkę tchórzy i zacofańców?
Nie potrafię tego zrozumieć.
Nóż mi się otwiera w kieszeni zwłaszcza na następujące argumenty:
- dzieci dadzą radę, my mieliśmy gorzej i daliśmy, przesadzasz – a, bo reforma polega na tym, żeby nie mieć dobrze, tylko trochę źle (a mogłoby być bardzo?) I wobec tego można wrzucić do jednego worka kolejne roczniki Iksińskich, ponieważ statystycznie posłużą one ratowaniu miejsc pracy nauczycieli i lepszej pozycji w unijnych statystykach? To sobie wrzucajcie swoje dziecko, a nie moje!
- zrobisz z dziecka upośledzone i napaskudzisz mu w papierach, jak go odroczysz – ja robię z dziecka upośledzone? Nie, to prezydent zrobił ze wszystkich 6-latków dzieci gotowe do polskiej szkoły i jej niedorobionego programu/zaplecza, normalnie niech się schowa Mojżesz ze swoimi cudami, ten jeden podpis przewyższa wszystkie biblijne cuda!
- po to wybraliśmy rząd, żeby za nas decydował, podważanie jego decyzji jest niedemokratyczne i do niczego nas nie doprowadzi – no no, święta racja, Hitler też miał pełną zgodę na obozy koncentracyjne, zatem niewątpliwie miał rację, nie ma się co burzyć przeciwko decydentom w takim razie, tylko grzecznie dziękować za ich mądre rządy. Całować po stopach.
Celowo przejaskrawiam teraz, ale próbuję sobie sama we własnej głowie wszystko poustawiać i wychodzi mi, że w całym tym rządzeniu, gonieniu Europy, Stanów czy innych autorytetów w zakresie rozwoju cywilizacyjnego i społecznego ktoś gdzieś zgubił człowieka.
Kafka, mówiłam.
Trzymajcie, proszę, kciuki, żeby moja prowincjonalna poradnia machnęła ręką na MENowskie ukazy i odpuściła szkołę jednemu fajnemu 6-latkowi. Bo jestem święcie przekonana, że za rok, dwa, a najdalej trzy zacznie się wielki płacz rodziców i dzieci. I nie sądzę, żeby obecna Pani Ministra była na miejscu, żeby komukolwiek coś na to poradzić.