Wreszcie udało mi się skończyć
Sezon Burz.
Byłam do nowego Wiedźmina sceptycznie nastawiona, także nie mogę mówić o rozczarowaniu. O wielkim zaskoczeniu też nie. Ale ani zakupu, ani czasu poświęconego na czytanie nie żałuję.
Od sagi nie mogłam się oderwać - siedząc w szkolnej ławce odliczałam godziny do końca lekcji, chciałam jak najszybciej wbiec do domu, i czytać. Nawet nic nie odrabiałam, leciałam prosto do książki (a to u mnie niespotykane, obowiązki zawsze na początku

). Przy
Sezonie już tego nie było. Powieść przeczytałam w kilku dłuższych (1-2 godziny) posiedzeniach, raz przez cały tydzień nie opuścił półki. Przy sadze - jedna część zajmowała mi jeden dzień (poza dwoma ostatnimi). Aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że historia nie wciągała. A jakże, było kilka takich momentów, ale poza nimi nie miałam problemu z odłożeniem książki na bok i zajęciem się innymi sprawami.
Sezon to tak jakby trzy opowiadania połączone w jedno. I taka forma bardzo mi odpowiada (chociaż mógł by być trochę dłuższy).
Co do epilogu - według mnie nie należy go traktować na serio, nie wydarzyło się to naprawdę, można powiedzieć, że był to sen Nimue. Ot, taki miły gest w stronę fanów - i moim zdaniem bardzo dobre zakończenie. Zastanawiam się, czy po czymś takim kolejne książki o Geralcie mają sens - ładny koniec, wzruszający - czegoś takiego brakowało
Pani Jeziora.
Oczywiście, jakby wyszedł kolejny tom tego typu, z pewnością bym go kupiła i z przyjemnością przeczytała.
Cóż... teraz trzeba będzie przejrzeć w końcu te wszystkie spoilery.