Jak widać, w temacie zapadła cisza, ale to nie znaczy że nic nie robimy. Wręcz odwrotnie. W naszych głowach ciągle rodzą się nowe pomysły. Nic dalej nie piszę bo Paul mnie rozszarpie. Publikuje jeden z opisów questa z dziennika, jest to to kawałek ponieważ nie chcę spoilerować. Wiedzcie, że cały opis ma ponad 900 wyrazów i mamy nadziję że nei odbiega od tego co zaserwowoała nam ekipa CD Projekt RED. Życzę miłej lektury i uważnie obserwujcie projekt.
Prawdopodobnie w życiu każdego z nas przychodzi moment, w którym przez brak środków do życia musimy imać się wielu rzeczy, niekoniecznie godzących się z dobrymi obyczajami. Tak było ze mną w mieścinie Flotsam, dziurze zabitej dechami gdzie praworządny i uczciwy artysta nie może się utrzymać ze swojej profesji. Cóż poradzić, kultura to nie wiatr – nie wszędzie dociera. Tego dnia siedziałem razem z moi serdecznym przyjacielem Zoltanem Chivay’em w tawernie. Słońce przenikało do izby rozświetlając pomieszczenie i pokrytą trądzikiem twarz jednego z osiłków siłujących się na rękę dwa stoły dalej. W kątach złośliwie tańczył kurz. Jedynie, piękna ognistowłosa dziewoja nalewająca „tego czegoś” co miało przypominać piwo niezwykle nadawała temu obleśnemu miejscu odrobiny harmonii . Krasnolud niemiłosiernie siorbał, więc nie mogłem się skupić na piegach naszej karczmarki, wiec zacząłem rozmowę o tym jak ciężko jest w życiu. Nieludź przerwał i zbliżył się do mego kształtnego ucha. Taboret podskoczył, nie uwierzyłem w to co usłyszałem. „Miałbym pomagać bandytom” – pomyślałem. Niestety, taka była brutalna rzeczywistość i po dłuższym namyśle biorąc pod uwagę wszystkie zalety i wady tej decyzji, skinąłem głową. Szybkim ruchem opuściliśmy karczmę co by nas właściciel nie zauważył, chyba tłumaczyć dlaczego nie muszę.
W faktorii panował duży gwar, a to wieśniaczki się kłóciły, a to ktoś się targował z aedrińskimi kupcami, a to rozgoryczony ojciec ganił córkę a to że przyszła „z brzuchem”. Będąc już niedaleko głównej bramy, byliśmy świadkami niespotykane gdzie indziej rozboju na nieludziach. Dwóch strażników biło młodego, wysokiego elfa uderzając gdzie popadnie. Natomiast ich towarzysz darł bordową sukienkę elfce o jasnobrązowych włosach, urody nie mogłem dostrzec, gdyż jej twarz pokrywał cień jednego z dachów pokrytego gdzieniegdzie zielonym mchem. Twarz Chivay’a poczerwieniała, jego ogromne, spracowane ręce zacisnęły się. Zrobił mały kroczek, westchnął ciężko jak młody buchaj i odwrócił się na pięcie, klnąc pod nosem. Rozumiałem jego złość, ale nic nie mogłem poradzić. Położyłem rękę na krasnoludzkim ramieniu, chcąc go uspokoić, ale się nie ugiął. Wreszcie dotarliśmy do owalnego muru, przy którym stał zaspany człowiek w temerskim mundurze opierając się o długą postrzępioną halabardę. Powiedzieliśmy mu, że idziemy podziwiać piękno natury i na jagódki. Wybełkotał tylko coś o potworach i otworzył bramę. Gdy już obawiać się mogłem tylko spotkania z elfami, wartownik rzucił w mego przyjaciela rasistowskim żartem. Teraz to ja miałem ochotę dać komuś w pysk.
Mijaliśmy paprocie i ogromne drzewa. Ten las był magiczny, czułem to. Gdy wchodziłeś, to już nie wychodziłeś… Okropne myśli przenikały mi przez mój umysł. Zaczynałem żałować, miałem ochotę zawrócić. W końcu dotarliśmy na miejsce. Był to niewielki okrąg, schowany wśród gigantów-drzew, porośnięty różnorakimi roślinami, na uboczu stał potężny kamienny obelisk gdzie była wykuta bez żadne precyzji i dokładności podobizna jednego z bożków. Aura tego miejsca była ponura i nieprzewidywalna. W tej puszczy „królami” byli Scoia’tael, swoiści „ludzie lasu”, znający każdy zakamarek i każdy ćwierkający ptaszek. Zoltan grubym głosem wykrzyczał tajemne hasło jakim posługiwali się wyżej wymienieni. Ni z tąd, ni zowąd pojawiło sie dwóch „długouchych”, ubranych w zielone kamizelki, brązowe skórzane spodnie i zniszczone trzewiki. Najbardziej uwagą przykuwały ich łuki. Nie znam się na rzemiośle, ale śmiało mogę powiedzieć że wyrobom ludzkim daleko było do takiej misterności i dbałości o najmniejszy szczególik. Broń wisiała obok gładkiego kołczana, pękającego w szwach od strzał. Już nie było szans na ucieczkę, już nie było na nic szans. Po rozmowie jednego z „bandytów” z Chivay’em zawiązali nam oczy. Nigdy tego nie robiłem, ale zacząłem odmawiać modlitwę do Melitele, być może ostatnią.