Te czasówki chyba można włożyć między bajki. Pierwszy odcinek ósmego sezonu miał trwać 54 minuty, a trwał 50 minut z sekundami i to licząc z czołówką i napisami końcowymi. Niby niewielka różnica, ale jednak.
A sam odcinek? Cóż, tak jak można było przypuszczać, dostaliśmy podsumowanie wątków i wprowadzenie do finału. Odbyło się kilka spotkań, kilka prawd zostało wyjawionych, jedna mocna scena na końcu. Generalnie takie rozłożenie figur na szachownicy przed ostateczną partią. Chciałoby się więcej, ale nie uważam żeby odcinek był zły. Dostaliśmy to co powinniśmy dostać.
Ktoś pewnie powie, że serial przestał zaskakiwać, ale moim zdaniem jest to plus. Niewiarygodne zwroty akcji trzeba dawkować żeby widzowie mogli w nie uwierzyć. Jeśli na tym etapie fabuły jesteśmy wstanie się domyślić pewnych rzeczy to znaczy to tylko tyle, że historia była przemyślana i dotychczasowe wydarzenia prowadziły właśnie do tego punktu. Tutaj już nie ma miejsca na gwałtowne zmiany na planszy. Ostatnie rozdanie.
Czekanie na ciąg dalszy będą udręką...