[UWAGA! - SPOILERY] Serial Wiedźmin (Netflix) - wrażenia spoilerowe

+
Fakt, że te dwie postacie kojarzymy ze sobą tak silnie wynika prawdopodobnie z tego, że rzadko kiedy dostajemy inny kontekst.
Jednym z takich fragmentów jest scena w łaźni, tuż po tym, gdy Ciri zostaje złapana podczas próby ucieczki pod przykryciem iluzji. Widać, że i Margaritę, znacznie bardziej przecież doświadczoną od Yennefer, Tissaia traktuje nieco jak dziecko wymagające opieki.

Ja tak tej sceny w łaźni nie odbieram - Tissaia bardziej reaguje na to, jak Margarita się z nią drażni, Yen nie "zaczepia jej" tyle razy w tej rozmowie więc tego nie widzimy.

Ale myślę, że kluczowe jest pierwsze zdanie z powyższego cytatu. Yennefer jest jednym z głównych bohaterów Sagi, więc to naturalne że widzimy Tissaię z jej perspektywy. Po prostu nic z tych fragmentów nie wskazuje na to, żeby Tissaia traktowała Yen inaczej niż wszystkie inne swoje podopieczne, dlatego ja tej szczególnej relacji nie widzę i to jak ona eskalowała w serialu jest dla mnie dziwne.

Warto też zauważyć, że jak przestudiuje tę scenę w łaźni to raczej wynika z niej, że wszystkie absolwentki mają podobne wspomnienia odnośnie traktowania przez Tissaię, Margarita wypomina jej to trochę tak, jak dzieci rodzicom po latach.
 
Dla mnie właśnie scena w łaźni pokazuje dynamikę relacji magiczek. Reszta czarodziejek zachowuje się o ironio jak nastolatki - stulatki wlasnie i chcą zawstydzić mężczyzn golizną. Tylko Tissaia przewraca oczy na ich infantylizm i niedojrzalosc
 
Tak, ale to tylko jeden fragment, taki infantylny wyskok, natomiast nie można odmówić książkowym czarodziejkom że w pozostałych kwestiach zachowują powagę.

Przy czym na Thanedd też wyraźnie widać, że jest grupa istotnych, liczących się magów którzy to wszystko planowali (czemu są poświęcone sceny również w Krwi Elfów, jak kolacja Vilgefortza, Terranovy i Tissai), ich najbliżsi wspólnicy i reszta "planktonu".
 
Odświeżam akuratnie.
Tissaia jest ciągle wymieniana jako największy autorytet dla Kapituły lub osadzana w takim kontekście w rozmowach magów, a sceny z jej udziałem pokazują ją jako głównego gracza.
O niej mówi Yen jako o Mistrzyni i ją wspomina.
Więc tu nie można wysnuć innego wniosku - była to postać potężna i ważna dla innych. Niczego takiego w serialu nie ma.

Tissaia z kolei bierze Yen do spisku, zabiega o nią - być może z powodu Ciri, to prawdopodobne - a potem przeprasza, że się pomyliła, co może, to pomaga, no i finał znamy.

Myślę więc, że o ile Yen ma ją za przewodniczkę i wzór, o tyle Tissaia niekoniecznie ma z Yen silną relację.
Rozumiem jednak, że na potrzeby dynamiki serialu wybrano silną więź dwustronną. Nie miałabym z tym problemu, gdyby obie postacie były dobrze napisane przez Lauren, ale nie są: mamy dwie histeryczki. Faktycznie chaos, ale z małej litery.
Pedantyczna Tissaia przewraca się w grobie (metaforycznie).
 
Myślę więc, że o ile Yen ma ją za przewodniczkę i wzór, o tyle Tissaia niekoniecznie ma z Yen silną relację.
To jest po prostu chyba kwestia interpretacji i tego, jak komu w duszy gra. Tak logicznie i zdroworozsądkowo patrząc, dojdziemy do wniosku, że Tissaia miała na Yennefer taki sam wpływ jak na inne czarodziejki. Ale zdecydowanie przyjemniej się to odbiera, gdy wyobrazimy sobie, że jednak Tissaia okazywała jej tą odrobinę zainteresowania, troski i współczucia więcej, że była dla Yennefer kimś bardziej wyjątkowym, kimś trzymanym w sercu, a nie wyłącznie w pamięci.
Tak, ale to tylko jeden fragment, taki infantylny wyskok, natomiast nie można odmówić książkowym czarodziejkom że w pozostałych kwestiach zachowują powagę.
Z tym że nie.
A wylanie przez Yennefer pozostałości po kąpieli Geralta na głowy przechodniów?
Nie wstając, Yennefer niedbale machnęła ręką i wypowiedziała zaklęcie. Woda z szaflika wraz z tą rozlaną na podłodze i tą ociekającą z Geralta szumiąc skupiła się w półprzezroczystą kulę i ze świstem wyleciała przez okno. Usłyszał głośny plusk.
– A bodaj was zaraza, kurwie syny! – rozległ się z dołu rozsierdzony wrzask.
– Nie macie gdzie szczyn wylewać? A bodaj was wszy żywcem zżarły, bodajby was pokaziło, bodajbyście zdechli!
Czarodziejka zamknęła okno.
– Psiakrew, Yen – wiedźmin zachichotał. – Mogłaś rzucić wodę gdzieś dalej.
– Mogłam – mruknęła. – Ale mi się nie chciało.
A jej akustycznie wzmocnione oznaki spełnienia?
Z pobliskiego okna w lewym skrzydle Aretuzy ktoś spragniony snu wrzeszczał i pomstował srodze, domagając się ciszy. Z okna z drugiej strony ktoś inny, o bardziej widać artystycznej duszy, entuzjastycznie bił brawo i gratulował.
- Och, Yen... - szepnął wiedźmin z wyrzutem.
- Miałam powód... - pocałowała go, a potem wtuliła policzek w poduszkę. - Miałam powód, żeby krzyczeć. Więc krzyczałam. Tego nie powinno się tłumić, to niezdrowe i nienaturalne. Obejmij mnie, jeśli możesz.
A wiązanka tak bogata, że aż doświadczony w tych sprawach karczmarz był pod wrażeniem?
Margarita Laux-Antille pokręciła głową z niedowierzaniem. A Yennefer zaklęła. Karczmarz pokraśniał i otworzył usta. Słyszał już wiele przekleństw, ale takiego jeszcze nie.
Dałbym radę jeszcze tak długo, ale i tak już widać, że przynajmniej Yennefer nie zawsze była i nie zawsze chciała być poważną, dystyngowaną czarodziejką.
 
Owszem obie z tych postaci zostały znacząco zmienione, aczkolwiek nie zgodzę sie z tym że najbardziej wzgledem pierowowzoru. Naprawdę uważacie, że serialowa Triss jest mniej zmieniona niż serialowa Yennefer? Czy dajmy na to Fringilla?
Właśnie głównym przekazem mojej wypowiedzi było to, że nie zgadzam się, że akurat one zostały zmienione najbardziej :p też mnie korciło by napisać, że nawet Yennefer jest bardziej zmieniona niż one.

Do drugiego sezonu powrócili wszyscy scenarzyści sezonu pierwszego poza scenarzystką odcinka 2, tego od Krańca Świata i młodej Yen, gdzie Tissaia była najbliższa książkom.
Lecz w trzecim sezonie wymieniona została aż połowa scenarzystów...


Z bycia badasem, (dyskusyjnie) najpotężniejszym ludzkim magiem kontynentu, o chłodnym, praktycznym i pedantycznym podejściu do życia i wielkiej pozycji politycznej, który był wzorem i mentorem dla Janeczki
I wszystko to widziałam w serialowej Tissai w pierwszym sezonie... Nie nazwałabym słabością ani brakiem emocjonalnej stabilności jej łzy na widok zmarłych braci i uczennic pod Sodden, przeciwnie. Dostrzegliśmy w tamtych scenach ludzką twarz kryjącą się pod maską chłodnego i pragmatyczbego badassa z poprzednich odcinków. Już chyba kiedyś raz tu napisałam - wydarzeniom na Wzgórzu dodawał dramatyzmu fakt, że nawet Tissaia miała tam łzy w oczach... Co do drugiego sezonu zgadzam się, że mniej tam książkowej Tissai, bo aktorkę pokierowano w drugim sezonu w stronę kontynuowania emocji spod Sodden zamiast w stronę kanonicznego charakteru z początku pierwszego sezonu. Prywatnie wolałabym, by pokazano nam jak Tissaia opłakuje uczennicę w ukryciu, gdy jest sama. Publicznie zachowując się jednak tak samo jak w odcinkach z młodą Yen.


Dalej jest smutną, sztywną, ustawianą przez wszystkich magiczką bez krzty wdzięku, której autorzy zmienili nawet coś tak fundamentalnego jak jej relacje z Ciri. Z troskliwej, przekornej, "siostrzyczki", zmieniła, się w przerażoną donosicielkę. Ale włosy jaśniejsze, więc sukces.
Specjalnie napisałam "abstrahując od bardziej korzystnej charakteryzacji" :p
W drugim sezonie widziałam w Triss więcej znanej z książki pogody ducha, marzycielstwa, młodzieńczej naiwności, czego w pierwszym sezonie raczej widać nie było. A momenty przygnębienia uzasadnione są jej traumą spod Sodden.
Relacja z Ciri wybrzmiała odpowiednio zanim Ciri przypadkiem spowodowała atak paniki Triss. Żałuję tylko, że nie dostały one sceny pożegnania przed wyruszeniem do świątyni...

Z tym donosicielstwem nie przesadzałabym - Triss podzieliła się czymś z przybraną matką, osobą, której od ufa najbardziej i zaczęła natychmiast o tym żałować, dowiadując się, że to Vilgefortz jest zainteresowany tym tematem...
 
@raison d'etre masz rację, ale.
Nawet kiedy klęła jak portowy robol, chociażby wisząc na skarpie i majtając nogami albo pozdrawiając Yarpena na targu, miała, wg mnie, klasę, koło której nie stoi „fak” rzucany jak przecinek w serialu.
Ta klasa wyrażała się we wszystkim innym, co robiła, w tym, jak mówiła, jak pisała.
Imo najlepiej ją odbierać przez pryzmat tego, jak ją poznawała Ciri. To fajny zabieg, który pokazuje, jak Yen postrzegano na pierwszy rzut oka i ile było trzeba, żeby ją poznać.
 
Mógłbyś długo, bo może się nie rozumiemy. Ty tu piszesz o szutkach takich niewinnych, krotochwilach. Nie odbieram czarodziejkom charakteru czy poczucia humoru tylko wskazuję, że to nie były podlotki i w sprawach istotnych zachowywały się tak, jak wskazywałaby na to ich pozycja i doświadczenie. Nawet jeśli czasem miały ochotę wywołać rumieniec na twarzy żołnierza, który zaraz do nich zejdzie. W serialu zaś zachowują się praktycznie wyłącznie jak te przysłowiowe gimnazjalistki.

Tak logicznie i zdroworozsądkowo patrząc, dojdziemy do wniosku, że Tissaia miała na Yennefer taki sam wpływ jak na inne czarodziejki. Ale zdecydowanie przyjemniej się to odbiera, gdy wyobrazimy sobie, że jednak Tissaia okazywała jej tą odrobinę zainteresowania, troski i współczucia więcej, że była dla Yennefer kimś bardziej wyjątkowym, kimś trzymanym w sercu, a nie wyłącznie w pamięci.

Bardzo możliwe, ja widać po prostu nie miałem takiej potrzeby, dla mnie Tissaia była istotną, potężną postacią i niekwestionowanym autorytetem dla wszystkich i wszyscy się z nią liczyli. Uważam, że w książkach ta postać jest świetnie poprowadzona, od początku do samego (jej) końca.
Post automatically merged:

Nawet kiedy klęła jak portowy robol, chociażby wisząc na skarpie i majtając nogami albo pozdrawiając Yarpena na targu, miała, wg mnie, klasę, koło której nie stoi „fak” rzucany jak przecinek w serialu.

Bo to jest chyba sposób scenarzystów i showrunnerki na "silną i niezależną postać kobiecą". Jak sięgam pamięcią, to Calanthe w pierwszym sezonie została wypaczona w podobny sposób i zrobiono z niej ordynarną dresiarę, zupełnie inną od tego jak tę postać pamiętam z książek.
 
Nawet kiedy klęła jak portowy robol, chociażby wisząc na skarpie i majtając nogami albo pozdrawiając Yarpena na targu, miała, wg mnie, klasę, koło której nie stoi „fak” rzucany jak przecinek w serialu.
Ty tu piszesz o szutkach takich niewinnych, krotochwilach. Nie odbieram czarodziejkom charakteru czy poczucia humoru tylko wskazuję, że to nie były podlotki i w sprawach istotnych zachowywały się tak, jak wskazywałaby na to ich pozycja i doświadczenie.
Pozostaje mi się zgodzić z wnioskami. I dzięki za przypomnienie fragmentu z Yarpenem. To było zabawne.
Wydaje się, że sama konstrukcja serialu nie daje wielu możliwości na taki sposób kreacji postaci. Do tego potrzebna jest obudowa, trzeba stworzyć scenę, jakąś sytuację, dialog. Dać pobyć widzowi chwilę z postaciami, nie tylko dla samego popędzania fabuły. Dołożyć te chwile niby zbędne z punktu widzenia scenariusza, ale jednak tworzące obraz. A to rzadkość w serialu.
 
A w ogóle w serialu jest zmieniona chronologia bitwy pod Sodden, coś na to wskazuje? Bo oni czas i przestrzeń to raczej mają w poważaniu.
 
Co do prostackich faków, to chyba wynika z małej plastyczności języka. Pamiętam z serialu, że Jaskier rzucił wiązanką, która brzmiała fucking fucky fuck. Istna poezja.
 
Po angielsku też można kląć interesująco. Brzmi to czasami lekko archaicznie, ale akurat odrobina archaizmu by się dialogom w serialu przydała.
 
I wszystko to widziałam w serialowej Tissai w pierwszym sezonie... Nie nazwałabym słabością ani brakiem emocjonalnej stabilności jej łzy na widok zmarłych braci i uczennic pod Sodden, przeciwnie. Dostrzegliśmy w tamtych scenach ludzką twarz kryjącą się pod maską chłodnego i pragmatyczbego badassa z poprzednich odcinków. Już chyba kiedyś raz tu napisałam - wydarzeniom na Wzgórzu dodawał dramatyzmu fakt, że nawet Tissaia miała tam łzy w oczach...

Rozmawiamy na jakiś dwóch planach astralnych obok siebie. Piszesz, że wszystkie wyszczególnione cechy książkowej Tissai widziałaś w pierwszym sezonie, a następnie piszesz o tym, jak inna jest pierwszosezonowa Tissaia od książkowego pierwowzoru, nazywając ją przy tym z jakiegoś powodu badasem, choć w serialu nie miała ani jednej sceny podkreślającej jej potęgę (została pokonana dmuchnięciem dwimerytu w oczy - przypominam).

Poddaje się.
 
To jest po prostu chyba kwestia interpretacji i tego, jak komu w duszy gra. Tak logicznie i zdroworozsądkowo patrząc, dojdziemy do wniosku, że Tissaia miała na Yennefer taki sam wpływ jak na inne czarodziejki. Ale zdecydowanie przyjemniej się to odbiera, gdy wyobrazimy sobie, że jednak Tissaia okazywała jej tą odrobinę zainteresowania, troski i współczucia więcej, że była dla Yennefer kimś bardziej wyjątkowym, kimś trzymanym w sercu, a nie wyłącznie w pamięci.
Też wydaje mi się, że jest to kwestia indywidualnej interpretacji. Autor nie narzuca nam jednoznacznie jak ta relacja wygląda, daje nam tylko wskazówki, które można różnie interpretować. Dla mnie Tissaia była kimś więcej dla Yennefer niż tylko mentorką i sama też nie postrzegała Yen, jako zwykłą uczennicę. Poza wymienionymi przykładami dotyczącymi relacji między tymi postaciami dodam jeszcze, że o ile dobrze pamiętam, to Tissaia pomogła Triss przetransportować rannego Geralta do Brokilonu. Wydaje mi się, że zrobiła to właśnie dlatego, że był on osobą bliską dla Yen, ona sama nie miała żadnego powodu, by mu pomagać, a zapewne po Thanedd miała dużo istotniejsze sprawy na głowie, niż troszczenie się o jednego wiedźmina.
 
Bardzo podobna/krytyczna dyskusja na reddicie.
Piszą o tym jak serialowa Yennefer zabrała każdą co ciekawszą cechę/osiągniecie innym postaciom.
Btw. "Ciekawe" jak rozwiążą motyw stracenia mocy przez Ciri.
Powtórzą ten sam schemat? *Główna bohaterka tracąca moc*

Rozbawił mnie ten komentarz
Screenshot_20220105-153051.png
 
Last edited:
Wydaje mi się, że zrobiła to właśnie dlatego, że był on osobą bliską dla Yen, ona sama nie miała żadnego powodu, by mu pomagać, a zapewne po Thanedd miała dużo istotniejsze sprawy na głowie, niż troszczenie się o jednego wiedźmina.

Wydaje mi się, że bardziej chodziło tutaj o zadośćuczynienie za całą historię z Ciri, która wyniknęła ze złego osądu Tissai i gdyby na miejscu Yen opiekunem Ciri była którakolwiek inna czarodziejka, to byłoby tak samo. Ciężko też, żebyśmy z książek gdzie to właśnie Yennefer jest jedną z głównych bohaterek dowiadywali się szczegółów czego uczyła Tissaia np. Sabinę. Jedyne relacje Tissai z innymi czarodziejkami o statusie zbliżonym do Yennefer widzimy w stosunku do Margarity (i nic nie wskazuje na to, by Tissaia była dla niej inna) i Filippy (która była dla niej najlepszą uczennicą).

Ale tak jak piszesz to kwestia interpretacji a nawet gdyby nic o tym nie świadczyło to nie uważam akurat tego serialowego pomysłu za jakąś zbrodnię ale jego wykonanie - już tak bo to właśnie kiepsko prowadzona relacja Tissai i Yen powoduje te pełne emocji pokrzykiwania na siebie i kłótnie rodem z telenowel. A przecież dało się to rozegrać znacznie subtelniej, czyli zarysować tę sympatię Tissai bez kompletnego zmieniania jej zachowania, przemycając tylko gdzieniegdzie jakieś drobne wskazówki.
Post automatically merged:

Piszą o tym jak serialowa Yennefer zabrała każdą co ciekawszą cechę/osiągniecie innym postaciom.

Podoba mi się, że ktoś analizuje fabułę jako całość i właśnie efekt "backfire", o którym pisałem wcześniej. Ważna jest ta uwaga o Vilgefortzu - co z niego za villain będzie?

A może to Yen będzie villainem? :D Eeee, nie. Nie pasuje do narracji.
 
Last edited:
A przecież dało się to rozegrać znacznie subtelniej, czyli zarysować tę sympatię Tissai bez kompletnego zmieniania jej zachowania, przemycając tylko gdzieniegdzie jakieś drobne wskazówki.
Tylko że subtelne wskazówki zostałyby zarejestrowane jedynie przez osoby, które wiedzą czego szukać i na co patrzeć. Czyli przez jakiś ułamek promila widzów. W serialu to musi być podane na tacy i jeszcze podkreślone wężykiem, bo inaczej przekaz nie dotrze. To nie jest produkcja, która z założenia pragnie interakcji z widzem, odkrywania znaczeń, wypatrywania szczegółów i związków między wydarzeniami. To jest impreza disco polo, a nie koncert fortepianowy z towarzyszeniem orkiestry. Łączę się w smutku i bólu, ale nie widzę szansy na odmianę.

Tak pobocznie. Jakiś czas temu widziałem artykuł, w którym pisano o próbach wskrzeszenia serialów na wzór Lost, czyli czegoś z wpisaną w scenariusz tajemnicą, taką do odkrywania przez widzów, z subtelnymi wskazówkami. Powstało ich kilka, ale jakoś już żaden nie osiągnął tamtej popularności i zasięgu. Może to kwestia jakości samych serialów, ale może być i tak, że brakuje środowiska, w którym opłacalne by było ich tworzenie. Lub też po prostu padamy ofiarą targetowania pod określone grupy odbiorców. Powstają przecież filmy ambitniejsze, z ciekawym scenariuszem, ze świetnie odgrywanymi postaciami, z fabułą, która nie jest przetykana dziurami gęściej niż rzeszoto. Mamy po prostu pecha, że traflło akurat na Wiedźmina.
 
Tylko że subtelne wskazówki zostałyby zarejestrowane jedynie przez osoby, które wiedzą czego szukać i na co patrzeć. Czyli przez jakiś ułamek promila widzów. W serialu to musi być podane na tacy i jeszcze podkreślone wężykiem, bo inaczej przekaz nie dotrze.

Zgodziłbym się ze wszystkim, ale skoro do kroćset fur beczek w jakiejś Emily w Paryżu można przedstawić kiełkującą nić sympatii między główną bohaterką a jej francuską szefową (która też jest surowa, zdystansowana, a początkowo nawet uprzedzona do Emily) to nikt nie przekona mnie, że w Wiedźminie nie można było.

Szach.
 
W swoim gatunku jest na pewno sprawniej wyreżyserowanym i napisanym serialem.
To raczej dowód na straszliwą słabość Wiedźmina ale co mi tam, oglądaj :p

Wczoraj zresztą @joszcz wspominała w kontrze do Wiedźmina Bridgertonów a obejrzała pierwszy serial więcej niż raz, mało Ci?
 
Top Bottom