Właśnie skończyłem przechodzić W1 po raz kolejny. W sumie nie żałuję, że odświeżyłem sobie grę, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden problem i zadać pytanie z nim związane.W W1 tak gdzieś od aktu IV zaczyna się absolutnie masowe wyrzynanie wrogów, co jest zwłaszcza żałosne w przypadku potworów. Sytuacja staje się krytyczna w akcie V. Potwory uznawane za niezwykle silne i unikatowe, takie jak cmentar, bruxa, garkain itp. oraz wrogowie w płytówkach, z gigantycznymi młotami (niektóre bronie swoimi rozmiarami wręcz śmieszyły), atakują nas masowo, zaś te nieco słabsze ich "wersje" to już typowe mięso armatnie, które ma chyba tylko graczy denerwować. Cały czas gra rzuca w nas mięchem, które wybijamy falami. Mało tego, nie sprawia to wiedźminowi większego problemu, ten bowiem pod koniec gry jest już niemal nieśmiertelny. Każdy "odpoczynek" Geralta oznacza też respawn dużej części mięcha, co jeszcze pogarsza sprawę. Myślę, że grubo z tym przesadziliście. We wcześniejszych aktach w większości przypadków były zachowane sensowne proporcje - sytuacja z aktu V w porównaniu np. do aktu III to parodia.Moje pytanie zatem brzmi - jak do tego podchodzicie w W2? Czy nadal będziemy wybijali tony mięcha, które nie jest nam nawet w stanie zagrozić?BTW: I proszę, żadnych poziomów w stylu Starej Wyzimy. Lagi, ciągłe wchodzenie/wychodzenie z "trybu walki", ciągły respawn po wejściu/wyjściu do/z lokacji, wkurzające barierki, gigantyczna ilość bezsensownych cutscenek ("Geralt, jeszcze trochę! Idziemy!"). Najgorszy moment w grze wg mnie.


