Mój związek z drugim Wiedźminem jest dość burzliwy. Pierwsze przejście gry zirytowało mnie kompletnie, bo gdy już ogarnąłem mniej więcej system walki - gra niespodziewanie się skończyła. Podczas drugiego podejścia jeden z patchów skutecznie zniechęcił mnie do gry (koszmarna obsługa 4:3, cudaczny spadek fps). Choć gra została na dysku - z przyzwoitości - nie miałem ochoty do niej wracać.
Potem był miliard kolejnych łatek, gdzieś doczytałem jak rozwiązać problemy z wydajnością, zgrzytając zębami przełączyłem na format 16:9 - no i zbliżająca się premiera W3 skłoniła mnie do ponownego podejścia do W2. Drugie przejście gry zaplanowałem jako lustrzane odbicie pierwszego. Pomóc Iorwethowi, nie Vernonowi. W finale zabić Letho zamiast puścić go wolno - czego dokonałem przed kilkunastoma minutami.
I jak wrażenia?
Od czego by tu zacząć...
Po pierwsze - zdecydowanie, technicznie gra wciąż nie odstaje. Choć znawcy pewnie stwierdzą, że grafika nieco się zestarzała, dla mnie wszystko było w jak najlepszym porządku. Czasem wyjdą jakieś dziwne rzeczy (w rodzaju wstawania/siadania do stołu, które jest tak sztuczne że aż zęby bolą), ale cóż - nie ma gier idealnych. Wielkie wrażenie robi design lokacji, choć za Vergen powinno komuś dostać się po głowie - samo miasto to labirynt, który nieustannie mnie denerwował. Wszystko co związane z walką (animacje, efekty) to cud miód orzeszki i ten element gry nie zestarzeje się bardzo długo.
Przyjemne było też odkrycie (a raczej własnoręczne doświadczenie) tego, że W2 to więcej niż jedna gra. Różnice między ścieżkami Rocha i Iorwetha to nie marketingowy bełkot. Ogólny stopień poplątania w akcie drugim również robi wrażenie, choć grze odbija to się czkawką - niektóre dialogi ewidentnie były napisane z założeniem, że gracz wykonał już jakiś inny quest (lub jego część) i dochodziło do dziwnych rozmów. Podoba mi się też że poprawiono zakończenie gry, dając graczowi możliwość sprawdzenia konsekwencji swoich działań.
I tak płynnie przeszliśmy do fabuły. Elementu W2, którego nijak nie umiem ocenić.
Z jednej strony - doskonałe questy poboczne (mój ulubiony to chyba dochodzenie w Vergen), z drugiej - wątek główny, który nijak mi się nie podoba. To znaczy - jest on bardzo dobry oceniając go przez pryzmat innych RPG na rynku. Niestety daleko upadło to jabłko od jabłoni (Sagi), co mnie, jako jej wielkiego fana, dość boli. Rozumiem jednak motywację REDów i nie mam o to większego żalu.
Wielkie brawa należą się za kreację świata w grze i przedstawienia konsekwencji wyborów gracza. To nie jest cukierkowy świat RPG od Bioware, gdzie zawsze jest wyjście idealne. Tutaj cokolwiek byś nie zrobił, prowadzi to do mniejszej lub większej tragedii. Doskonały przykład to choćby zakończenie A1, gdzie grając Rochem możemy odkryć co się stało z pewną elfką. Grając Iorwethem takiej szansy nie dostajemy. Patrząc na finał aktu wiedziałem, że wiele spraw zostawiam nierozwiązanych.
Choć obie dostępne ścieżki zupełnie się różnią, nie mają takiego samego poziomu. Przebieg aktu 2 był dla mnie ciekawszy po stronie Iorwetha niż po stronie Rocha, ale jego finał już nie. Oblężenie Vergen jest mdłe i nie ma nic z dramatyzmu. Zupełnie inaczej jest po drugiej stronie.
Postacią która w dużej mierze rujnuje dla mnie główny wątek W2 jest Letho. Cała kreacja tej postaci jest - mówiąc wprost - niesamowicie z dupy. Człowiek, któremu Geralt uratował życie, bez chwili wahania wrabia go w morderstwo, czym niemal skazał na śmierć. Potem, mając szansę wszystko wytłumaczyć (A1), niemal go zabija. W finale proponuje wódkę i zwierza się, jak to zaufał cesarzowi... Nie, zdecydowanie nie. Choć przyznaję, ostatnią rozmowę i wybór (walczyć/nie walczyć) REDzi rozegrali po mistrzowsku.
Drugą postacią, która psuje fabularny odbiór gry jest sam Geralt. Wiele można tłumaczyć amnezją, ale faktu, że poszedł na oblężenie z Foltestem zamiast uciec (jak to było w Sadze) - już nie. Niewiele zmieniło się też od czasów słynnych kart z Wiedźmina 1. Mój Geralt chędożył radośnie na prawo i lewo, a "uwodzenie" wyglądało tak samo jak w pierwszej części gry. Uratowałeś elfkę? Bach, jest wdzięczna. Spotkałeś sukkuba? Chędożmy się!
Szczytem tej parodii była końcówka A2 po stronie Iorwetha - aby przejść przez jaskinie do obozu Nifgaardu, trzeba zagadać do burdelmamy. Oczywiście wciąż mamy możliwość pójścia z paniami na stronę, choć przed chwilą był klimat wielkiej konspiracji i pośpiechu.
Dodam, że w akcie 3 również - mimo dramatycznych wydarzeń w tle - mój Geralt tak zakręcił się wokół pewnej pani, że znalazł czas na pochędóżkę, a także na grę w kości i siłowanie się na rękę...
Ktoś powie - takie były moje wybory. Zgoda, ale dla mnie jest to spora niekonsekwencja. W pełni rozumiałbym totalnie liniowy akt w którym gonimy od jednego zadania do drugiego. Waga wydarzeń które rozgrywają się w Loc Muinne wręcz tego wymaga. Rozwiązanie zastosowane przez REDów sprawia, że calość przypomina małą parodię.
Na zakończenie, jeszcze jeden pozytywny aspekt - podoba mi się poczucie, że nie odkryłem w grze wszystkiego. Jest parę questów do rozwiązania, pancerzy do zrobienia... Dobry powód, aby kiedyś wrócić do W2. Bo to bardzo dobra gra, choć część rozwiązań mi nie pasuje z takich czy innych względów.
Potem był miliard kolejnych łatek, gdzieś doczytałem jak rozwiązać problemy z wydajnością, zgrzytając zębami przełączyłem na format 16:9 - no i zbliżająca się premiera W3 skłoniła mnie do ponownego podejścia do W2. Drugie przejście gry zaplanowałem jako lustrzane odbicie pierwszego. Pomóc Iorwethowi, nie Vernonowi. W finale zabić Letho zamiast puścić go wolno - czego dokonałem przed kilkunastoma minutami.
I jak wrażenia?
Od czego by tu zacząć...
Po pierwsze - zdecydowanie, technicznie gra wciąż nie odstaje. Choć znawcy pewnie stwierdzą, że grafika nieco się zestarzała, dla mnie wszystko było w jak najlepszym porządku. Czasem wyjdą jakieś dziwne rzeczy (w rodzaju wstawania/siadania do stołu, które jest tak sztuczne że aż zęby bolą), ale cóż - nie ma gier idealnych. Wielkie wrażenie robi design lokacji, choć za Vergen powinno komuś dostać się po głowie - samo miasto to labirynt, który nieustannie mnie denerwował. Wszystko co związane z walką (animacje, efekty) to cud miód orzeszki i ten element gry nie zestarzeje się bardzo długo.
Przyjemne było też odkrycie (a raczej własnoręczne doświadczenie) tego, że W2 to więcej niż jedna gra. Różnice między ścieżkami Rocha i Iorwetha to nie marketingowy bełkot. Ogólny stopień poplątania w akcie drugim również robi wrażenie, choć grze odbija to się czkawką - niektóre dialogi ewidentnie były napisane z założeniem, że gracz wykonał już jakiś inny quest (lub jego część) i dochodziło do dziwnych rozmów. Podoba mi się też że poprawiono zakończenie gry, dając graczowi możliwość sprawdzenia konsekwencji swoich działań.
I tak płynnie przeszliśmy do fabuły. Elementu W2, którego nijak nie umiem ocenić.
Z jednej strony - doskonałe questy poboczne (mój ulubiony to chyba dochodzenie w Vergen), z drugiej - wątek główny, który nijak mi się nie podoba. To znaczy - jest on bardzo dobry oceniając go przez pryzmat innych RPG na rynku. Niestety daleko upadło to jabłko od jabłoni (Sagi), co mnie, jako jej wielkiego fana, dość boli. Rozumiem jednak motywację REDów i nie mam o to większego żalu.
Wielkie brawa należą się za kreację świata w grze i przedstawienia konsekwencji wyborów gracza. To nie jest cukierkowy świat RPG od Bioware, gdzie zawsze jest wyjście idealne. Tutaj cokolwiek byś nie zrobił, prowadzi to do mniejszej lub większej tragedii. Doskonały przykład to choćby zakończenie A1, gdzie grając Rochem możemy odkryć co się stało z pewną elfką. Grając Iorwethem takiej szansy nie dostajemy. Patrząc na finał aktu wiedziałem, że wiele spraw zostawiam nierozwiązanych.
Choć obie dostępne ścieżki zupełnie się różnią, nie mają takiego samego poziomu. Przebieg aktu 2 był dla mnie ciekawszy po stronie Iorwetha niż po stronie Rocha, ale jego finał już nie. Oblężenie Vergen jest mdłe i nie ma nic z dramatyzmu. Zupełnie inaczej jest po drugiej stronie.
Postacią która w dużej mierze rujnuje dla mnie główny wątek W2 jest Letho. Cała kreacja tej postaci jest - mówiąc wprost - niesamowicie z dupy. Człowiek, któremu Geralt uratował życie, bez chwili wahania wrabia go w morderstwo, czym niemal skazał na śmierć. Potem, mając szansę wszystko wytłumaczyć (A1), niemal go zabija. W finale proponuje wódkę i zwierza się, jak to zaufał cesarzowi... Nie, zdecydowanie nie. Choć przyznaję, ostatnią rozmowę i wybór (walczyć/nie walczyć) REDzi rozegrali po mistrzowsku.
Drugą postacią, która psuje fabularny odbiór gry jest sam Geralt. Wiele można tłumaczyć amnezją, ale faktu, że poszedł na oblężenie z Foltestem zamiast uciec (jak to było w Sadze) - już nie. Niewiele zmieniło się też od czasów słynnych kart z Wiedźmina 1. Mój Geralt chędożył radośnie na prawo i lewo, a "uwodzenie" wyglądało tak samo jak w pierwszej części gry. Uratowałeś elfkę? Bach, jest wdzięczna. Spotkałeś sukkuba? Chędożmy się!
Szczytem tej parodii była końcówka A2 po stronie Iorwetha - aby przejść przez jaskinie do obozu Nifgaardu, trzeba zagadać do burdelmamy. Oczywiście wciąż mamy możliwość pójścia z paniami na stronę, choć przed chwilą był klimat wielkiej konspiracji i pośpiechu.
Dodam, że w akcie 3 również - mimo dramatycznych wydarzeń w tle - mój Geralt tak zakręcił się wokół pewnej pani, że znalazł czas na pochędóżkę, a także na grę w kości i siłowanie się na rękę...
Ktoś powie - takie były moje wybory. Zgoda, ale dla mnie jest to spora niekonsekwencja. W pełni rozumiałbym totalnie liniowy akt w którym gonimy od jednego zadania do drugiego. Waga wydarzeń które rozgrywają się w Loc Muinne wręcz tego wymaga. Rozwiązanie zastosowane przez REDów sprawia, że calość przypomina małą parodię.
Na zakończenie, jeszcze jeden pozytywny aspekt - podoba mi się poczucie, że nie odkryłem w grze wszystkiego. Jest parę questów do rozwiązania, pancerzy do zrobienia... Dobry powód, aby kiedyś wrócić do W2. Bo to bardzo dobra gra, choć część rozwiązań mi nie pasuje z takich czy innych względów.
Last edited:


