W3: Obawy

+
Cóż, w jedynce trochę takich było, w dwójce się to polepszyło...

Nie, nie było. Nawet jak drałowaliśmy po butelkę wina czy mieliśmy wypędzić zjawę dostawaliśmy mini-story.
Jedyne co w dwójce się zmieniło to to, że tam prawie w ogóle zadań pobocznych nie było.
Ciężko powiedzieć, aby była to zmiana na lepsze.

A względem zmuszania, to jak dotąd nikt nie zmuszał. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Sądzę że nie ma co się bać.
 
Nie, nie było. Nawet jak drałowaliśmy po butelkę wina czy mieliśmy wypędzić zjawę dostawaliśmy mini-story.
Jedyne co w dwójce się zmieniło to to, że tam prawie w ogóle zadań pobocznych nie było.
Ciężko powiedzieć, aby była to zmiana na lepsze.

A względem zmuszania, to jak dotąd nikt nie zmuszał. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Sądzę że nie ma co się bać.

Chodziło bardziej o te zadania w stylu - przynieś mi 1000 kości ghula, ale nawet tam postacie mówiły po co i dlaczego potrzebują akurat 1000 kości.
 

Guest 3669645

Guest
A zadania z tablic ogłoszeń? Nie przypominam sobie by były fabularyzowane.
 
Chodziło bardziej o te zadania w stylu - przynieś mi 1000 kości ghula, ale nawet tam postacie mówiły po co i dlaczego potrzebują akurat 1000 kości.

A, chyba że te. Fakt.
Szkopuł w tym, że tego rodzaju questy do Wieśka pasują chyba jak nigdzie.
Toć nawet w książkach zdarzało mu się upłynniać nie całe monstrum, a poszczególne, że się tak wyrażę elementy, na przykład pióra chyba bazyliszka gildii skrybów (czy coś w ten deseń).
Próbowano też u Geralta zamawiać kostki wojsiłków, ale że te akurat są nieszkodliwe tedy odmawiał.
Nie dziwi zatem, że i na mózg utopca czy kości ghula znalazło się zapotrzebowanie.
Standardowe wiedźmińskie zlecenie powiedziałbym.

Aha, i żadne z nich nie było obowiązkowe, chcieliśmy, braliśmy, a jak nie to nie.
Wedle uznania.
 
Last edited:
Inkwizytor z nowego Dragon Age jest wcieleniem świętej osoby. Czy to nie uzasadnia chęci pomagania absolutnie wszystkim? Uzasadnia. Ale nie czyni angażującym, zupełnie jak w Wiedźminie pierwszym angażujących zadań z tablicy nie było.
 
[...] Proszę, niech ktoś rozwieje moje obawy i powie, że będę mógł się skupić tylko i wyłącznie na misjach fabularnych. Nie mam nic przeciwko misjom pobocznym... o ile tylko rzeczywiście są poboczne i gracz nie jest zmuszany do ich wykonywania, by przejść główny wątek.

Kim jest Geralt? Wiedźminem. Co robi wiedźmin? Zabija potwory na zlecenie. Do "statutowej" działalności wiedźminów nie należy mieszanie się do polityki, praca jako bodyguarg, czy detektyw - i tego proponowałbym się trzymać, bo właśnie to jest tłem całej historii. Tak samo, jak nikogo nie dziwi, że w filmie "Taxi" główny bohater za pieniądze wozi ludzi w miejsca przez nich wskazane, tak również nikt nie powinien być zniesmaczony, że Geralt bierze zlecenia z tablicy i dla kasy popyla na drugi koniec mapy, bo jakiemuś alchemikowi skoczyły się ingrediencje. Natomiast Bardzo Ważne Wydarzenia stanowiące oś opowiadanej historii nie sprawią nagle, że Geralt zapomni swojego zawodu i zacznie zarabiać spekulując rybami, czy gotując bigos. W realu rzadko kiedy poświęcamy się bez reszty dla jednej sprawy zarzucając całkowicie wszystkie inne obowiązki i czynności, więc Geralt poszukujący Yennefer oraz Ciri wciąż powinien pamiętać kim jest, gdyż w przeciwnym wypadku jego postać straciłaby wiarygodność oraz przywilej nazywania go "wiedźminem".
 
Geralt poszukujący Yennefer oraz Ciri wciąż powinien pamiętać kim jest, gdyż w przeciwnym wypadku jego postać straciłaby wiarygodność oraz przywilej nazywania go "wiedźminem".
No nie bardzo. Właśnie tak zrobił w Sadze, porzucił wiedźmiństwo i leciał za Ciri. Dopiero w Touissant doszedł do siebie.
 
Wiedźminem to on przestał być tuż przed pogromem.
Oficjalnie. Ale miecz srebrny stracił już w Thanedd, na medalionie też mu specjalnie nie zależało.
W grze to być może zadziała, bo jesteśmy przyzwyczajeni do misji pobocznych, ale takie odrywanie się od pogoni za ukochaną osobą, żeby zebrać ziółka trochę boli.
 
Rustine;1473687[... said:
takie odrywanie się od pogoni za ukochaną osobą, żeby zebrać ziółka trochę boli.

Ale przecież Geralt również musi coś jeść (choć REDzi mechaniki nie opracowali), coś wypić, gdzieś się przespać (choć raz na jakiś czas w karczmie w normalnych warunkach, gdzie wprawdzie wszy, pchły i mendy w sienniku trochę gryzą, ale na łeb nie kapie i ubranie można wysuszyć). A to wszystko kosztuje. Mając to na uwadze nie czuję, by intratne zadania poboczne w natrętny sposób odciągały mnie od wątku głównego. Być może w ten sposób niebezpiecznie zbliżam się do "punktów władzy" z DA:I, lecz w przeciwieństwie do nich zarobiona na zadaniach pobocznych kasa w zrozumiały dla wszystkich sposób ułatwia życie w każdym świecie.
 
Ale nie czyni angażującym, zupełnie jak w Wiedźminie pierwszym angażujących zadań z tablicy nie było.

Geralt niekiedy chwytał się tego co było. Z prozaicznej całkiem przyczyny, dla kasy.
Ubijał monstra i z własnej inicjatywy, jak jedną kikimorę, którą usiłował potem opchnąć (bo w sakiewce pustki), bezskutecznie zresztą w Blaviken.
Uzasadnienie dla questów tablicowych jest, to jego fach, źródło utrzymania i tyle, a co się tyczy tego czy to angażujące, to już sprawa indywidualna.

Jednemu taka forma zadań się podoba innemu nie. Tobie się nie podobało, a mi i owszem.
A że musu brać ich nie było, nie widzę zatem powodu aby z nich rezygnować.
Wolność wyboru.
 
A, chyba że te. Fakt.
Szkopuł w tym, że tego rodzaju questy do Wieśka pasują chyba jak nigdzie.
Nie sposób się z tym nie zgodzić.
Toć nawet w książkach zdarzało mu się upłynniać nie całe monstrum, a poszczególne, że się tak wyrażę elementy, na przykład pióra chyba bazyliszka gildii skrybów (czy coś w ten deseń).
Kuroliszka truchło sprzedał dostarczył jednej gidii, która je zamówiła, by je wyprawić (w całości, albo tylko głowę - nie pamiętam). Pióra z ogona natomiast (za namową błędnego rycerza - nie mylić z szalonym ;) ) odsprzedał pisarczykom za niezłą sumkę.
Próbowano też u Geralta zamawiać kostki wojsiłków, ale że te akurat są nieszkodliwe tedy odmawiał.
Nie dziwi zatem, że i na mózg utopca czy kości ghula znalazło się zapotrzebowanie.
Standardowe wiedźmińskie zlecenie powiedziałbym.
:hatsoff: właściwie to standardowe zlecenie od ludzi typu - mag, alchemik, rzemieślnik etc.
Standardowe zlecenie to coś w stylu: "Panie ubijże to paskudztwo, boć to już trzech chłopa zagryzło..."

Aha, i żadne z nich nie było obowiązkowe, chcieliśmy, braliśmy, a jak nie to nie.
Wedle uznania.
Poza tym, że były opcjonalne, to niekiedy dawały możliwość przejścia części głównego wątka innym rozgałęzieniem. Zadanie z grabarzem (kwestia klucza, i smalcu psiego... + alkoholu) w Wyzimie, albo babci z pierścieniem kapłana świętego ognia (właściwie nie nazwałbym tego nawet zadaniem pobocznym - jeśli mieliśmy odpowiedni przedmiot można było go wymienić na pierścień) w podgrodziu. Wniosek nawet nie trzeba było zawierać "paktu" z Wielebnym...by móc pogadać z ważniejszymi osobami z podgrodzia... to i inne tego typu elementy Wiedźmina 1 - powodowały, że ta gra była i nadal jest genialna.
 
Oficjalnie. Ale miecz srebrny stracił już w Thanedd, na medalionie też mu specjalnie nie zależało.
W grze to być może zadziała, bo jesteśmy przyzwyczajeni do misji pobocznych, ale takie odrywanie się od pogoni za ukochaną osobą, żeby zebrać ziółka trochę boli.

Na Thanedd o ile mnie pamięć nie myli stracił stalowy (Potem zastąpił go mieczem elfa, z Brokilonu i sihilem) a srebrny zachował, potem oszukał potwory w podziemiach pod Toussaint iluzją "łamania" srebrengo miecza.
 
Na Thanedd Vilgefortz złamał mu stalowy miecz swoim drągiem. Co się stało ze srebrnym - nie wiadomo. Może został z resztą dobytku Geralta, gdziekolwiek wiedźmak go zostawił. Z Brokilonu już się po niego nie wracał. Od wyruszenia z Brokilonu korzystał z miecza z elfiego grobowca, a potem z Sihila otrzymanego od Zoltana Chivaya. NIE miał już srebrnego.
PS @Koreon - jeśli nie wiesz, to proszę nie pisz, bo możesz mniej zorientowanych w błąd wprowadzić. Ale szacun, że zapamiętełeś tyle. I tak dobrze.
 
Na Thanedd Vilgefortz złamał mu stalowy miecz swoim drągiem.
Tyle ustalił Koreon już na początku. Choć ja w swoim poście nie myślałem o stalowym i sądziłem, że na Thanedd stracił obydwa. Że srebrny został przy łóżku w komnacie.
NIE miał już srebrnego.
Tego nie wiemy. Skąd zatem wziął ten z jaskini korreda?
 
Last edited:
W jaskini korreda miał stalowy Sihil. Cytatu nie przytoczę, bo książkę pożyczyłem, ale miał tylko jeden miecz, ani w Chrzcie Ognia, ani w Wieży Jaskółki, ani w Pani Jeziora nie było mowy o Geralcie używającym srebrnego miecza.
 

Guest 3669645

Guest
Yep. Od kiedy otrzymał od Żultana sihill nie przypominam sobie by używał innego miecza (poza nim miał tylko ten swój elfi z Brokułlonu)
 
W jaskini korreda miał stalowy Sihil. Cytatu nie przytoczę, bo książkę pożyczyłem, ale miał tylko jeden miecz, ani w Chrzcie Ognia, ani w Wieży Jaskółki, ani w Pani Jeziora nie było mowy o Geralcie używającym srebrnego miecza.
Teraz widzę. Czyli miałem rację, ale słowa Koreona sprawiły, że zwątpiłem. Niepotrzebnie.
 
Nigdzie nie jest napisane że nie miał srebrnego, a ja nie sądzę żeby ruszał na kuroliszki i korreda z stalowym mieczem. Ta sprawa najpewniej pozostanie nierozstrzygnięta.


edit:
Mnie o tym że to był miecz srebrny przekonał ten fragment.
-Twój miecz. Twierdzisz, że przestaniesz być wiedźminem. Wiedźmin to jego miecz.
Wrzuć go do przepaści. Albo złam. Wtedy pozwolimy ci wyjść.

Wiedźmin to jego miecz, miecz którym zabija potwory - czyli srebrny
 
Last edited:
IMO rozmemłanie świata występuje nie tylko gdy wątek główny jest nudny (np. Skyrim) ale również gdy wątek główny przyśpiesza a na głowę zwalają się questy poboczne (np. W2 akt III i szlajanie się po podziemiach, jaskiniach, gargulcach itd. bez absolutnie żadnego powodu. Gra krzyczy "hej, narada za 5 minut, uratuj Triss ALBO uratuj <tych drugich>" a gra wrzuca ci najgłupsze zagadki logiczne, zbieranie artefaktów, granie w kości z czarodziejami [silniej to odczuwałem na ścieżce Roche'a niż Iorwetha. Być może z powodu że to było moje pierwsze przejście... albo dlatego że BRoche miał taki zarąbisty voiceover :p].

Podobną sytuację miałem kilka razy w STALKER'ach, szczególnie Call of Pripyat, gdzie fabularnie "szybko szybko gonić go bo wszyscy zginiemy" i jednocześnie "zbieraj tamte artefakty, rozmawiaj z każdym" itd.
W obu przypadkach nie było tak że wątek główny był aż tak lepszy od wątków pobocznych - chętnie wykonałbym tego typu questy poboczne wcześniej, jednak otrzymywałem dwa sprzeczne sygnały od gry - "śpiesz się" i "patrz jaki fajny quest poboczny", na czym cierpiała moja fabularno-kompletjonistyczna dusza.

Oczywiście nikt tego konkretnego zarzutu nie stawiał W3, jednak jak w W2 z podziałem na akty dali radę to *zepsuć* to na żaden szał w open worldzie bym nie liczył :p

Co do samego rozmemłania W3, to często w grach (jako gracz) postępujemy:
1) Wyczyść wszystkie dostępne questy poboczne
2) Popchnij główną linię fabularną (np. przejdź do nowego aktu, odblokuj nową strefę itd.)
3) Wróć do 1

Teoretycznie jeśli mielibyśmy wszystko dostępne od samego początku, moglibyśmy przez pierwsze 50 godzin dukać tylko questy poboczne, co IMO jest swoistym rozmemłaniem gry (każdy kto grał w Far Cry 3 chyba miał kilka momentów w stylu "na kiego h ja to zbieram" / "kufa muszę zebrać te sloty na bronie bo nie da się grać" / "kuffa ja chce strzelać do tego szefa-Vaasa a nie odkrywać 20 radiowież na nowej wyspie". Poza tym warto zwrócić uwagę że problem ten posiadał FC3 który nie posiadał questów pobocznych. Posiadał grę w karty, posiadał cienkie "zapoluj na X", posiadał "wyczyść miejscówkę X" lub też "pozbieraj znajdźki" jednak nie posiadał on prawdziwych fabularyzowanych zadań pobocznych. W FC3 potrafię sobie powiedzieć "pierdzieli mnie to, nie będę zbierał tych nieśmiertelników", natomiast w W3 chyba nikt nigdy nie powie "pierdzielą mnie te wszystkie questy poboczne", bo nie jest to czynność tak nudna/przewidywalna jak "aktywności" w większości open worldów.).

Porównywanie "aktywności" open worlda z W3 z "aktywnościami" innych open worldów IMO mija się z celem (chyba że dostaniemy jakieś info o zdobywaniu obozów, wspinaniu się na szczyty domów czy też.... zabijaniu zwierząt? ;)).

Osobiście nie mam zbyt wielkich obaw co do "rozmemłania" W3, jeżeli będziemy "czyścić" świat Quest-hub po Quest-hubie, a każdy Quest-hub będzie miał trochę questów pobocznych i trochę questów głównych to będzie spoko. Poza tym 50+50 brzmi nieźle, choć co do liczby godzin to nie ufałbym CDPR ^^

No cóż, punktów władzy w Wiedźminie nie będzie, ale też świat nie będzie levelovał razem z bohaterem, więc tu i ówdzie trzeba będzie Geralta "podekspić", aby rzecz ruszyć, toteż i niektóre z misji pobocznych wykonać.
Szczerze - mocno w to wątpie. CDPR często chwalił się wręcz tym że "Można pokonać Letho w epilogu nie rozwiniętym Geraltem!" itd., gameplay jest na tyle zręcznościowy że tworząc "bossa danej strefy" po prostu trzy razy deadniemy zanim go pokonamy, a tworząc "strefy dla doekspionego Geralta" możemy sprawić że gracz robiący questy w odwrotnej kolejności w drugiej połowie gry będzie przez wszystko walcował.


Część osób pisało tutaj o "złych fedexowych zleceń na potwory w W1" i owszem, powiedziałbym że prawie dorównują one swoim poziomem fedexa standardowemu poboczniakowi z innych open worldów. Prawie, często były lepsze, bo:
1) Sami musimy potwora namierzyć, znaleźć itd.
2) Musimy zdobyć wpis w dzienniku o nowym potworze (księgi lub dialogi)
3) Często robią się przy okazji, nie doprowadzają do sytuacji w których robi się takie fedexy przez kilka godzin z rzędu
4) Są rozrzucone po aktach, więc faktycznie stanowią "zadanie poboczne" nie przygniatając rozmiarem.
5) Opiewają na śmiesznie małe ilości, często powszechnie występujących potworów. 10 czaszek wszędobylnych barghestów? 3 ghoule? 3 utopce? 80-90% tych zleceń zrobi się nawet robiąc tylko quest główny.

Szczerze mówiąc to grając na flash modzie niektóre zlecenia (tak jak i questy na trofea) były faktycznymi "aktywnościami pobocznymi", bo wraz z gameplayem stanowiły "aktywność poboczną dla robienia questów pobocznych" :p

Zastanawiam się tylko czy rzucenie aktywności pobocznych które działają w grze z podziałami na akty będzie równie dobrze działać w otwartej grze...
Spójrzmy na to tak. W grze w której mamy podział na akty, możemy mniej-więcej ocenić ile gotówki (i jaki poziom) będzie miał gracz na danym etapie (zarówno z jak i bez questów pobocznych). Możemy więc ocenić czy gracza będzie na coś stać czy nie, dać mu jakiś fajny przedmiot dla którego będzie musiał dorobić się nieco na boku, itd., i przy lekkim power-creepingu wraz z "wydatkami koniecznymi" a'la bazy do eliksirów/księgi w W1 możemy sprawić że nagroda za tego typu zadania będzie gracza należycie nagradzała. W open worldzie często sprowadzać to się może do "znalazłem dobry sposób na zarabianie" lub ogólnego pławienia się w gotówce.

W skrócie - obawiam się o to że open world będzie tym czym "dwa akty drugie" dla W2 - kulą u nogi i niepotrzebnym featurem na pudełko. Nie widziałem nigdy dobrego open worlda, i nie widzę w nich niczego dobrego. Teoretycznie "zaufaj REDom, bo to REDzi" jednak po W2 i tym jak epicko zepsuli to co działało w W1 obawiam się o sekcję game designową.
 
Last edited:
Top Bottom