Pochmurna to była noc. Na zewnątrz nic nie było widać. W holu, gdzie się znajdował jedyne światło dawał stary żyrandol. Wiedźmin oparty plecami o ścianę wyjrzał z przylegającej przy ścianie kolumny. Chodź hol był długi i generalnie ciemny, Geralt bez problemu zobaczy idącą w jego stronę, czarną sylwetkę. Geralt skoncentrował się i liczył jego kroki. Czarna postać zatrzymała się pod żyrandolem. Wiedźmin wyłonił się zza kolumny.
Bla bla bla rozmowa i walka, którą bez większego problemu wygrywa Geralt.
- Może i mnie zgładziłeś. Ale, królowi też już nie zdołasz pomóc.
- Co ty mówisz?
- A myślisz, że co? Że sam tu przyszedłem?
...
Geralt biegł przez komnaty w mieczem w dłoni ostrzem zwróconym ku dołowi. Widział, że komnata królewska jest otwarta i bije z niej światło.
Wbiegł do niej.
Straże, już się tam znajdowały. Król leżał na podłodze i wydawał z siebie cienkie jęki. Zuleyka siedziała przykurczona w koncie. Straże przeniosły króla na łoże.
- Geralt... podaj mi ten pergamin z biurka i królewską pieczęć.
Wiedźmin usłuchał
Esterad leżąc podbił dokument pieczęcią.
(A później tradycyjnie. Medyk, próba ratowania króla. I jego ostatnie słowa.
- Geralt... jestem twoim ojcem.

)