Nie mam ostatnio szczęścia do konkursów, ale spróbuję.
Zacznę od tego, że W2 to była moja pierwsza gra, w której nie chodziło o to, żeby opiekować się wirtualnymi ludzikami/zwierzątkami, budować domki i robić inne miłe i przyjemne rzeczy. Akurat tak się złożyło, że czytać sagę skończyłam na kilka dni przed premierą. Ze smutkiem spoglądałam na reklamy gry, wiedząc, że taki dzieciak jak ja, jeszcze długo sobie poczeka, zanim zagra. Ale tak się złożyło, że na moje urodziny (tydzień po premierze) tata sprezentował mi Wiedźmina 2. Jejku jej, jaka to była radość.
Ku mojemu zdziwieniu, na początku szło mi, niewinnemu, spokojnemu dziecku, wrzuconemu po raz pierwszy w wir walki, całkiem dobrze.
Problemy zaczęły się... kiedy po raz pierwszy spotkałam utopce.
Po kilkudziesięciu próbach ubicia potworów, wpisałam do googla "wiedźmin 2 prolog zabijają mnie utopce" - i tak właśnie trafiłam na to forum. Zamiast rozwiązania problemu znalazłam wiedźmińską społeczność, do której dołączyłam dopiero przed kilkoma miesiącami, wcześniej pozostając jedynie obserwatorem.
W końcu, następnego dnia, po kolejnej godzinie prób, UDAŁO SIĘ. Myślę, że większej euforii nie przeżyłabym nawet po przejściu W2 na nagłej śmierci.
Wszyscy pewnie pomyślą " jak można było mieć z nimi problem?" - teraz też tego nie mogę zrozumieć. Lecz dla początkującego gracza, pokonanie ich, był to ogromny sukces.
Spotkanie z utopcami najbardziej zapadło mi w pamięć, te dwa osobniki zawsze pozbawiam życia ze szczególną przyjemnością.
W1 - zadanie z Dziadkiem. Niby taki spokojny staruszek, trzeba go przeprowadzić przez las... Zupełnie się nie spodziewałam, że taki niewinny to on wcale nie jest. Kiedy prawda o nim wyszła na jaw, jak najszybciej uciekałam z jego chatki i starałam się tam nie zbliżać - nic, żadne wampiry, ghule, czy nawet wilkołak (jeden z największych koszmarów z dzieciństwa) nie przeraziły mnie tak bardzo.
Gdyby nie W2 chyba nigdy nie zainteresowałabym się grami. Nie znałam żadnych graczy, więc nie miałam nikogo, kto mógłby mnie zarazić pasją do nich - tak więc dziękuję Wam, Redzi. Także za to forum, bo chociaż jestem tu od niedawna, to bardzo mi ono pomogło, chociażby w "growej" edukacji.
Zacznę od tego, że W2 to była moja pierwsza gra, w której nie chodziło o to, żeby opiekować się wirtualnymi ludzikami/zwierzątkami, budować domki i robić inne miłe i przyjemne rzeczy. Akurat tak się złożyło, że czytać sagę skończyłam na kilka dni przed premierą. Ze smutkiem spoglądałam na reklamy gry, wiedząc, że taki dzieciak jak ja, jeszcze długo sobie poczeka, zanim zagra. Ale tak się złożyło, że na moje urodziny (tydzień po premierze) tata sprezentował mi Wiedźmina 2. Jejku jej, jaka to była radość.
Ku mojemu zdziwieniu, na początku szło mi, niewinnemu, spokojnemu dziecku, wrzuconemu po raz pierwszy w wir walki, całkiem dobrze.
Po kilkudziesięciu próbach ubicia potworów, wpisałam do googla "wiedźmin 2 prolog zabijają mnie utopce" - i tak właśnie trafiłam na to forum. Zamiast rozwiązania problemu znalazłam wiedźmińską społeczność, do której dołączyłam dopiero przed kilkoma miesiącami, wcześniej pozostając jedynie obserwatorem.
W końcu, następnego dnia, po kolejnej godzinie prób, UDAŁO SIĘ. Myślę, że większej euforii nie przeżyłabym nawet po przejściu W2 na nagłej śmierci.
Spotkanie z utopcami najbardziej zapadło mi w pamięć, te dwa osobniki zawsze pozbawiam życia ze szczególną przyjemnością.
W1 - zadanie z Dziadkiem. Niby taki spokojny staruszek, trzeba go przeprowadzić przez las... Zupełnie się nie spodziewałam, że taki niewinny to on wcale nie jest. Kiedy prawda o nim wyszła na jaw, jak najszybciej uciekałam z jego chatki i starałam się tam nie zbliżać - nic, żadne wampiry, ghule, czy nawet wilkołak (jeden z największych koszmarów z dzieciństwa) nie przeraziły mnie tak bardzo.
Gdyby nie W2 chyba nigdy nie zainteresowałabym się grami. Nie znałam żadnych graczy, więc nie miałam nikogo, kto mógłby mnie zarazić pasją do nich - tak więc dziękuję Wam, Redzi. Także za to forum, bo chociaż jestem tu od niedawna, to bardzo mi ono pomogło, chociażby w "growej" edukacji.



