Jobs Support Register

Wojna Krwi - Konkurs Świąteczny!

+

Vattier

CD PROJEKT RED
#1


WYNIKI

Wielkimi krokami zbliża się przesilenie zimowe, a w powietrzu czuć magię. Po wyczerpującej wojnie z Nilfgaardem, mieszkańcy Lyrii i Rivii przygotowują się do spędzenia świąt z rodzinami.

Świętuj przesilenie razem z nami i podziel się swoją wizją pierwszych świąt w Lyrii i Rivii po wydarzeniach przedstawionych w grze Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści. Twórcy najlepszych opowiadań dostaną nagrody!

Aby wziąć udział, użyj dowolnej techniki (opowiadanie, rysunek, komiks, figurki, zdjęcia, co tylko przyjdzie Ci do głowy!) aby przedstawić nam swoją wizję świąt w Lyrii i Rivii po wydarzeniach przedstawionych w grze Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści. Zgłoszenia nie powinny być większe niż 10MB, a jeśli zgłoszenie jest wykonane w formie tekstowej, musi być ono napisane w języku polskim i nie powinno przekraczać 2000 słów. Zgłoszenia należy przesyłać mailowo na adres wojnakrwikonkursswiateczny@kaermorhen.com

Zwycięzca otrzyma pudełkowy zestaw Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści (zawierający cyfrową kopię gry oraz gadżety związane z grą Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści) i zestaw gadżetów związanych z grą GWINT.
Nagrodą za drugie miejsce będzie Artbook z gry GWINT i zestaw gadżetów związanych z grą GWINT.
Osoba, która zajmie trzecie miejsce otrzyma zestaw gadżetów związanych z grą GWINT.

Pracami można się dzielić w komentarzach poniżej, ale prosimy pamiętać, że aby mieć szansę na wygranie nagrody należy także wysłać zgłoszenie na podany adres email.

Konkurs zakończy się w czwartek, 13 grudnia o godzinie 23:59, a zwycięzcy zostaną ogłoszeni w ciągu tygodnia po zakończeniu konkursu. Pełny regulamin można znaleźć tutaj.

Informacja na temat Twoich danych osobowych
Administratorem Twoich danych osobowych jest CD PROJEKT S.A. z siedzibą w Warszawie, ul. Jagiellońska 74, 03-301 Warszawa.
Twoje dane osobowe będą przetwarzane w celu przeprowadzenia konkursu organizowanego przez CD PROJEKT, w którym zamierzasz wziąć udział, w tym w celu kontaktu z uczestnikami, oceny zgłoszeń, przyznania nagród i ogłaszania wyników.
Respektujemy prawa dotyczące prywatności Twoich danych, tj. prawa dostępu, sprostowania oraz usunięcia danych, ograniczenia ich przetwarzania, prawo do ich przenoszenia, niepodlegania zautomatyzowanemu podejmowaniu decyzji, w tym profilowaniu, a także prawo wyrażenia sprzeciwu wobec przetwarzania danych osobowych (więcej informacji na temat przetwarzania danych osobowych znajdziesz w Polityce Prywatności CD PROJEKT RED).
 
Last edited:

Vattier

CD PROJEKT RED
#4
Dziękujemy za wszystkie nadesłane zgłoszenia!

Trzy nagrodzone prace prezentujemy poniżej, a autorów pozostałych zgłoszeń gorąco zachęcamy do podzielenia się twórczością w komentarzach.

Gratulujemy zwycięzcom!

Pierwsze miejsce
Nie spodziewaliśmy się takich Godów... - opowiadanie autorstwa
Patrycji 'Minersi' H.
Nie spodziewaliśmy się takich Godów...

24 XII 1268

Jeszcze kilka księżyców temu żadne z nas nie pomyślałoby, że świętować przyjdzie nam tego roku Szczodroduszki[1]. Nikomu w głowie nie było kręcenie kutii, podłaźniczki[2] nikt nie zamierzał ciąć i wieszać w progu izby. Diduchy[3] leżały zaniedbane w stodółkach, nie lza kłosów snopać, kiedy takie nieszczęście – najazd Czarnych znaczy się – nas spotkało. Bo ono spotkało nas wszystkich, jak jednego męża, mimo że my ludzia proste, na froncie nas nie uświadczysz. Bieda i tragedia nie zna granic. Dotyka do żywego każdego, kto jeszcze żyw.

Zdawało mnie się, że myśmy wszyscy zapomnieli już, co to kolędowanie. Po co mieli my chodzić od dom do dom? Życzyć sobie szczęścia? Pomyślności na kolejne księżyce? Co mieliśmy sobie wzajemnie dawać, bo podarek kolędnikom dać trza! Inaczej nieszczęście…

Co mieliśmy poświęcić Kreve[4]? Skoro sami nie mieliśmy co dać sobie, to bogom, a w szczególności jemu co mieliśmy podarować? Ani nawet radości z nadchodzących lat nie mogliśmy mu dać.

Chociaż myśmy wszyscy wiedzieli, że królowa nasza, Meve się znaczy, to dobra pani, cna i mądra, to powoli, z miesiączka na miesiączek nasze nadzieje płonnymi się stawały. Czarni napływali zewsząd, a myśmy nie potrafili stawić im czoła. Królowa z oddziałami w świecie, znaczy naszym świecie, znaczy się w Lyrii, Rivii, bronić się starała nas wszystkich, ale fali zatrzymać nie lza…

I chociaż kilka księżyców temu żadne z nas nie pomyślałoby, że świętować przyjdzie nam tego roku Szczodre Gody, to gdy zimno spięło tafle jezior i rzek rącze nurty, nastał w końcu spokój. Spokój okupiony wcześniej wielkim, przeogromnym smutkiem, który wypełnił był serca nasze. I chociaż po dziś dzień, po Kolędę roku tysiąc dwieście sześćdziesiątego ósmego, drzazga w trzewiach siedzi i kole, to w końcu możemy powiedzieć – jesteśmy u siebie.

Ostatnie księżyce przyniosły radości, Czarnych odparliśmy, a przynajmniej tak nam mówiono. Ha, odparliśmy, ale kosztowało to wiele krwi, wiele dobrej krwi, zacnej i wysokiej. My, prosty lud, żegnaliśmy wespół z królową jej najbardziej zaufanych ludzi, jej prostych żołdaków, jej wojowników, bo oni dzielni byli tam, wśród posoki, błota i głodu. Nie dotrwali, ale dzięki nim my dotrwamy jeszcze wielu dobrych lat. Tłustych, bo po chudych tłuste przychodzą.

I choć w połowie sześćdziesiątego ósmego nikt nie myślał, że świętować przyjdzie nam tej zimy Hody, to kiedyśmy pożegnali wszystkich śmiałków, a co niektórych przywitaliśmy z powrotem na dworskie dywany (mówię tu o Vilemie rzecz jasna), w głowach zaczęło świtać: plony w tym roku marne, ale czy za nie podziękować nie lza? Czy za pokój, wywalczony rozlaną krwią, nie winniśmy zaśpiewać bogom pieśni? Czy Swarga nie kręci się w kółko wciąż i wciąż, czy nie winniśmy jej zadość uczynić, oddać to, co oddać rokowi musimy, aby Swarga kolejny nam dobry ukręciła? Za to co nam dała, za to co przynieść nam może.

Dlatego tego roku, gdyśmy na jego początku nie spodziewali się obchodzić Kolędy, na jego schyłek byliśmy gotowi. Niezbyt odważnie, ale pierwsze kłosy pszenicy, żyta i prosa powoli pleciono w diduchy, doglądaliśmy w lesie, czy świerki i sosny dorodne rosną, aby czubeczki ich nadały się na podraźniczki, które pozwoliliśmy ozdobić dziatwie naszej, tak chętnie otaczającej iglaste gałązki kolorowamy wstążkami koślawie, ale z czystą wdzięcznością poszytymi. A myśmy – wszystkie kobiety z obejścia – przygotowały wspólnie kutię. Jedna dała pszenicę, inna mak, bartniczycha miodu przyniosła, a i migdały się znalazły. Upiekłyśmy kołacze. Ku radości, ku nowemu rokowi.

To wszystko, cała tragedia i cała radość, którąśmy przeżywali razem przez ostatnich miesięcy kupę, złączyła nas i teraz. Wszyscy rozumieliśmy, że musimy podziękować za stary rok i godnie powitać nowy. Dlatego kiedy nastał dzień dwudziesty czwarty ostatniego miesiąca, nasze ulice zapachniały świeżo wypieczonym chlebem, z którym wyszliśmy na mroźne ulice. Ten wieczór był nas wszystkich.

Dziatwa biegała swobodnie wśród rówieśników – myśmy, dorośli, dzielili się chlebem, który stworzyliśmy z tego, co ziemia nasza nam dała, a dzieciarnia wymieniała się tym, co dostała w domu[5]. Jeden dostał rodzynki, drugi za to orzechy. Napychały buzie rumiane od hasania smakołykami, a myśmy tylko uśmiechali się do siebie, życząc sobie wszystkiego, co najlepsze. Żeby Melitele miała nasze zdrowie w opiece, żeby Kreve pobłogosławił nas na następny rok.

I chociaż nikt z nas nie spodziewał się, że świętować przyjdzie nam tej zimy Gody, ulice naszego miasta, uliczki podzamcza rozbrzmiewały…

Hejże ino dyna dyna
Przyjdź że ino
Przyjdź dziecino, przyjdź że ino
Wyjrzyj ino na niebie…
Na niebie…
Melitele, Kreve dzisiaj w obłoku, w obłoku
Szczodaki my niesiem dzisiaj
Przy boku…
Przy boku…


Było jednocześnie zimno i ciepło. Zimno tu, w skórę, a w sercach płomień, kiedyśmy doszli do placu głównego, gdzie już wróżono, a wróżby te dobre dla nas były. Dobrobyt – mówili Wiedzący – i spokój.

Tego spokoju nam teraz tak trzeba…

Słychać było ciche rozmowy. Jakbyśmy wszyscy bali się zmącić spokój tej nocy.

- Pościeliłeś więcej słomy trzódce naszej?

- Jasna rzecz. Może w tym roku przyjdą i rzekną słowo? Może mamcia…?

- Może…

Po cichu wszyscy mieliśmy nadzieję usłyszeć, co nasi dziadkowie powiedzą nam o przyszłości…

Zwierzynie dzisiaj ładnie ścielimy, ścielimy
Żeby słowa nam od przodków mówiły, mówiły…
[6]

… Dlatego jadło wynosiliśmy na ulicę, tam gdzie stał wielki stół. Nikt nie spodziewał się, że tej zimy urządzimy przodkom tak zacną ucztę, aby przyszli do nas, posilili się. Z nadzieją, że coś powiedzą albo chociaż ustrzegą nas od złego.

Tego wieczora wszyscy razem, wespół biesiadowaliśmy. I nikt się nie spodziewał, że sama królowa zejdzie do nas, biednych ludzi spod zamku. Ściskała urobione dłonie naszych mężów, posyłała uśmiechy nam, drobnym matkom mnogiej dziatwy. Przysiadła się do biesiady i chociaż czasami zasępiała się i usta tylko od czasu do czasu wtórowały kolędom, mieliśmy wrażenie, że nasza pani, królowa Meve, też jest szczęśliwa, chociaż drzazga w trzewiach siedzi i kole.

Revida Kelente

Matka piątki dzieci

Żona bednarza​

1 Szczodroduszki, inaczej Szczodre Gody, Hody lub Kolęda to słowiańskie święto przesilenia zimowego. Zdecydowałam się opisać historię w tej kulturze, ponieważ sam Wiedźmin Sapkowskiego był na kulturze słowiańskiej oparty. Nie wiem czy jest to potrzebne, ale postanowiłam opisać niektóre z elementów przestrzeni opisanej w opowiadaniu, aby rozwiać wątpliwości albo przypomnieć co czym jest : )
2 Końcówka iglastych drzew, którą wieszało się i stroiło w domach na Gody, zazwyczaj wieszało się ją w drzwiach do którejś z izb.
3 Diduchy z kolei to pierwsze kłosy zbóż święte danego roku. Zachowywało się po garści żyta, zboża, prosa itd. i w zimie wiązało się z nich diducha.
4 Gody w słowiańszczyźnie były poświęcone głównie Welesowi (to bóg podziemia, magii, kupców i bogactwa), stwierdziłam, że najbliżej będzie do niego właśnie Krevemu.
5 To jeden ze zwyczajów – dzielenie się chlebem i darowanie dzieciom tego wieczoru przysmaków, których nie dostawały na co dzień.
6 Obydwa fragmenty pochodzą z piosenki Żywiołaka „Sol invictus”; wierzono, że jeśli dobrze się potraktuje zwierzęta, da się im dobrze jeść, podłoży sporo słomy, by było im ciepło, to przemówią przez nie duchy przodków. Wystawiało się też wielką ucztę na ulicy miasta albo w środku wsi, by przodkowie mogli się posilić.

Drugie miejsce
Yule in Lyria - rysunek autorstwa
Pauliny S.
Yule in Lyria

link

Trzecie miejsce
Szukając Gwiazdki - opowiadanie autorstwa
Andrzeja S.
Szukając Gwiazdki

- Mam nadzieję, że zrozumieliście, mistrzu? –

Jaskier nie zdobył się na odpowiedź. Cóż to miało być, on, najwybitniejszy artysta sceniczny na południe od Smoczych Gór[1], sprowadzony do roli…

- Królowa będzie zobowiązana i wdzięczna za wasz trud… – nieogolony blondyn o ogorzałej twarzy w żółto-białej, znoszonej przeszywanicy widocznie postanowił zmusić barda do ustosunkowania się.

- Faktem jest, że moje serce jest równie czyste jak dźwięki mej lutni – zaczął trubadur z typową dla siebie skromnością, choć nieco piskliwym głosem – I krzywda niewinnych boli bardziej, niż razy miecza, toteż nie mogę przejść obojętnie, zwłaszcza, gdy królowa prosi o pomoc! – zakończył biorąc się pod boki, w pozie, którą podpatrzył na portretach rycerskich w Toussaint.

Blondyn skinął z ukontentowaniem głową.

- Królowa wiedziała, że może na was liczyć. Zdaje sobie jednak sprawę, że samemu byłoby trudno podołać, stąd też przydzieliła nas do pomocy. –

Jaskier rozejrzał się po niewielkiej, zakurzonej salce, którą wysłannicy Meve zajęli w karczmie. Oprócz jego rozmówcy, który wydawał się w miarę sensowny, pozostałych czterech nie prezentowało się najlepiej. Wszyscy nosili te same, podniszczone przeszywanice w barwach Lyrii i Rivii, każdy też miał przy sobie broń, a ich twarze świadczyły zarówno o chęci wypicia czegoś mocniejszego, jak i o problemach z czytaniem. Jeden z nich oglądał coś, co przed chwilą wydobył z nosa.

„Zachciało mi się, opiewać czyny męża na wojnie” pomyślał artysta z rezygnacją, po czym opadł na ławę i pociągnął solidny łyk z poobijanego, cynowego kufla.

Kilka godzin później siedzieli już w siodłach, zmierzając w kierunku lasu. Mroźne powietrze cięło po twarzach jak igły, a śnieg pryskał pod końskich kopyt. Słońce na bezchmurnym niebie płonęło za ich plecami.

- Przed samym lasem musimy zejść z koni! – blondyn, który przedstawił się jako Brogen, odwrócił się do jadącego za nim Jaskra – Tam na nic nam się nie zdadzą! –

- Ktoś powinien ich pilnować… - zaczął trubadur z nadzieją, wyrzucając z ust obłoki pary, ale dowódca drużyny szybko mu przerwał

- Plwacz z nimi zostanie! –

Miłośnik odkrywki nosowej uśmiechnął się głupawo, odsłaniając szczękę ozdobioną dwoma srebrnymi zębami.

„Weź się w garść!” Jaskier skarcił sam siebie w myślach „Jesteś pieśniarzem, wędrowcem, bohaterem, któremu las nie straszny… A nawet jeśli, to nie powód, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział”.



Ciepła zieleń sosen kontrastowała z czapami śniegu rozkładającymi się na gałęziach. Jednak im dalej wytężać wzrok, tym coraz bardziej gubił się on w ciemności między drzewami, zaś głosy ptaków z rzadka były towarzyszami w drodze. Brogen szedł powoli na czele, jednak śnieg trzaskał pod nogami, przywodząc Jaskrowi na myśl łamanie wafli z kremem, które jadł kiedyś w Kovirze. On sam szedł zaraz za mężczyzną, otoczony przez resztą drużyny. Nie odzywali się do siebie, wzrok mieli skupiony, co dało bardowi nadzieję, że są bardziej rozgarnięci od kompana, który został z końmi[2].

- Czego możemy się spodziewać? – spytał, licząc na odpowiedź od obojętnie kogo

- Wszystkiego – mruknął idący po prawej mężczyzna o krótkiej, czarnej brodzie, przedstawiony jako Vorst – Stare opowieści przekazują dużo rzeczy… dziwnych rzeczy. –

- Zawsze jednak mówią, coby dwornym być i odnosić się jak do własnego króla. – dodał idący za Jaskrem długowłosy mężczyzna, najmłodszy z całej grupy, którego nazywali Kowalikiem.

- I te opowieści mówią wam, gdzie ich znaleźć? –

- Nie inaczej. –

-To dlaczego nigdy nikt nic z nimi nie zrobił? Dlaczego nie posłano po wiedźmina, albo po czarodzieja? –

- Wiecie, mistrzu, jak to jest – Vorst wykrzywił usta – Czarodziej powie, że ma ważniejsze rzeczy na głowie, gapienie się w gwiazdy stojąc na jednej nodze rzycią na zachód, a wiedźmin… Moja babka była stąd, z Pogórza, i opowiadała, jak mały byłem, że kiedyś przywędrował w te strony jeden i próbowano go namówić. –

- Zgodził się? –

- Gdzie tam. Pojadł, popił, a nazajutrz powiedział, że nie pójdzie, bo mu kodeks zabrania na inteligentne stworzenia zlecenia brać. I jeszcze kapelusz od prawuja wyciągnął. –

Jaskier zamyślił się. Ostatnia część brzmiała jakby znajomo.



Tymczasem powoli zbliżyli się do dużych, pionowo osadzonych, smukłych kamieni. Ciężko było stwierdzić, czy zostały one ułożone w jakiś konkretny wzór, czy też ustawione bez większego planu – jednak było oczywistym, że postawiono je tu świadomie. Nie wydawały się w jakikolwiek sposób ociosane, bardziej… wygładzone? Jakby deszcz padający przez stulecia delikatnie, acz skutecznie rozmywał wszelkie ostrości kształtów, a ziemia wyciągała delikatnie omszałe dłonie, by utrzymać głazy w miejscu. Jednak już pierwsze spojrzenie pozwalało na stwierdzenie, że coś jest nie tak: na ziemi między kamieniami nie było ani śladu śniegu.

- Co teraz? – Jaskier skierował wzrok na Brogena

- Musimy zostawić broń – odpowiedział mężczyzna odpinając miecz od pasa i składając go pod drzewem. Reszta uczyniła podobnie.

- Jak to: zostawić?! – Jaskier był lekko wstrząśnięty – Przecież nie ma bardziej przydatnej rzeczy w tej sytuacji! –

- Całkowicie się zgadzam, mistrzu – dowódca grupy podszedł do jednego z menhirów – Ale one widocznie nie chcą nam ułatwiać sprawy –

- Jak… - zaczął bard, lecz zanim dokończył pytanie, ostatni z grupy, lekko siwy człowiek imieniem Morgan wyciągnął zza cholewy nóż i rzucił nim pomiędzy kamienie.

Ostrze zawirowało w powietrzu, przecinając przestrzeń i nagle zatrzymało się mijając na swej drodze głaz. Po chwili, nie dłuższej niż mrugnięcie okiem, metal brzęknął o kamień i przylgnął na pewnej wysokości, nie mając żadnego widocznego punktu oparcia.

„Stal” pomyślał Jaskier „Nienawidzą stali”.

- Z ciężkim sercem odłożył pod drzewo szpadę, jak również niepokojąco pusty mieszek, zdjął też biżuterię. Lutni nie zabrał z karczmy, czego w tym momencie sobie gratulował – trzymanie jej na śniegu było jedną z największych zbrodni, jakie mógł sobie wyobrazić.

- Gotowi? – Brogen spojrzał na towarzyszy.

Morgan skinął głową, podobnie Vorst. Kowalik związał włosy rzemieniem i przytaknął. Poeta z kolei wolałby znaleźć się daleko od tego miejsca.

- Zatem na trzy… raz… dwa… trzy! –

Naraz wbiegli między kamienie. W tym samym momencie trubadur poczuł szarpnięcie w okolicach pępka i cały świat zawirował.

Po chwili stał w tym samym lesie. Z tą różnicą, że była ciepła, bezchmurna noc. Na usianym gwiazdami niebie lśnił księżyc w pełni, na bujnej trawie nie było ani śladu śniegu. W powietrzu unosił się delikatny zapach, coś na podobieństwo żywicy.

- Jaskier… - usłyszał za sobą niepewny głos Kowalika

Obrócił się i momentalnie wstrzymał oddech. O ile z drużyną było wszystko w porządku, a o tyle kilkanaście istot ze skierowanymi ku nim włóczniami wróżyło raczej kłopoty.



„Aen Caed” wybrzmiewało w głowie barda „Tak się nazywają.”

Mieszkańcy tego świata nie przypominali mu poznanych do tej pory elfów. Byli niżsi, bardziej krępi, o znacznie ciemniejszym odcieniu skóry i włosach w różnych odcieniach szarości. W ich twarzach brakowało także typowego dla Aen Seidhe delikatnego piękna, rysy przywodziły na myśl bardziej gnomy, które to wrażenie potęgował zarost. Jedynie uszy były takie, jak u każdego elfa. Nikomu z ludzi nie skrępowano rąk – zresztą, dokąd mieliby uciec? – jednak na każdego z nich przypadało przynajmniej trzech zbrojnych. Trubadur z ciekawością przyglądał się grotom włóczni, które wykonane były z gładkiego, połyskującego czarnego kamienia. Nie maszerowali długo, nim dotarli do ogromnego, rozłożystego dębu.

Było to chyba najpiękniejsze drzewo, jakie Jaskier widział. Pomimo, iż mógł oglądać je wyłącznie w blasku księżyca, z łatwością dostrzegł srebrzyste żyłki na dużych liściach i pełniejszą, bardziej nasyconą korą, przypominającą w barwie czerwoną ochrę. Dookoła rozstawiono niskie stoły, wykonane z tego samego rodzaju drewna, na których piętrzyły się naczynia – poeta wyczuł intensywną woń korzeni i marcepanu. Zebrani Aen Caed przyglądali się im z pewnym zdumieniem, pozbawionym jednak lęku. Dało się zauważyć, iż kobiety są wyższe i delikatniejsze od mężczyzn, a bard byłby nawet gotów określić je mianem atrakcyjnych[3]. Co do dzieci, zachowywały się one jak każde dzieci, w każdym świecie.

Zostali doprowadzeni pod sam pień dębu i tu straż odstąpiła na kilka kroków do tyłu. Trubadur rozejrzał się, licząc na typowe, jeśli wierzyć wszelkim klasycznym opowieściom, spotkanie z kimś w rodzaju przywódcy.

- Unieś głowę, dh’oine – rozległo się spomiędzy gałęzi

Z pewnym trudem dopatrzył się sylwetki ukrytej w liściach. Po głosie wiedział już, że jest to kobieta, lecz nie był w stanie dostrzec niczego więcej niż miejsce, w którym się znajdowała.

Brogen, mając zapewne podobne trudności, skłonił się

- Ceadmil, Rhena – Jaskra zaskoczyła Starsza Mowa w jego ustach – przybyliśmy oddać ci cześć w imieniu mieszkańców Sinego Pogórza… -

Perlisty śmiech nie pozwolił mu dokończyć.

- Czyżby, dh’oine? – głos wydawał się autentycznie rozbawiony – Nagle, po prawie wieku, przypomnieliście sobie, że winniście skłaniać przed nami głowy? –

Liście zaszumiały i postać lekko spłynęła na ziemię. Poetę zatkało.

Miał przed sobą nieco wyższą od siebie postać, o skórze w kolorze zerrikańskiego napoju podawanego z mlekiem, który kiedyś próbował w obozie kupieckim. Owalna twarz, z dość szerokim nosem i wysokim czołem otoczona była burzą mlecznobiałych włosów, na czubku głowy upiętych z pomocą licznych gałązek w coś w rodzaju gniazda, po bokach zaś spadających w chaotycznych kaskadach. Pełne usta ubarwione były na czarno, co kontrastowało nie tylko z włosami, ale i z jadowicie zielonymi, kocimi oczami. Miała na sobie czerwoną, dość luźną suknię, z materiału przypominającego na pierwszy rzut oka jedwab, długą za kolano i z bufiastymi rękawami. Pomimo maskującego sylwetkę charakteru kreacji Wytrwany Znawca i Baczny Obserwator Kobiecej Urody[4] był w stanie zauważyć zaokrąglone biodra oraz, nieosłonięte materiałem, mocne łydki.

Głos elfki wyrwał go z zamyślenia.

- Darujcie sobie nadmierne dworności – lekko przekrzywiła głowę – Wiem, po co przyszliście. Ale nie mogę wam tego oddać. Mój lud tego potrzebuje. –

- Pani – wtrącił się Jaskier, czując nagły przypływ odwagi z racji rozmowy z kobietą – Wierz mi, nie przyszło nam przez myśl, by kwestionować wasze potrzeby, lecz ludzie w Lyrii wiele wycierpieli z powodu wojny, a co za tym idzie… -

- Nie wy jedni, Táedh, nie wy jedni – uśmiechnęła się do niego smutno – Spalono ziemię, przetrzebiono lasy… zabito ludzi – przygryzła wargę – A my jesteśmy związani, z wami również. Nie wiem, jak było zanim przyszliście zza morza, ale od kiedy tu jesteście, pomagacie nam żyć. Tak jakby… - wzięła głęboki wdech – Tak jakby nasz świat był pijawką na waszym – powiedziała z pewnym wysiłkiem i goryczą.

Nastała cisza.

- Dlatego też chcemy zaproponować wymianę – Brogen zwrócił się do kobiety – Jak sama zauważyłaś, pani, jest z nami trubadur. Ofiarujemy jego pieśni w zamian za Gwiazdkę. –

Wśród elfów zapanowało poruszenie, rozległy się gorączkowe szepty. Białowłosa zmrużyła oczy.

- Gwiazdka. Ładnie. Uważacie jednak, że kilka pieśni wystarczy? Daleko mi od pogardy, jaką czują do was moi bracia, lecz jesteście tylko ludźmi. –

Blondyn uśmiechnął się pod nosem.

- Stoi przed tobą największy poeta na południe od Gór Smoczych – powiedział z przekonaniem – Myślę, iż zaspokoi wasze potrzeby –

Kocie oczy zmierzyły Jaskra, wywołując gęsią skórkę. Przez kilka sekund elfka obserwowała go z kamienną twarzą, aż w końcu uśmiechnęła się, pokazując drobne, białe ząbki.

- Sądząc po dłoniach, potrzebujesz lutni? –



Jaskier pamiętał jak przez mgłę to, co było później. Nie wiedział co śpiewał, jak długo to robił, ani jak wrócili, już wieczorem, do Ferii, miasteczka, z którego wyruszyli, największego na dzikim terenie Sinego Pogórza. W pamięci utkwiły mu tylko zielone oczy, w których przez chwilę zalśniły gwiazdy łez i cichy szept „Dobrego Midinváerne, Táedh”.

Ludzie Brogena zebrali mieszkańców miasteczka na rynku. Tłum zmęczonych, smutnych ludzi w różnym wieku otoczył grupę, ciągnąć z wąskich uliczek.

- Mieszkańcy Ferii! – rozpoczął blondyn, wyraźnie podekscytowany – dzięki wysiłkom i trosce królowej Meve, która nie porzuciła swojego ludu ani w wojennej zawierusze, ani po niej, udało się odzyskać to, co wam odebrano. Bez zbędnych tłumaczeń – oto wasza radość, oto wasza Gwiazdka! –

Vorst na dany znak otworzył leżąca przy fontannie niewielką drewnianą szkatułkę. To, co stało się potem, przekroczyło najśmielsze oczekiwania poety. Wybuch barw, szalejących po ścianach i nocnym niebie, niczym małe dzieci był niesamowitym spektaklem. Jednak to zmiana w mieszkańcach była prawdziwie cudowna. Na blade twarze wróciły rumieńce, ożył gwar rozmów a powietrze wypełniły śmiechy.

- Mistrzu Jaskrze, podpiszesz mi się na udzie?! – podbiegła do niego zaróżowiona, piszcząca z podekscytowania dziewczyna.

Poeta zmierzył wzrokiem jej kibić. I pomyślał, że to jednak rzeczywiście będą dobre święta.


1 Na północ zapewne też, ale jakoś nigdy nie zdarzyło się, żeby pojechał tam ogłosić ten fakt.
2 Choć dalej nie zaliczał ich do grupy potencjalnych czytelników Czasu księżyca.
3 Zwłaszcza, jeśli miałoby mu to pomóc w tym momencie.
4 Taka tabliczka widniała na drzwiach gabinetu Jaskra na Uniwersytecie w Oxenfurcie. Rektor kojarzył go głównie jako „To on, Magnificencjo,, on czynił mi nieprzystojne uwagi na dziedzińcu”.
 

Minersi

User
#5
Ojojoj, dziękuję! Na początku sądziłam, że opowiadanie wyszło dobre, ale wczoraj zaczęłam w nie bardzo wątpić. Cieszę się, że przypadło do gustu sędziom. Mam nadzieję, że i forumowiczom się spodoba.

Ale się cieszę! Gratuluję też Paulinie i Andrzejowi - obejrzę i przeczytam Wasze prace rano, bo w sumie wstałam w łóżka po powiadomce mailowej, żeby cokolwiek napisać.

Dziękuję jeszcze raz. Docenienie opowiadań i prac daje wiatr w skrzydła, przynajmniej w moim przypadku :)

<3
 

Wroobelek

User
#7
Sapkowski też brał udział? :oops:
Widzę, że nie tylko ja od razu skojarzyłem. Ale dopiero trzecie miejsce? Wypalił się twórczo... ;)
Z całym szacunkiem do rzeczywistego autora tego opowiadania - to oczywiście żarty. Serdecznie gratuluję trójce zwycięzców.
 

Chodak

User
#8
Widzę, że nie tylko ja od razu skojarzyłem. Ale dopiero trzecie miejsce? Wypalił się twórczo... ;)
Coś pan, tradycji stało się zadość. Wszak "Wiedźmin" w konkursie "Fantastyki" też zajął trzecie miejsce... :D

Gratulacje dla zwycięzców!