Oby nikt tego nie łączył z resztą filmów. Moim zdaniem to niemożliwe - zarówno pod kątem logiki (czas akcji itd.), stylistyki... A do tego kompletnie niepotrzebne.
To niemożliwe, gdyż od samego początku WB podawało, że to samodzielny film, nie mający żadnego związku filmowym uniwersum DC, i mam nadzieję, że tak pozostanie.
Wszystko o Jokerze już chyba zostało powiedziane. JP łata swoją charyzmą i niesamowitą grą scenariuszowe dziury i osładza klisze, których trochę w filmie jest. Jak nie dostanie za tą rolę Oscara to oburzę się okrutnie.
Osobiście tez nie jestem zwolennikiem łączenia na siłę, ale w ramach akademickiej dyskusji, jak najbardziej, według mnie możliwe jest.
Arthur ma 30 coś lat w filmie. Bruce ma około 10. Akcja planowanego Batmana ma się dziać w latach 90. Netoperek Reevesa ma mieć kilka lat doświadczenia "w branży". W komiksach Batman zaczynał karierę w okolicach 22-29 roku życia, więc spokojnie są widełki. Joker JP miałby 50+. Pattinson, to jeden z tych aktorów, którzy spokojnie mogą zagrać postać 20+ i postać podchodzącą pod 40. Jared Leto, to też jedna z wiecznie młodych twarzy. Jeśli nikt w filmach nie poda konkretnego wieku poszczególnych postaci, widziałbym to tak.
Całość opiera się na dość starej fanowskiej teorii (która wciąż teoretycznie pasuje do wydarzeń w DCEU), że Leto jest drugim Jokerem, a konkretniej drugim Robinem, który został psychicznie oraz fizycznie zniszczony przez poprzedniego Jokera (JP) i przejmuje schedę po Arturze.
Zatem:
Joker siedzi w Arkham i poza okazjonalnym zabiciem pracownika szpitala, spokojnie spędza czas -> pierwsza część trylogii Batmana, Bruce "bije się" z kilkoma przeciwnikami, Joker w Arkham dowiaduje się o jego istnieniu, jest zaintrygowany -> drugi film o Batmanie, pierwsze spotkanie Gacka i Klauna, pojawia się Robin -> trzeci film o Batmanie, pierwszy Boy Wonder odchodzi, pojawia się drugi Robin, zostaje złapany przez Jokera, ten znęca się nad nim psychicznie i fizycznie (min. wybija mu zęby łomem -> stąd "grill", czy tatuaż na czole). Jason jest na granicy śmierci. Batek sądzi, że nie żyje, w zemście po raz pierwszy łamie swoją złotą zasadę i zabija Jokera JP -> Jason Todd jakimiś cudem żywy, jest na tyle straumatyzowany przez te wydarzenia, że mu odbija i staje się nowym Jokerem -> nowy Joker zaczyna tworzyć swoje gangsterskie imperium (co ładnie wpisuje się w etos Jasona, który w komiksach jako Red Hood przejmował kontrolę nad mafią) -> płynne przejście do DCEU.
Mamy wyjaśniony dziwaczny wygląd Leto i wiemy dlaczego Batman, który lekką ręką zabija przestępców, wciąż nie załatwił klauna. Joker Arthura, jest metaforycznym zwycięzcą, a Joker Leto żywą puentą największego dowcipu, którego ofiarą jest Bruce.
Chyba żartujesz, facet wygląda jakby miał 50-tkę na karku, i to mi właśnie zgrzytało w traktowaniu tego filmu jako origin story Jokera, bo w momencie gdy Bruce z tego filmu dorośnie i zostanie Batmanem, Artur będzie miał z 70 jak nie 80 lat, i będzie stanowczo za stary do bycia Klaunim Księciem Zbrodni.
(która wciąż teoretycznie pasuje do wydarzeń w DCEU), że Leto jest drugim Jokerem, a konkretniej drugim Robinem, który został psychicznie oraz fizycznie zniszczony przez poprzedniego Jokera (JP) i przejmuje schedę po Arturze.
Snyder poniekąd uśmiercił tą teorię, mówiąc że Robin był tylko jeden, był to Dick Greyson i to właśnie jego kostium widzieliśmy w BvS, i że umarł, a nie został kolejnym Jokerem.
Dodam też, że najpewniej Batman Pattisona będzie kolejnym filmem DC nie powiązanym wcale z DCUE i z jakimkolwiek filmem WB.
Edit.: Do moderatora, który edytował mój post: Jakie spoilery? Przecież w moim poście nie ma nic, co spoilerowałoby wydarzenia z filmu, chyba że fakt, że Joaquin Phoenix zostanie pod koniec filmu Jokerem w w filmie o tytule "Joker" uważasz za spoiler.
Chyba żartujesz, facet wygląda jakby miał 50-tkę na karku, i to mi właśnie zgrzytało w traktowaniu tego filmu jako origin story Jokera, bo w momencie gdy Bruce z tego filmu dorośnie i zostanie Batmanem, Artur będzie miał z 70 jak nie 80 lat, i będzie stanowczo za stary do bycia Klaunim Księciem Zbrodni.
Nie ważne jak wygląda. W filmie jest powiedziane jak byk że potencjalny romans matki Arthura z Waynem był trzydzieści lat wcześniej. Więc jak Bruce dorośnie Joker będzie miał 40-50 w zależności od przeskoku.
Snyder poniekąd uśmiercił tą teorię, mówiąc że Robin był tylko jeden, był to Dick Greyson i to właśnie jego kostium widzieliśmy w BvS, i że umarł, a nie został kolejnym Jokerem.
Dodam jeszcze, że w opinii rezysera SS również ta teoria jest nieprawdziwa. Tylko że obie to opinie nie mają zadnego znaczenia. Póki nie pojawi się coś w samych filmach, co ewidentnie zaprzecza tej teorii włodarze WB mają otwartą furtkę. A to, że ich opinie i teorie szczególnie Snydera się rozmijają najlepszym dowodem jest Dick, bo Snyder gada, że nie żyje, a oni swego czasu potwierdzili, że Nightwing jest w planach.
Edit.: Do moderatora, który edytował mój post: Jakie spoilery? Przecież w moim poście nie ma nic, co spoilerowałoby wydarzenia z filmu, chyba że fakt, że Joaquin phoenix zostanie pod koniec filmu Jokerem w w filmie o tytule "Joker" uważasz za spoiler.
Uwagi odnośnie pracy moderacji możesz zgłaszać via PW, ewentualnie do wyższej instancji w osobie @Vattier 'a.
Robiąc wyjątek wyjaśnię, że kwestia tego czy Arthur jest żywy czy martwy na końcu filmu, jest informacją spoilerową. Jesli masz jeszcze jakieś uwagi, to jak wyżej, zapraszam na PW.
Informacja nie jest wprawdzie pierwszej świeżości, bo już kilkuletnia, ale ostatnie oficjalne info jest takie, ze Batman Reevesa, to prequel wydarzeń z BvS. Innymi słowy, ten sam świat co reszta DCEU, tylko lata dziewięćdziesiąte. Ergo, Pattinson jest młodszą wersją Batflecka.
Czy w międzyczasie mogło się coś zmienić? Mogło. Co nie zmienia faktu, że na ta chwilę, według mojej najlepszej wiedzy obaj aktorzy grają tą samą postać.
Całe DCEU to jest taki burdel na kółkach, że wszystko jest możliwe Ich ostatnie sukcesy paradoksalnie dołożyły swoją cegiełkę do tego burdelu, bo z jednej strony pasowałoby to zaorać i zacząć od zera, ale z drugiej głupio byłoby rezygnować z tak nieźle przyjętych (i dobrze lub nawet bardzo dobrze zarabiających) postaci pokroju Shazama, Wonder Woman czy w szczególności Aquamana. Zostali więc z takim rozgrzebanym nie wiadomo czym i próbują to jakoś sklejać. Jak uznają to za dobry pomysł to i Jokera Joaquina Phoenixa z tym połączą. Wystarczy spojrzeć na The Suicide Squad - ni to reboot, ni to sequel, ni to cholera wie co i to już po jednej części.
Następny rok to Birds of Prey i Wonder Woman 2 oraz pewnie masa informacji o Batmanie. Może wtedy dowiemy się jaki jest plan, o ile jakiś w ogóle jest, bo na chwilę obecną tego nie widać.
Jak dla mnie to DCEU nie powinno ślepo brnąć w to samo co Avengersi czyli tworzyć masowo coraz bardziej upośledzonych filmów SF. Wincy głupich postaci, wincy światów, wincy mocy, porzygać się można i niestety to samo zaprezentowali w jakimś komicznym starciu klocowatego Afflecka z Supermanem. A film Joker pokazuje, że można w ciekawy i nietuzinkowy sposób zaprezentować uniwersum tworząc kreację na miano Oskara, przyciągającą tłumy do kin. Marzy mi się Batman utrzymany w tym klimacie.
DC ma przed sobą - za wyjątkiem BOP (bo to debiutantka reżyseruje) - serię w zasadzie samych pewników. SS2, bo Gunn; WW2, bo Jenkins; Batman, bo Reeves i gdzieś na horyzoncie majaczą Shazam 2 i Aquaman 2. Wszystkie filmy, na tą chwile, są częścią DCEU, jedynie Batman może budzić wątpliwości odnośnie swego statusu członka DCEU.
Ostatnio pojawiły się plotki z mocnych źródeł, że Reeves chce stworzyć trylogię i w swoich filmach poza szeroką galerią "złych", wprowadzić na ekran Dicka i Barbarę.
Więc owszem, tradycyjnie jest chaos. Możemy mieć główną linię (DCEU) i elseworldy, jak Joker. Możemy mieć na tą chwilę trzy uniwersa (świat z Jokera, Batverse i DCEU). Dodatkowo ostatnio pojawiły się ploty, że WB dość mocno sięga po Keanu, bo chce, by wrócił do roli Constantine'a.
W końcu i ja obejrzałem A. Flecka (oczko do Bena Afflecka?*) i jestem zadowolony.
Nie będę tutaj specjalnie oryginalny jeśli napiszę, że najlepszym elementem filmu jest niesamowita kreacja Joaquina Phoenixa. Facet po raz kolejny pokazuje, że jest jednym z najlepszych współczesnych aktorów, a całkiem niezłą próbkę dają nam już zwiastuny Jokera. Oprócz tego, bardzo spodobała mi się warstwa audio-wizualna. To nie jest moje Gotham, bo zdecydowanie bardziej wolę retro-futurystyczną wizję z filmów Burtona, ale wyglądało to i brzmiało świetnie pasując do klimatu opowieści.
Gorzej wypada sama historia. Po początkowych zachwytach obwieszczających, że oto powstało arcydzieło, które zmieni kino szybko zaczęły pojawiać się dość mieszane opinie. Kreacja Phoenixa była uniwersalnie chwalona, ale poza tym ciągle słyszałem o zbyt prostej albo wręcz prostackiej fabule z masą naciąganych elementów i łopatologicznym tłumaczeniem wszystkiego widzom. Byłem więc przygotowany na najgorsze, a dostałem coś o czym mógłbym powiedzieć 'jest ok'. Być może popis aktorski przysłonił mi pozostałe wady, a być może faktycznie nie było tak źle. Zdecydowanie jednak nie nazwałbym tego arcydziełem. Nie obraziłbym się jednak na więcej takich filmów, może kolejne będą lepsze co nie znaczy, że chciałbym sequel Jokera czy łączenie go z Batmanem (ani tym w wykonaniu Pattinsona ani żadnym innym). O tym jednak później.
Niekontrolowane napady śmiechu Arthura były ciekawym pomysłem (choć nie wiem czy taka choroba naprawdę istnieje), ale mam tutaj pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, niektóre z tych napadów trwały zdecydowanie za długo przez co robiły się bardzo nieznośne. Być może taki był zamysł reżysera żebyśmy się czuli nieswojo, bo w tym śmiechu nie było nic zabawnego, ale mnie to po prostu męczyło. Po drugie, miałem wrażenie, że choroba dawała o sobie znać tylko wtedy kiedy akurat była potrzebna, a w innych momentach nie. Nie jestem lekarzem, być może tak to działa, ale wyglądało to na naciągane.
Zabójstwo Wayne'ów pasowało do wydarzeń, ale jego realizacja nie przypadła mi do gustu. Cieszę się jednak, że to nie Arthur ich zabił, a co najwyżej swoimi działaniami przyczynił się do tego, że ktoś inny pociągnął za spust.
Za mało moim zdaniem poszli w klimaty z "American Psycho". Były w filmie bodaj dwa momenty, w których Arthur coś sobie wyobrażał (relacja z Murray'em czy związek z Sophie), ale nagle z tego zrezygnowali. Przez chwilę byłem przekonany, że zabójstwo Murray'a na wizji również jest wytworem wyobraźni Arthura, ale jednak nie. Byłoby ciekawiej gdyby film nigdy nie odpowiedział na pytanie czy wszystkie zdarzenia z udziałem Jokera odbyły się naprawdę czy też jedynie w głowie chorego człowieka jakim był tytułowy bohater.
Zbyt wiele razy pokazywano nam jak to świat i społeczeństwo daje Arthurowi wycisk. Podobała mi się wypowiedź żywcem wyrwana z komiksu Alana Moore'a "Zabójczy Żart" o tym, że wystarczy jeden zły dzień żeby zmienić normalnego człowieka w totalnego szaleńca, ale filmowy Joker nigdy nie był normalny, a życie dawało mu w kość od samego początku. Przez pierwszą połowę filmu co chwilę oglądaliśmy jak Arthur jest bity i wyszydzany, trudno tu więc mówić o 'jednym złym dniu'. Znacznie lepiej wpisuje się w to historia Michaela Myersa z filmu "Halloween", który był zwykłym sympatycznym dzieciakiem aż pewnej nocy bez powodu wziął do ręki nóż i zabił swoją siostrę co zmieniło go na zawsze.
*Wracając tutaj do wspomnianego oczka z nazwiskiem Jokera. Jak myślicie, czy ostatnia scena, w której Arthur mówi terapeutce o żarcie, którego by nie zrozumiała, a w tle widzimy małego Bruce'a Wayne'a stojącego nad zwłokami rodziców miała być czymś więcej? Ponownie 'jeden zły dzień', który zwykłego dzieciaka zmieni w świra przebierającego się za nietoperza czy może sobie dopowiadam?
Odnośnie ciągu dalszego to jak już wspomniałem, chciałbym więcej takich produkcji, ale tworzenie bezpośredniej kontynuacji ukazującej dalsze losy Jokera wpłynęłoby negatywnie na odbiór tego filmu. Jeszcze gorzej by było gdyby włączyli tę inkarnację postaci do większego uniwersum dając mu okazję zmierzyć się z Batmanem. Lepiej żeby Joker pozostał jednostrzałowcem, który zapoczątkuje pewien trend w kinie pokazując, że można zrobić jeden film, który sam się obroni. Jakakolwiek forma kontynuacji dałaby do zrozumienia, że zamknięta historia nie ma sensu i film z komiksową postacią nie istnieje bez uniwersum.
Chętnie bym natomiast zobaczył inne pojedyncze historie oferujące nowe spojrzenie na znane postacie. Myślę, że dobrym wyborem byłby tutaj Harvey Dent. Opowieść o twardym prokuratorze skrywającym swoją mroczną naturę, który zrobi wszystko w walce z przestępczością stawiając na coraz brutalniejsze i bardziej bezkompromisowe metody stopniowo stając się takim samym świrem jak ci których chciał wyplenić byłaby jak znalazł. Inspiracje komiksem Jepha Loeba "Długie Halloween" mile widziane.
Jeśli bardzo by chcieli to Joker Joaquina Phoenixa mógłby zaliczyć gościnny występ w takim projekcie, ale nie jest to dla mnie niezbędne, bo jak już pisałem, robienie z tego uniwersum wyjdzie na niekorzyść. Bardzo lubię MCU, ale te filmy już zwyczajnie ciężko rozpatrywać jako pojedyncze historie o konkretnych bohaterach.
Inną postacią z komiksów DC, która moim zdaniem mogłaby się sprawdzić w takim oderwanym od reszty filmie byłby Jonathan Crane. Psychiatra badający zagadnienie strachu, który zmaga się z własnymi demonami z dzieciństwa byłby materiałem na porządny horror pełen dziwnych wizji.
Niekontrolowane napady śmiechu Arthura były ciekawym pomysłem (choć nie wiem czy taka choroba naprawdę istnieje), ale mam tutaj pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, niektóre z tych napadów trwały zdecydowanie za długo przez co robiły się bardzo nieznośne. Być może taki był zamysł reżysera żebyśmy się czuli nieswojo, bo w tym śmiechu nie było nic zabawnego, ale mnie to po prostu męczyło. Po drugie, miałem wrażenie, że choroba dawała o sobie znać tylko wtedy kiedy akurat była potrzebna, a w innych momentach nie. Nie jestem lekarzem, być może tak to działa, ale wyglądało to na naciągane.
Choroba jest jak najbardziej prawdziwa. Objawia się niekontrolowanym śmiechem w stresujących sytuacjach. W filmie całkiem wiarygodnie to pokazano (Arthur śmiał się gdy się stresował, czuł niekomfortowo itd.).
Przez chwilę byłem przekonany, że zabójstwo Murray'a na wizji również jest wytworem wyobraźni Arthura, ale jednak nie. Byłoby ciekawiej gdyby film nigdy nie odpowiedział na pytanie czy wszystkie zdarzenia z udziałem Jokera odbyły się naprawdę czy też jedynie w głowie chorego człowieka jakim był tytułowy bohater.
Film jest tak skonstruowany, że tak naprawdę wszystko mogło być w głowie Arthura. Przez cały czas mógł siedzieć w Arkham. Z wypowiedzi reżysera wynika, ze to był celowy zamiar, i prawdziwe jest to, co sam jako widz uważasz za prawdziwe.
O tym w swojej opinii nie wspomniałem chyba, ale też w pewnych momentach czułem zmęczenie - o jeden, dwa razy za dużo widzimy dojechanego czymś głównego bohatera. W czasie seansu przeszło mi przez myśl "Ok, Artur ma przechlapane i jego życie jest do bani, wiemy już to!".
Choroba jest jak najbardziej prawdziwa. Objawia się niekontrolowanym śmiechem w stresujących sytuacjach. W filmie całkiem wiarygodnie to pokazano (Arthur śmiał się gdy się stresował, czuł niekomfortowo itd.).
Film jest tak skonstruowany, że tak naprawdę wszystko mogło być w głowie Arthura. Przez cały czas mógł siedzieć w Arkham. Z wypowiedzi reżysera wynika, ze to był celowy zamiar, i prawdziwe jest to, co sam jako widz uważasz za prawdziwe.
Jasne, ale jednak w pewnych momentach zbyt łopatologicznie pokazali, że to czy tamto było tylko ułudą, a potem już w ogóle było totalnie na serio. Dlatego przywołałem "American Psycho", bo tam zostało to zrobione lepiej. Była tylko jedna powtórzona scena na początku filmu kiedy główny bohater nawrzeszczał na kobietę w szatni klubu (albo coś takiego), a zaraz potem drugi raz ta sama scena kiedy nic nie zrobił. Przez resztę filmu wszystkie niepokojące zachowania były przedstawione tak że mogłyby być prawdą, ale nie musiały i stopniowo to eskalowało.
Odnośnie zwidów to spotkałem się z ciekawym komentarzem w sieci, że ci wszyscy mieszkańcy Gotham, z którymi Arthur wchodził w interakcje są tak nieprzyjemni i przerysowani, bo widzimy ich oczami Jokera. Mogło być więc tak że dzieciaki wcale nie ukradły mu tablicy ani go nie pobiły, a jedynie wyśmiały i poszły dalej. Kolesie w metrze mogli wcale nie zaczepiać tej kobiety tylko kulturalnie rozmawiać itd. Arthur po prostu szukał wymówek na każdą swoją porażkę i każdy straszny czyn, którego się dopuścił. I to jest ciekawe, ale chyba zabrakło kunsztu reżyserskiego żeby to pokazać.
Swoją drogą, Joker kosi niezłą kasę. Już teraz ma ponad 540 milionów na całym świecie, więc jeszcze niecałe 100 i przebije Logana. Sukces tym większy, że film kosztował dwa razy mniej. Ciekawe czy przeskoczy pierwszego Deadpoola (podobny budżet i box office na świecie 780 milionów). Jeszcze ciekawsze jest jak Warner wykorzysta ten sukces? Klepnie kontynuację Jokera? Włączy Jokera do DCEU? Zrobi drugie uniwersum obok DCEU? Postawi na więcej takich mniejszych oderwanych projektów?
A tak serio, mam nadzieję, że to ostatnie - po prostu co jakiś czas "skok w bok" - mniejszy, tańszy, bardziej kameralny film w innym klimacie niż standardowym-komiksowym, że tak to ujmę.
Nie bardzo wiem, do czego pijesz. Nie kojarzę żadnej łopatologii, a właśnie coś co bije ba głowę American Psycho swoją niejednoznacznością. Jak wspomniałem wyżej, w filmie nie ma pewników. Praktycznie każdą scenę można poddać pod wątpliwość. Taka natura nierzetelnego narratora.
Jeszcze ciekawsze jest jak Warner wykorzysta ten sukces? Klepnie kontynuację Jokera? Włączy Jokera do DCEU? Zrobi drugie uniwersum obok DCEU? Postawi na więcej takich mniejszych oderwanych projektów?
Myślę, że postawi na więcej takich mniejszych, oderwanych projektów.
Znowu, dzięki Phillipsowi, wiemy, że jeszcze przed skończeniem produkcji filmu, naciskał on na WB, by Joker był początkiem, nowej kinowej "marki", odpowiednikiem komiksowej serii "Black label", czyms, co miałby ich wyróżnić na tle Marvela i ponoć ekipa krawatów była na to otwarta, ale kazali mu wyluzować z entuzjazmem i poczekać na wynik Jokera.