O ile "Kod..." zaproponował świeżą, odkrywczą fabułę (no, ok, wcześniej był Indy Jones, ale to film), o tyle kolejne powieści z cyklu "Robert Langdon prowadzi śledztwo" to już sztampa, powielanie ogranego motywu. Bohater walczy z ośmiornicą, o nazwę mniejsza (raz Officjum, raz co innego) i/lub Naczelnym Złym. W dodatku okraszone to jest absurdami typu "dostałem postrzał w łeb, mam tryliard szwów, biegam żwawo jak sarenka i mam jeszcze czas na podziwianie cudów Florencji, w której już, co prawda, nieraz byłem, w końcu to mój zawód, ale zawsze jest dobra okazja, żeby westchnąć nad tym czy innym zabytkiem... że co? A, wszyscy mnie ścigają, włącznie z własnym rządem, a ja mam akurat amnezję i nie wykluczam, że zrobiłem coś złego? A, to przepraszam. O jaki cudny budynek!"
Generalnie im dalej, tym marniej. Langdon na zmianę miewa przebłyski geniuszu z niczego i nie zauważa szytej grubymi nićmi akcji. Paskudna maniera "filmowa" - zakończenie rozdziału daną sceną i rozpoczęcie rozdziału tą samą sceną, istna "Moda na Sukces", wiecie, te zaciemnienia w kulminacyjnym punkcie, muzyka bumbumbumBUM i wizja wraca, akcja rozwija się... no sztuczne to jest ogromnie.
Nudne jest bieganie od punktu A do punktu B za wskazówkami, żaróweczka jak u Pomysłowego Dobromira "aha! Olśniło mnie!"... a naj-najgorsze są wstawki pedagogiczne, nachalne wykłady o biografii Dantego, symbolice, sztuce i w ogóle wszystkim. Czułam się jak w szkole na nudnej lekcji, a przecież chciałam nieco rozrywki! Żebyż jeszcze ta wiedza podawana była subtelnie i lekko, ale nie, łopatą do głowy, obowiązkowa pauza w trakcie pościgu na cztery akapity didaskaliów, aaaaa...
Pan Brown tak sobie ukochał sukces z Leonardem, że leci w kółko utartą ścieżką, zmieniając tylko scenerię i nazwiska bohaterów drugoplanowych. I te nielogiczności! Robert nie ma ani jednej osoby, do której mógłby się zwrócić w swoim kłopocie pt. "wszyscy nagle chcą mnie dopaść" - seriously? A potem ufa pierwszej napotkanej osobie i kolejnym, uparcie nie tym, co trzeba. Koszmarnie to nierealne, panie Brown. A pana wiedzę należy podziwiać, owszem, ale podaje ją pan w sposób coraz bardziej niestrawny, od Sasa do lasa, siląc się na żart i luz, który raczej nie wychodzi naturalnie.
Oto jedna z książek, której zakupu żałuję. Lektury nie, nie bolało jakoś bardzo mocno, ale mam stanowczo za mało miejsca na półkach, żeby nim szafować dla takich tomów.