Fanom Kinga, którzy zbierają się do "Pana Mercedesa" i zebrać się nie mogą, tak rzekę: bez pośpiechu

Nie, żeby to była zła powieść, bo tak nie jest... ale ani nie mrozi krwi w żyłach, ani nie ma specjalnego pazura. Mocną stroną są, jak zwykle, postacie, które King ma obcykane od podszewki; akcja toczy się zrywami, zmierzając do oczekiwanego finału, a ów, mimo obowiązkowego twistu, raczej nie zaskoczy.
Poprzednia książka, czyli "Doktor Sen", również nie wzbudziła we mnie specjalnego zachwytu - ot, kawał dobrej, rzemieślniczej roboty, ale niezbyt porywające.
Trochę mi zaczyna brakować tego, co w Kingu tak bardzo cenię, czyli malowniczej, onirycznej fabuły z przesłaniem szytym nićmi nanometrowej grubości, bowiem najnowsze propozycje są do bólu prozaiczne i przewidywalne. Szkoda.
Z drugiej jednak strony, lubię sobie patrzeć na to, co autor dopisuje, jak na część jednego universum, coś jak jeden z licznych zaułków Derry. Na jednym rogu stoi sklepik z marzeniami, kawałek dalej biblioteka, gdzieś na peryferiach rozłożyło się wesołe miasteczko, a zakupy w lokalnym markecie tuż przed nadejściem mgły robi pani Madder (mijając po drodze Carrie, bo dlaczego nie?). Jeden wielki, spójny mikrokosmos z całą masą zależności i przenikania, a w tle jest Promień i Żółw nie umarł.
I wtedy jakoś tak fajniej
Pan King też wspiera ALS, choć raczej sztampowo. Widać, że mocno nieśmiały, introwertyczny człowiek. Że też takie rzeczy wychodzą z jego głowy.
[video=youtube;XO7lFV2e-xA]https://www.youtube.com/watch?v=XO7lFV2e-xA[/video]