Może masz rację, może to rzecz wybitnie subiektywna. U mnie to wygląda tak, że nie lubię przemocy. Generalnie (choć o dziwo w grach mi ona ogólnie zwisa, choć to zapewne temat na inne rozważania). I strasznie mnie bije w oczy dwu-akapitowy opis tego jak człowiek robi krzywdę drugiemu człowiekowi. Zawsze próbuje odnaleźć kontekst takiej sceny i jeśli nie mówi mi ona nic nowego o postaciach, nie dodaje nic do świata, kontekstu zdarzeń czy fabuły, to znaczy że ktoś użył w książce pisanego substytutu głośnego dźwięku, który ma mnie wystraszyć w filmie grozy, lub właśnie chwytu marketingowego. Zresztą podobna analogia tyczy się seksu. Na przykład bardzo umiejętnie wykorzystał go Gibson w Neuromancerze. Dwoje ludzi znających się od góra dwóch dni, uprawia seks odarty z czułości czy intymności, bo to relaksuje. Scena nie tylko ustawia ton powieści, ale mówi nam sporo o bohaterach. Tymczasem taka Achaja mnie od siebie swoim tanim cycoszczuciem odrzuciła totalnie.Tylko po czym poznać, gdzie się zaczyna chwyt marketingowy, a kończy głębia przesłania?


