Świeżo po lekturze drugiego tomu Takeshiego autorstwa Kossakowskiej.
Obiecałam sobie, że nie będę przeklinać, więc nie będę. Chciałabym tylko rzec, że "pierwsza dama polskiej fantastyki" (jak głosi okładka) powinna grzecznie zapytywać o zgodę, czy może swemu małżonkowi sznurować buty. I na jego miejscu to nie wiem, czy bym się zgodziła.
Taka jest nasza kobieca fantastyka biedna? Nie chce mi się wierzyć.
Wszystko jest w tej serii. Samurajowie, meksykańskie gangi i favele, szamani, słonie, demony tengu, zakony wszystkiego, zwierzołaki, jest nawet El Chupacabra. I podróże międzyplanetarne. A także rozliczni bogowie. I smoki. SMOKI.
I jeszcze dżos, zapomniałam o dżosie. Na co trzeciej stronie bohater lub bohaterka mówi, myśli lub jęczy w duchu, że cóż, taki dżos. Bo "los" to by było zbyt ograne.
W ogóle jęczenie w duchu jest nagminne i ja się wcale nie dziwię, też bym jęczała, gdyby mnie ktoś tak napisał.
Pamiętałam pierwszy tom, jak przez mgłę, ale mi się kołatało, że główny wątek jest nawet ciekawy. No i zgadza się, jest, ale brnięcie przez warsztat to jak leczenie kanałowe bez narkozy.
Przemyślenia bohaterów na poziomie szkoły podstawowej; to obrażanie się, te emocje. Mistrz miecza nad mistrzami, a się dąsa jak primadonna i reszcie się udziela. W drugim tomie tych nadzwyczajnych i wyjątkowych mistrzów mamy już trzech, niesamowity urodzaj wręcz, ale ktoś faktycznie musi chyba nastarczyć na te lektyki na grzbiecie słonia albo inne atrakcje.
Autorka co jakiś czas usiłuje wtrącić brutalną scenę lub dialog, wypada to bardzo sztucznie, jakby sobie wyliczała, że teraz pora na poepatowanie mięchem albo gore. Zresztą nic mnie to gore nie rusza, obdzieranie ze skór i wydłubywanie dzieciom oczu jakoś mnie nie zasmuca, może mimo wszystko warto by było pogadać z małżonkiem w sprawie szkolenia warsztatowego? Jemu to jakby lepiej wychodzi.
A już dokumentnie się dziś obraziłam, kiedy przeczytałam, że czwartoplanowa postać wzięta z czapy i ginąca chwilę potem oznajmia patetycznie, że będzie strzelała ręką, okiem i sercem. Ja jej dam jechanie na urzekających konceptach Kinga, ja jej dam! Proszę sobie samej własne wymyślać, a nie korzystać z cudzego, pff.
I mogłabym tak długo, ale może już wystarczy. Szkoda czasu na książki tej pani, po "Siewcy wiatru", który był nawet, nawet, melodia jest już w kółko ta sama, a i gorsza nawet. Pierwsza dama my ass^^ Kto im te tytuły nadaje... Taka z niej pierwsza dama, jak pani Miszczuk pisarka.
Czujcie się ostrzeżeni.