Na fali dyskusji o kinowym hicie, skubnęłam sobie niedawno "Marsjanina" Weira. Filmu jeszcze nie widziałam, zatem moja ocena odnosi się tylko do lektury.
Drażniąca historia. Nie, że nudna - co w sumie zaskakuje, bo zważywszy, że gros akcji dzieje się w teatrze jednego aktora i w ubogiej scenografii, to ilość elementów, które mogłyby przyciągnąć uwagę czytelnika na dłużej, zdaje się mocno ograniczona. A otóż nie. Szkoda jednak, że na dłuższą metę wszystko dzieje się w sposób powtarzalny. Główny bohater... nie zdradzę chyba zbyt wiele fabuły, jeśli napiszę, że siedzi sam na Marsie i jest zdany wyłącznie na własną inwencję (z krótkim interwałem)... popada w cokolwiek nużącą parabolę: zaczyna mu brakować czegośtam do przeżycia - pstryk - znajduje rozwiązanie. Zaczyna mu brakować czegoś innego do przeżycia - pstryk - znajduje rozwiązanie. W miażdżącej większości są to koncepty, przy których McGyver wysiada. Ok, ja się na fizyce nie znam ani na innej chemii, jednak metody bohatera zaczynają pomału zadziwiać w kierunku niedowierzania. A już nagminne, że zwykle wyciąga te swoje rozwiązania z kapelusza, bo oto nagle się okazuje, że wszystko może się przydać. Ziemniak, Scotch, własna kupa... ok, no, McGyver, mówiłam... ale też pod ręką znajduje się całkowitym przypadkiem mini-elektrownia atomowa, zestaw precyzyjnych narzędzi, itp. itd.
Nasz współczesny Robinson nie może narzekać na brak sprzyjających mu przypadków w rodzaju szansy jednej na milion. I to naprawdę nuży. Nawet jeśli coś mu po drodze wybucha i
to znowu wyjmuje z czapy innowacyjne zastosowanie napowietrzacza czy czegośtam.
Czy ja marudzę? No, tak. troszeczkę. Bohater da się lubić, wygłasza celne i zabawne komentarze, akcja toczy się wartko, aż chwilami nazbyt szybko lecą dni i dopiero po podliczeniu okazuje się, że minęło naprawdę sporo czasu. Jednak zbyt wiele mi w tym wszystkim korzystnych przypadków.
Nie wiem, czego się po tej lekturze spodziewałam, chyba większej ilości dramatymu, tymczasem ślizgam się z bohaterem po Marsie, jak po maśle i ani przez moment nie mam poczucia, że wystarczy, żeby mu jedna szybka pękła w hełmie, a go wyssie i/lub przemrozi szybciej, niż zdąży powiedzieć "Apollo trzynaście".
Jeśli film jest taki sam w wydźwięku, to obejrzę li i jedynie dla scenerii. Bo Matt Damon nie należy do moich ulubieńców na ekranie, a w roli wesołkowatego Adama Słodowego to go chyba całkiem nie zniosę.
Drażniąca historia. Nie, że nudna - co w sumie zaskakuje, bo zważywszy, że gros akcji dzieje się w teatrze jednego aktora i w ubogiej scenografii, to ilość elementów, które mogłyby przyciągnąć uwagę czytelnika na dłużej, zdaje się mocno ograniczona. A otóż nie. Szkoda jednak, że na dłuższą metę wszystko dzieje się w sposób powtarzalny. Główny bohater... nie zdradzę chyba zbyt wiele fabuły, jeśli napiszę, że siedzi sam na Marsie i jest zdany wyłącznie na własną inwencję (z krótkim interwałem)... popada w cokolwiek nużącą parabolę: zaczyna mu brakować czegośtam do przeżycia - pstryk - znajduje rozwiązanie. Zaczyna mu brakować czegoś innego do przeżycia - pstryk - znajduje rozwiązanie. W miażdżącej większości są to koncepty, przy których McGyver wysiada. Ok, ja się na fizyce nie znam ani na innej chemii, jednak metody bohatera zaczynają pomału zadziwiać w kierunku niedowierzania. A już nagminne, że zwykle wyciąga te swoje rozwiązania z kapelusza, bo oto nagle się okazuje, że wszystko może się przydać. Ziemniak, Scotch, własna kupa... ok, no, McGyver, mówiłam... ale też pod ręką znajduje się całkowitym przypadkiem mini-elektrownia atomowa, zestaw precyzyjnych narzędzi, itp. itd.
Nasz współczesny Robinson nie może narzekać na brak sprzyjających mu przypadków w rodzaju szansy jednej na milion. I to naprawdę nuży. Nawet jeśli coś mu po drodze wybucha i
traci w zasadzie wszystko, co było mu potrzebne do przerwania, musi zaczynać od zera, a czasu coraz mniej,
Czy ja marudzę? No, tak. troszeczkę. Bohater da się lubić, wygłasza celne i zabawne komentarze, akcja toczy się wartko, aż chwilami nazbyt szybko lecą dni i dopiero po podliczeniu okazuje się, że minęło naprawdę sporo czasu. Jednak zbyt wiele mi w tym wszystkim korzystnych przypadków.
Nie wiem, czego się po tej lekturze spodziewałam, chyba większej ilości dramatymu, tymczasem ślizgam się z bohaterem po Marsie, jak po maśle i ani przez moment nie mam poczucia, że wystarczy, żeby mu jedna szybka pękła w hełmie, a go wyssie i/lub przemrozi szybciej, niż zdąży powiedzieć "Apollo trzynaście".
Jeśli film jest taki sam w wydźwięku, to obejrzę li i jedynie dla scenerii. Bo Matt Damon nie należy do moich ulubieńców na ekranie, a w roli wesołkowatego Adama Słodowego to go chyba całkiem nie zniosę.


