W pewnym wieku powinno się przeczytać pewne książki - to bardzo odkrywcze zdanie (i niejako gwóźdź do własnej trumny na forum ludzi, ekhm, młodych i bez specjalnie ciężkiego bagażu życiowego), tym niemniej napisałam je i oto jest.
Ale to szczera prawda! Są takie książki, które "docierają" do czytelnika dopiero w pewnym wieku i
"Małe życie" zdaje mi się właśnie taką lekturą.
Napisać, że to historia przyjaźni czterech młodych ludzi to mniej więcej tak, jak powiedzieć, że "Imię róży" to opowieść o dwóch zakonnikach-detektywach w średniowieczu. Niby tak, a jednak nie i w ogóle nie o to chodzi, ale trzeba książkę przeczytać, żeby się dowiedzieć, o czym ona właściwie jest (o życiu).
Złapałam z półki w empiku, bo to grubaśny tom i opisany jako największa powieść amerykańska 2015 roku (okładkowe kupowanie, aha!); zaciekawiło mnie, że nie pisali nic specjalnie o ekranizacji, o liczbie sprzedanych egzemplarzy, tylko właśnie, że powieść. Jak Steinbeck czy Hemingway, rozumiecie, taki intelektualny szturchaniec i może trochę ą bą, a nie kieszonkowy, miękkookładkowy format na jeden raz. A ja - odświeżająca głównie pottery, z nowych rzeczy czytająca pociągowe kryminały albo Pratchetta - poczułam nagle, że przebywam w umysłowym letargu i się uwsteczniam, a tu współcześni pisarze piszą powieści przez wielkie P.
Nie było łatwo, do połowy trudno mi było nadążyć za narracją, bo raz w trzeciej osobie o bohaterze A, za chwilę o B, wtem pierwsza osoba, chronologia szaleje... odzwyczaiłam się od myślowych wygibasów. Ale nie odpuściłam, dałam się wciągnąć historii i 800 stron poleciało w trzy dni. Czyli można. I warto.
I to jest piękna opowieść, szczególna. Inna, zwłaszcza w kontekście wspomnianych wyżej lekkich lektur i niewymagających; i cieszę się, że dałam się skusić. Ale też przywołać mogę przeczytane gdzieś zdanie: "To książka, która rozkochuje w sobie czytelnika, a równocześnie go krzywdzi". Opowiedziana historia jest trudna, całość skupia się na męskich relacjach, odczuciach, punkcie widzenia niekiedy bardzo mi obcym. Z jednej strony autorka maluje obraz barwnego nowojorskiego życia artystycznej bohemy, z drugiej każe się czytelnikowi zanurzyć w mroczne, brudne, okrutne klimaty (pedofilia, samookaleczanie) - a czyni to tak sugestywnie, choć nie wprost, że trudno odnaleźć spokój i zdystansować się do tematu. Zwłaszcza jeśli ma się tendencję do emocjonalnego związania z bohaterami czytanej książki, a ja mam.
Co mnie szczególnie zachwyciło, to talent (bo myślę, że to wielki talent) do budowania wielowymiarowych postaci, bardzo prawdziwych - mamy choćby malarza, mamy prawnika, mamy aktora, mamy nawet lekarza, a praca i realia życia każdego są odmalowane bardzo głęboko; widać, że autorka ma sporą wiedzę na ten temat, bo zbudowała poszczególne wątki z niebywałym autentyzmem.
Jedna z nielicznych nowych historii, do których wrócę na pewno, bo myślę, że po takiej pierwszej, dość zachłannej lekturze, warto przeczytać całość na spokojnie - nie skupiać się już tylko na tych najbardziej przykuwających uwagę wątkach pierwszoplanowych, tylko smakować tło, opisy. Jak z dobrą fotografią: ogarnęłam całość, przemówiła do mnie, powiesiłam na ścianie i co jakiś czas będę analizowała po centymetrze, nie tracąc wymowy całego obrazu - ale dzięki temu stanie się może jeszcze lepsza.
No.
To taka oto recenzja, może niekoniecznie na miejscu, ale powieść zapadła mi we wnętrze tak głęboko, że musiałam to z siebie wywalić, handlujcie z tym.