Ano. 4,5,6-ty. Świadomość jak bardzo męczył się autor przy pisaniu - nie pomaga Głównie dlatego, że człowiek po trzecim tomie ma oczekiwania na poziomie powyżej tego co jest w 4-tym. Zaś piąty (lub szósty - ten o Kulawcu - nie pamiętam a nie chce mi się w tej chwili sprawdzać) to (IMO) pomyłka i mogłoby go nie być.
1-szy i 3-ci - rewelacja, choć oczywiście pierwszy odbiera się lepiej bo pierwszy - znaczy świeższy. Ale z 3-ciego mogliby się co niektórzy uczyć jak się powinny spełniać proroctwa, pleść nici przeznaczenia itp. itd. Ostatni trzyma bazę, bo widać, że zbliżający się koniec dodał autorowi skrzydeł.
ale jako całość zdecydowanie się broni. No a pierwszy tom to już w ogóle cymes.
Przeczytałem. Najgrubsza książka jaką do tej pory ruszałem
Nie wiem ogólnie co mam napisać, bo mi się podobało choć nie przepadam za zbyt długimi opisami co ludzie robili zanim się zacznie najważniejsza akcja. Dużo w tym religii i ludzie po obu stronach różne na nią reagujący.
Jedyne co mi nie pasuje to motywacje ludzi z LV, bo o ile wiadomo czemu Lloyd i Śmieciarz przyłączają się do ciemnej strony, tak reszta to już zagadka, tym bardziej gdy mają trochę lepszy wybór.
Wiadomo, wstęp rozwleczony, rozwinięcie już lepiej i zakończenie to w sumie tylko kilka stron, ale to mnie nie zawiodło, bo nie spodziewałem się takowego. Głównego złego poznajemy dopiero po ponad dwustu stronach, a więcej o nim jest dopiero pod koniec.
Sam klimat bomba, świetne opisy co działo się po kolei w USA w trakcie rozwijania epidemii. Ogólnie mnie książka wciągnęła od początku i trzymała bez przerwy. Żałowałem, że muszę iść spać, bo ciągle chciałem poznać dalsze losy i decyzje głównych bohaterów. W dialogach nie ma nic niepotrzebnego. Jeżeli już gadają o "kostce brukowej" to, ma to sens.
Książka ma trochę powiązań z "Mroczną Wieżą" i kto czytał tamtą serię od razu wyłapie smaczki.
Ostatnia już część cyklu o Cmentarzu zapomnianych książek Carlosa Ruiza Zafona będzie mieć premierę w listopadzie(przynajmniej w Hiszpanii).
Że się tak wyrażę, wreszcie! Od 2014 czekam na tą książkę.
Akurat seria o Koniuaszu jest imo przyzwoita - szczególnie dwuczęściowa powieść "Na Ostrzu Noża".
Zbiory opowiadań "Krawędź Żelaza" i "Koniec Wilka Samotnika" były już takie se, ale bez tragedii.
Autor ma surowy styl, żadnych fajerwerków - co dla wprawionego czytelnika może być wadą, ale za to jest fajny bohater wrzucony w ciekawą intrygę.
Akurat seria o Koniuaszu jest imo przyzwoita - szczególnie dwuczęściowa powieść "Na Ostrzu Noża".
Zbiory opowiadań "Krawędź Żelaza" i "Koniec Wilka Samotnika" były już takie se, ale bez tragedii.
Autor ma surowy styl, żadnych fajerwerków - co dla wprawionego czytelnika może być wadą, ale za to jest fajny bohater wrzucony w ciekawą intrygę.
Ziemiański? Dobra Achaja, niedobry pomnik Achai. I hipokryzja... nie przechodzi u mnie argument, że 'żołnierki' w krótkich spódniczkach to pokazanie siły kobiet w literaturze.
Ziemiański? Dobra Achaja, niedobry pomnik Achai. I hipokryzja... nie przechodzi u mnie argument, że 'żołnierki' w krótkich spódniczkach to pokazanie siły kobiet w literaturze.
To są jakieś jaja. "Achaja" to jakieś słabe porno wyglądające na dzieło niezaspokojonego pietnastolatka, Jeśli "Pomnik" jest gorszy, to należy chyba Ziemiańskiego zgłosić do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii "grafomania",
Gusta, guściki indeed.
To są jakieś jaja. "Achaja" to jakieś słabe porno wyglądające na dzieło niezaspokojonego pietnastolatka, Jeśli "Pomnik" jest gorszy, to należy chyba Ziemiańskiego zgłosić do Księgi Rekordów Guinessa w kategorii "grafomania",
Gusta, guściki indeed.
W takim razie Koniasz jest gwałtem uczynionym na każdej szarej komórce organizmu, który jest w stanie przynajmniej policzyć do trzech.
Gusta, guściki, guściątka.
Ale nie licytujmy się już w tej beczce kloaki. :hatsoff:
A dlaczego mówię, że Achaja była dobra? Podobał mi się Zaan i Syrius, jego patrzałki - lenonki i niezapomniany turniej na hmm... wytrzymałość jądrową, że tak powiem. Wiem, że szczeniackie i "heheszkowe", ale przynajmniej się tak nie nadymał patetycznie. A z Pomnikiem to już w każdą stronę gorzej. To, co jeszcze przechodziło u mnie w Achai, tu jest wyolbrzymiane, przejaskrawiane. Dłużyzny, naiwne historyjki, ble. Omijać.
Dwie (a w zasadzie sześć) pierwsze księgi przygód Czarnej Kompanii zaliczone Czyta się strasznie przyjemnie, a wciąga jak chodzenie po bagnach. Zostały jeszcze dwie (cztery) do końca, a z półki już zalotnym okiem patrzy na mnie "dwupak" Harda Królowa Cherezińskiej. Do tego do końca października mają wyjść jeszcze nowe książki Marty Kisiel, Andrzeja Pilipiuka i kolejny tom przygód Ksina. Kurde, dlaczego doba nie trwa 50 godzin, żebym mógł odbębnić 8 w pracy, a potem w spokoju czytać i grać w Wiedźmina?
Osobiście muszę wspomnieć o trylogii Metra. Po książkę sięgnąłem w momencie, kiedy skończyłem grę Metro 2033 (za darmo gdzieś ją dorwałem na Stimie). Spodobała mi się - bardzo dużo w niej jakichś moralnych rozmyślań - przede wszystkim chodzi o to, że w książce jest wiele wersji, dlaczego tak się stało a nie inaczej - dlaczego ludzie żyją jak krety. Można usłyszeć wersję satanistów, którzy chcą kopać w dół (dosłownie), bo chcą się dokopać do piekła, inni mówią o tym, że Bóg wybrał tych właśnie ludzi by przeżyli tę masakrę jaką była III wojna światowa itd. - ta mnogość w punktach widzenia bardzo mi się spodobała. Ponadto sama budowa fabuły również jest moim zdaniem dobra, na prawdę - można powiedzieć, że jest złożona pod względem wątków - Artem ma z góry "narzucony" cel - ma pójść do Polis z meldunkiem. Ale książka nie kończy się dotarciem do tych stacji - można powiedzieć, że od połowy (teraz już nie pamiętam dokładnie ile wątek dotarcia do Polis zajmuje miejsca) książka zyskuje nową fabułę - związaną owszem z tą pierwszą, niemniej czytając pierwsze rozdziały, kompletnie nie spodziewamy się aż takiego rozwoju wydarzeń (oczywiście nie chodzi mi o to, że po 1. rozdziale doskonale wiemy jak będzie wyglądała podróż, no ale wiadomo o co chodzi - wydaje się, że wraz z dotarciem książka właściwie wejdzie w fazę końcową a tu lipa, bo książka jedzie dalej i się jeszcze rozwija). Polecam jak diabli.
Z Metrem 2034 było trochę gorzej. Wróć, co ja gadam - o wiele gorzej - jak M33 chłonąłem jak gąbkę, czytając po nocach, tak do M34 podchodziłem dobre kilka razy - kończąc w okolicach końca 1. rozdziału. Po prostu ta książka jest nudna a miejscami doprowadza do skonfundowania czytelnika - jest tekst o głównych bohaterach, kilka linijek przerwy i jeb - ni z gruchy tekst o jakiejś Saszy - czytelnik nie ma pojęcia o co chodzi i czyta, nie wiedząc, co zrobić z tym nagłym wątkiem - czy czytać pobieżnie, czy co. Nowatorska budowa, w porównaniu do M33, na dobre, w mojej ocenie, tej książce nie wyszła. A o czym w ogóle opowiada? O losie bohatera epizodycznego z M33, który to właśnie zleca podróż Artemowi do Polis. Do M34 jeszcze później wrócę przy okazji M35, bo te książki są w pewien sposób ze sobą powiązane, trochę inny niż na zasadzie takiej pełnej kontynuacji.
Metro 2035 znów wraca do Artema. Co ważne, pół roku po akcji książki M33, ma miejsce gra Metro Last Light. Dlaczego o niej wspominam? Bo jest ona brana pod uwagę w książce. I sytuacja jest dosłownie jak z Wiedźminem - czytając wiedźmina, możemy wyłapać sporo smaczków z gier, nie czytając, nie wyłapiemy ich - tak samo z MLL i M35 - grając, wyłapiemy kilka no bezpośrednich nawiązań do gry (np. w ogóle żona Artema czy niektóre wydarzenia, przede wszystkim finał gry), przez które możemy jasno zauważyć, że gra została wprowadzona w "Uniwersum Metra". Co ważne, wcześniej wspomniany finał gry - ostatnia misja - jest oparciem do bardzo ważnego wątku w M35, który kształtuje dalszy rozwój wydarzeń - kiedy w grę zagramy, będziemy wiedzieli dlaczego jeden mężczyzna siedzi na wózku (chociaż to chyba jest wspomniane, że w tamtej akcji - jest ona bezpośrednio nazwana, niemniej tylko chyba raz czy dwa, więc łatwo zapomnieć a to właśnie wydarzenie jest tym finałem - stał się inwalidą, no niemniej jednak to nie to samo), za jakie nazwiska ten facet ciągle pije (nie grając, jednak nie znamy faktycznej powagi tej sytuacji), gdzie ten fakt zostaje właśnie przywołany podczas tego ważnego wątku. Ze względu na moje starania by wrzucić jak najmniejszą ilość spoilerów, nie jestem w stanie oddać pełnej wagi gry, dlatego też wrzucę to w spoiler niżej.
Czerwona Linia - komuniści - szturmują magazyn wojskowy, w którym jest od cholery broni w idealnym stanie itd., Artem wraz z organizacją, do której należał ten epizodyczny bohater z M33 (ten z początku), przynajmniej wedle gry, bo nie pamiętam czy w książce ta organizacja była tak samo nazwana, bronią jak Spartanie tego obiektu i odnoszą Pyrrusowe zwycięstwo - ogólnie dochodzi do absolutnej masakry, bo przeżyło tylko niewielu obrońców. I właśnie za nazwiska poległych ten dowódca tej organizacji - ten na wózku, który swoją drogą właśnie przez tamto wydarzenie na wózek trafił - pije.
Ogólnie jeśli ktoś gry nie ma zamiaru ograć, to polecam przynajmniej obejrzeć na YT ostatnią misję - może przez brak kontekstu w postaci wcześniejszych misji będą niektóre rzeczy niezrozumiałe, niemniej nie są one potrzebne by zrozumieć powagę tamtej sytuacji - bo jeśli będzie się miało wizję tego, co tam się działo, i usłyszy się bardzo poważny zarzut właśnie w tym ważnym wątku, o którym wcześniej pisałem, to właśnie dzięki temu obejrzanemu fragmentowi tak jakby zrozumiemy, że to są na prawdę potężne oskarżenia, wczujemy się wręcz w całą potwornie napiętą sytuację.
Ale wracając do książki M35 - opowiada o Artemie, który przez ostatnie wydarzenia potężnie się zmienił. Co ważne, autor nie wrócił do koncepcji, nie wiem jak to nazwać, nagłej zmiany fabuły, a ponadto spotęgował tę wielowątkowość - książka okazuje się jakby zbiorem przygód a nie podróżą od A do B (czy jak w wypadku M33 od A do B a potem od B do C), niemniej jednak takie główne zamierzenie, które na początku jest zarysowane, które możemy uznać za główny cel, jest spełnione na końcu. Jak w M33 chodziło o uratowanie rodzinnej stacji, tak też się książka ta kończy, ale właśnie sposób, w jaki to się dokonało, jest kompletnie inny od tego, który wyczytaliśmy w pierwszych rozdziałach. W M35 jest tak samo - Artem wyrusza w podróż z bohaterem M34 (dlatego wcześniej pisałem, że do tej drugiej książki jeszcze wrócę) by spotkać jakiegoś faceta, ale książka spotkaniem z tym facetem się nie kończy - po odnalezieniu go, fabuła leci dalej w sposób, którego w żaden sposób nie szło przewidzieć, bo Artem leci za czymś kompletnie innym i na samym końcu jednak dochodzi do tego pierwotnego założenia, celu. Mi ta budowa bardzo przypadła do gustu. Ponadto jak M33 traktowała o problemach miejscowych - tylko o sprawach metra - tak M35 staje się czymś globalnym - chociaż akcja dalej jest w tunelach metra i powierzchni Moskwy, tak jednak główny problem Artema już wykracza poza skalę podziemnego życia. Nagle problem śmiertelnego zagrożenia stacyjki staje się błahy pod względem wielkości w porównaniu do problemu bohatera 2 lata później. Polecam tak samo jak M33. Są to bardzo dobre książki...
... w przeciwieństwie do M34. Z ręką na sercu, z tej książki mało spamiętałem a to przez budowę to raz, ale po prostu ta książka mnie nudziła - jak pisałem wcześniej, podchodziłem do niej wiele razy i dopiero wręcz na siłę się przemogłem. Więc skoro nie jest dobra, to czy warto ją przeczytać? Tak dla kontekstu, że tak powiem, historycznego - z tego samego powodu, dlaczego warto (ale właśnie bez przymusu) zapoznać się z grą - w M35 nie tyle co są jakieś wzmianki o M34, co właśnie pojawia się dwóch głównych bohaterów z M34 w M35 i czytając tę drugą część, znamy historie tych postaci - wiemy dlaczego pierwszy bohater jest zszokowany tym, co się stało z drugą bohaterką itd. Ponadto okazuje się też, że M34 przedstawia sytuacje (konkretnie wątki, w których ten bohater bierze udział) właśnie z punktu widzenia tego faceta, bo się okazuje, że ten epizodyczny z M33-główny z M34 tak na prawdę zachowywał się inaczej niż zostało to opisane. Taka fajna ciekawostka z tym punktem widzenia, moim zdaniem, takie wytłumaczenie gniotowatości książki, he he. Ale wracając - M34 jest niczym opowiadania dla pięcioksięgu wiedźmińskiego - czytając, wiemy skąd się niektóre rzeczy wzięły, zachowania postaci, relacje pomiędzy nimi itd., nie czytając i tak zrozumiemy pięcioksiąg. Tak samo tutaj - nie czytając M34, no spokojnie zrozumiemy książkę, tamta dwójka bohaterów będzie w pewien sposób jasna (co ważne, tamten facet nadal jest główną postacią, tamta babka tylko epizodyczną), niemniej czytając M34, no jednak "odkryjemy" dodatkowe punkty odniesienia w postaci nowych punktów widzenia, przez co zyskamy pełniejszy obraz całej sytuacji. Książkę warto przeczytać tylko dlatego by dopełnić sobie wiedzę o świecie, o bohaterach, którzy później występują w kolejnej książce (ew. dla losów tamtego epizodycznego z M33), ale na pewno nie dla rozrywki, bo ta książka się do tego nie nadaje.
Tych "doczepiańców", czyli tych, którzy napisali własne książki w tym całym "Uniwersum Metra", nie czytałem i nie mam zamiaru - nie lubię po prostu czegoś takiego. Nie mówię, że jest to złe, tylko po prostu lubię czytać tylko to, co ma do przekazania pierwotny autor - czyli w tym wypadku Dmitr. Nie pruję się, że te książki są traktowane jako takie oficjalne spin-offy, niech sobie będą traktowane, problemu z tym nie mam, ale nie przeczytam i tak, bo nie lubię takiego czegoś. Tak samo jakby jakimś cudem, hipotetycznie AS stworzył "Uniwersum Wiedźmina", w którym inni autorzy mogliby oficjalnie rozwijać świat - też bym nie przeczytał. Dla mnie wiedźmin to tylko AS, Metro to tylko Gluhowski itd., itd.
Więc podsumowując - Metro 2033 gorąco polecam, Metro 2034 polecam tylko tym, którzy chcą mieć pełniejszy obraz o świecie i bohaterach, którzy będą w kolejnej części, Metro 2035 polecam tak samo mocno jak M33, grę Metro Last Light polecam z tego samego powodu, co M34 - nie dlatego, że jest straszną lipą, bo mi się podobała, ale gra to jednak nie książka i pewnie znajdzie się wiele czytelników, którzy do gier są anty - dlatego proponuję właśnie osobom tego typu zapoznanie się przynajmniej z ostatnią misją gry MLL przed Metrem 2035. Podobnie z M34 - przed M35 - albo wziąć się za ten gniotowato-podobny twór przed 3. częścią, albo wcale. Dużo się nie straci, nie czytając, ale czytając, można zyskać, no wiele nie, ale trochę tak.
Pozostając w temacie, ostatnio przypomniałem sobie "Neuromancera" Gibsona. Wciąż świetnie się czyta, choć niektóre technologiczne koncepty niestety już trącą myszką. Nigdy natomiast nie zabrałem się za kontynuacje. Czy ktoś, kto zna całą serię, mógłby dać znać, czy trzyma ona równy poziom? Krótko mówiąc - warto?
I jeszcze taka refleksja, że w roku wydania (1984) musiało się tę książkę całkiem inaczej odbierać. Trochę żałuję, że miałem wtedy 2 lata, choć zresztą dostanie tej książki w swoje ręce w naszym kraju było zapewne bardzo trudne.
Imo, warto, ale ja w ogóle lubię Gibsona i te klimaty ejtisowe na temat rozwoju technologii, więc mogę być nieobiektywna. @undomiel9, na przykład Ci powie, że Gibson dla niej niestrawny
Bo niestrawny, podobnie jak Dukaj, ale już nie będę płakać nad tym lodem, bo ile można
Jestem świeżo po lekturze 3 tomu serii pani Bonda o profilerce Załuskiej Saszy... i zobaczcie ten zlepek, no, zobaczcie, robi on Wam coś? Bo mi robi właśnie, i nie bez powodu, i już rozwijam.
"Lampiony" ciągną wątek, a nawet wątki, z poprzednich części, co jest logiczne, skoro to seria. Dodają też swoją opowieść, która w założeniu ma ubogacić główny temat, czyli pościg pani Załuskiej za...
No i właśnie. No i o to tu.
Nie pamiętam - a skończyłam tom 2 dni temu - za Chiny nie pamiętam, o co chodzi w głównym wątku, co było w tomach wcześniejszych, po co z czym i jak.
Pamiętam, że Załuska jest alkoholiczką, ma dziecko, ma traumę związaną z jakimś psycholem, który okazał się innym psycholem niż ten, o którego chodziło, ale też psycholem, w związku z czym trauma i w ogóle.
Cała reszta wątków miesza mi się równo.
Czy czuję się winna?
Nie, nie czuję się winna.
Pani Bonda mogłaby w sumie jeszcze więcej bohaterów natworzyć i w dalszym ciągu uskuteczniać swoją taktykę polegającą na tym, że raz wspomina o bohaterze z imienia, raz z nazwiska, raz z ksywy, po czym okazuje się, że to ta sama osoba (albo nie).
Mogłaby jeszcze bardziej poetycko i metaforycznie opisywać wszystko dookoła, choćby czwartoplanowe drzewo na skwerze.
Mogłaby twardo dalej pisać zagadkami i półsłówkami, mieszając znane z gazet wydarzenia i nazwiska z zabawnymi *mrug mrug* bohaterów do siebie nawzajem i do czytelnika. Plus retrospekcje.
Oh wait.
Ona to ciągle robi.
Książkę sponsoruje miasto dialogu czterech kultur aka boatcity, czyli Łódź. Tak się składa, że studiowałam tam lat pięć, mogłabym więc z lekka domniemywać, że znam to miasto nieco, ale otóż nie, otóż wcale nie. Tam nie mieszkają zwykli ludzie, tylko bardzo niezwykli. Ich niezwykłość polega na tym, że są z nizin społecznych i poniekąd intelektualnych, chociaż w ich prostocie jest urok taki, jak u Masłowskiej Doroty gloryfikowany i w ogóle jeden wielki pean pochwalny na cześć "meneli", bluzgów, prostactwa, a sfery średnie, średnio-wyższe i wyższe mogą tylko pozazdrościć tej prawdy, którą reprezentuje poobijana, połamana, zapita i depresyjna społeczność miejska, dresiarska, meliniarska, tworząca Jedyny Słuszny koloryt lokalny. I wszystko to pani Bonda poznała i zrozumiała po dwóch wizytach w mieście i na podstawie głębokiego researchu, jaki popełniła podczas przygotowań do pisania tego tomu. Sama to napisała w posłowiu!
Cóż. Ja takiej Łodzi nie znam i chyba nie chciałabym znać. Nie imponują mi hip-hopowe wulgaryzmy, hipsterski lans zagrzybionych kamienic, obwomitowane korytarze i podziemne przejścia podlane uryną.
Całość jest dla mnie jakaś taka, bo ja wiem, sztuczna.
Już wolę turpizm u Krajewskiego, serio, jest bardziej szczery i zdystansowany.
Załuska Sasza to idealny przykład na pozowanie bukwie czego; nie mogła się nazywać normalnie? Serio?
Nie ukrywam, że podobał mi się pierwszy tom i drugi czytałam z ochotą, ale po dłuższej przerwie wleciałam w trzeci i odniosłam wrażenie, że wszystko to się mało trzyma kupy w gruncie rzeczy i jest najzwyczajniej w świecie przekombinowane, przerysowane. Przerost formy nad treścią.
Zdaję sobie sprawę, że wielu pisarzy pozuje, vide niedawna dyskusja nad Sapkowskim i jego postawą samozwańczego guru branży, ale on przynajmniej pisze tak, że nie wychodzi "spomiędzywierszów" jego ego. A pani Bonda mi bardzo wychodzi i stwierdzam, że mi się po prostu nie podoba, o.
Nie wchodził mi Cook, za cholerę.
Jakaś taka oniryczna ta jego opowieść, jakby faktycznie na haju pisał. Czasem kreśli szeroką perspektywę, z dala od postaci i coś tam próbuje ubogacić świat, czasem wraca do ludzkiej, przyziemnej perspektywy tylko po to, by bez zapowiedzi zwiększyć nagle skalę jakieś sceny.
Czytam o bójce w barze, a parę zdań później się okazuje że to nie był bar, tylko fest gospoda i tam dziesiątki żołnierzy poginęło, ale to nic w sumie, żadnej wagi to wydarzenie nie ma. Ot, przybyłem, zobaczyłem.
Dwa razy do kompanii podchodziłem, literacką wartość w tym widzę, ale nie mogę się nastroić pod jego styl kompletnie.
A szkoda, bo czuję, że to dobre jest. I wydane pięknie.
@undomiel9 No widzisz, dla mnie Dukaj niestrawny, natomiast Gibson wchodzi jak dobre piwo, Ciężko jednak porównywać tych dwóch autorów, Gibson pisze zdecydowanie przystępniej. No i nie nudzi.
@Szincza Ciężka sprawa. Ja się w sylu Cooka od początku zakochałem i nawet te mniej udane części serii łyknąłem bez problemu, Choć z drugiej strony próby podejścia do czegokolwiek jego autrostwa poza cyklem o Kompanii zakończyły się na pierwszych 10 stronach.
Ale poważnie, pierwsży tom, "Czarną Kompanię" to należy przeczytać koniecznie. Chociażby dla zakończenia. Można właściwie potraktować jako pojedynczą opowieść.
@Szincza Ciężka sprawa. Ja się w sylu Cooka od początku zakochałem i nawet te mniej udane części serii łyknąłem bez problemu, Choć z drugiej strony próby podejścia do czegokolwiek jego autrostwa poza cyklem o Kompanii zakończyły się na pierwszych 10 stronach.
Oj tam! Oj tam :-! A cała seria o detektywie Garrettcie?
Toż tam najdokładniej widać na kim się Autor wzorował Zarówno w serii o Czarnej Kompanii, jak i w serii o Garrettcie.
I tu takie małe audiotele - na kim się wzorował nasz Dzielny Pisarz?
Najlepsza część tej serii to (IMO) oczywiście pierwszy tom : "Słodki Srebrny Blues"
Lecz reszta jest także całkiem, całkiem. W sumie w Polsce wydano chyba 7 części - i nie wiem czy wszystko z tej serii przełożono z angielskiego.
Tytuły może niektórzy uznają za drętwo-pretensjonalne, lecz pierwszy był OK a potem wt(ci)órności się Autorowi przyśniły
I tu taka uwaga @Szincza . Szkoda mi bardzo, że "Czarna Kompania" Ci nie podeszła (serio). Jeżeli wchodził Ci (nie wiem czy czytałeś, bo to już za staroć chyba jest uważane) Raymond Chandler, to Cook, ten w najlepszym wydaniu, też powinien - choć prawdą jest, że nie jest to (Hegel+Nietzsche)*Schopenhauer.
PS. Reszta twórczości recenzowanego w tym miejscu Autora jest dla mnie także (niestety wyjątkowo trudna do strawienia.
Nie wchodził mi Cook, za cholerę.
Jakaś taka oniryczna ta jego opowieść, jakby faktycznie na haju pisał. Czasem kreśli szeroką perspektywę, z dala od postaci i coś tam próbuje ubogacić świat, czasem wraca do ludzkiej, przyziemnej perspektywy tylko po to, by bez zapowiedzi zwiększyć nagle skalę jakieś sceny.
Czytam o bójce w barze, a parę zdań później się okazuje że to nie był bar, tylko fest gospoda i tam dziesiątki żołnierzy poginęło, ale to nic w sumie, żadnej wagi to wydarzenie nie ma. Ot, przybyłem, zobaczyłem.
Dwa razy do kompanii podchodziłem, literacką wartość w tym widzę, ale nie mogę się nastroić pod jego styl kompletnie.
A szkoda, bo czuję, że to dobre jest. I wydane pięknie.
Podpisuję się.
I nawet przeczytałam 1 tom, i nawet wzięłam drugi, ale, kurka, to nie to. W ogóle nie moja bajka. Jakby się autor nie mógł zdecydować, czy pisze o jednostce na tle, czy o tle pod jednostką, albo może w sumie całkiem o czymś innym.
Podpisuję się.
I nawet przeczytałam 1 tom, i nawet wzięłam drugi, ale, kurka, to nie to. W ogóle nie moja bajka. Jakby się autor nie mógł zdecydować, czy pisze o jednostce na tle, czy o tle pod jednostką, albo może w sumie całkiem o czymś innym.